Końcoworoczna KLAMRA – zawiązana cieniutką niteczką…

Szampański nastrój za chwilę. Na razie, w ostatni dzień tego roku, pozwalam sobie na wspominki. A sięgając do szuflady, by zamienić stary, zużyty kalendarzyk na nowy – pojawia się kilka myśli, którymi chciałabym się podzielić. To nie będzie  żaden bilans, podsumowanie roku.

Dziś, zamiast wielu słów – tylko kilka, zamiast wielkich przemyśleń – jedno proste życzenie, zamiast codziennej, narracyjnej prozy – obraz. W roli głównej: kalendarzyk 2013. Niech wyrwanych tutaj z niego kilka kartek posłuży za uszczypnięcie, że to co się działo – działo się naprawdę. A tych kilka słów komentarza, niech pozostanie jako swoista klamra spinającą to, co było…, to, co się zdarzyło…, to, w czym mieliśmy zaszczyt uczestniczyć – z Krzysiem.

Image

Stary, wysłużony, dobry… Pamiętał o wszystkim, pomieścił wszystko: nie narzekał, nie płakał, nie buntował się…, choć zamiast standardowych notatek, przypomnień o dentyście, kawie z koleżanką na mieście, zawodowych zobowiązaniach… przypominał o zupełnie innym wymiarze każdego tygodnia pierwszej połowy tego roku: „pamiętaj, by ‚jutro’ było bezpieczne dla Krzysia!”.

respi

Pamiętacie zapewne nasze czekanie – najważniejsze, najdłuższe czekanie na wspólne wyjście do domku z synkiem! Gdy zrozumieliśmy, że cud nie nadejdzie – Krzyś nie wyzdrowieje, jedynym celem, marzeniem było pokazanie mu jego DOMKU! Na przybycie naszego Pacjenta musieliśmy się porządnie przygotować…

DSCF0689Były misie, kolorowe łóżeczko, milutkie kocyki, pozytywki, karuzela, prezenty i… standardów było by na tyle. Kalendarzyk musiał wszystko przewidzieć, załatwić, zamówić. Często spotykał się z Przyjaciółmi z medycznym tytułem; zamiast do sklepu – na zakupy chadzał do apteki; a w miejsce notatek – zapamiętywał Krzysiowe gorączki, nowe i nowsze zalecenia, godziny i dawki leków, przepisy na dozwolone deserki…

szpital

Wiosna przyniosła chwilę oddechu i nam, i kalendarzykowi… Bo po co tracić cenny i najpiękniejszy nam podarowany czas na jego uzupełnianie, gdy wystarczy tylko wielkim drukiem opatrzonym radosnym emoticonem wpisać: „Razem w Domku – nareszcie!”, „10-te urodzinki Krzysia„, „Pierwszy spacer„. „Rano- werandowanie„… Potem, w między czasie kalendarzyk obrywał smutną, ciężką łzą, gdy stawiały się smutne minki i zabrakło sił na jakąkolwiek organizację czasu, bo trafialiśmy znów do szpitala – na aż za bardzo dosłownie przeżyte Triduum Paschalne, na ostatni krótki pobyt…, z którego nie wrócimy już nigdy więcej do domku razem.

Dlatego II połowa roku w kalendarzyku była albo pusta – bo brakowało nam pomysłu „co dalej?”, albo bardzo pokreślono-pomazana, gdy po raz kolejny zaczynaliśmy podsumowywać, układać, planować, organizować wszystko „od nowa”.

ostatnie

Przede mną leży właśnie i wdzięczy się nowiutki, błyszczący kalendarzyk na rok 2014. A mnie nasuwa się z nie wiadomo skąd pytanie, wraz z gotową odpowiedzią: gdyby miał kiedyś palić się mój dom i mogłabym zabrać podczas ucieczki tylko jedną rzecz – zabrałabym kalendarzyk 2013. Jego wysłużone kartki, zmęczony emocjami atrament, mieszczą w sobie – na zawsze – najpiękniejsze i najgorsze chwile naszego życia – jednocześnie. Nigdy nie spotka mnie przecież nic piękniejszego niż domowy poranek, gdy budzą mnie dwie maleńkie rączki machające ze swojego łóżeczka… Nigdy nie spotka mnie przecież nic gorszego niż walka z poczuciem nieodwracalnej pustki po maleńkich rączkach, po kolorowym łóżeczku… Nigdy nie spotka mnie również coś tak bardzo cennego wobec doświadczeń, emocji, przeżyć…, bo to co pomieścił w sobie ten kalendarzyk przypomni mi zawsze wtedy, gdy znów zacznie wszystko się walić: „Tym razem też dasz sobie radę”.

Wpis ten miał być klamrą spinającą to, co było… Nie będzie to jednak gruba skórzana klamra zamykana specjalnym kluczykiem na zamek, do którego hasło dostępu chciałabym szybko zapomnieć… Klamra ta, to cieniutki rzemyczek, niteczka, zawiązana na luźną kokardkę…, żeby do  niego wracać – kiedy smutno, wracać – kiedy radośniej, wracać – dla opamiętania, wracać – do najważniejszych wspomnień, wracać – do lekcji kochania.

Jednocześnie otwieram nowy kalendarzyk i robię w nim pierwsze notatki… Jakie? Piszę ŻYCZENIA: sobie, Tobie, WAM…

Życzę nam wszystkim i każdemu z osobna, aby nadchodzący NOWY ROK przyniósł każdemu najwłaściwszą drogę – do przejścia.

Gdy będzie – zbyt wyboista – założymy trapery… Gdy będzie zbyt gładka – uważajmy, żeby się nie poślizgnąć.

Życzę, aby każdy następny kalendarzyk zamykał się Wam taką samą lekką, rzemykową klamrą – by się chciało wracać do przeszłości, by się uśmiechać do wspomnień – mimo wszystko…

Życzę, aby każdy z nas czuł się tak prosto, tak zawsze – szczęśliwy – sam ze sobą, u kogoś w ramionach, w swoim kątku lub na końcu świata…

Życzę, aby każda kalendarzykowa strona oprócz tekstu zapisanego w pośpiechu zawierała niewidoczną, a odczuwalną radość, spełnienie, dobroć, życzliwość, przyjaźń, miłość…

Mama, Tata i nasz Aniołek-Krzyś

Reklamy

Z życzeniami dla Wszystkich!

Drodzy Przyjaciele Rycerzyka!

Z okazji nadchodzących Świąt, nie pozostawiamy Was w nostaligii ostatniego wpisu. Gorąco wierzymy, że Krzyś jest z nami w te Święta jeszcze bardziej niż rok temu – choc niewidzialnie – widzimy go kochającym sercem, nieustanną myślą, spojrzeniem wspomnień.

Jesteśmy przekonani, że Synek nasz zadba o to, by ten nadchodzący Czas był dla nas piękny, pełen nowych nadziei i drobnych radości – bo przecież Boże Dzieciątko za chwilę znów odmieni ten świat – na lepsze… I niech tak się stanie!

Kochani, wszelkich zmian na lepsze, spokoju myśli, dobroci w sercu i szczerego uśmiechu wokół życzymy Wam najpiękniej jak potrafimy!

 Narodziny Bożej Dzieciny po raz kolejny zaczarują ten świat,

Nasze oczy zaskrzą się odbiciem ciepła świec,

Nasze serca zabiją melodyjniej rytmem spokoju kolędy,

Nasze skrzydła podtrzymają dobre Anioły,

Nasze drogi rozjaśni blask Betlejemskiej Gwiazdy,

A nowa, wyjątkowa moc postawi na naszych skrzyżowaniach

Wiarę, Nadzieję i Miłość…

Na te Święta, na Nadchodzący Nowy Rok, na co dzień –

MAGII!

Image

P.S. W chwilach świątecznej zadumy, wolniej płynącego czasu, niecodziennych nastrojów – zapraszamy Was do przeczytania wywiadu z Mamą Krzysia, który gości w tym tygodniu na portalu www.zaradnematki.com (kliknij TUTAJ, aby przejść do wywiadu). Co w nim? Tabajki w pigułce 🙂 Czyli o odkrywaniu pewnych tajemnic, czy wiara przeszkadza czy pomaga, dlaczego Maluchy chorują i co w tym wszystkim robi Kubuś Puchatek… 😉 (+ 2 nowe fotki!)

 

Z okazji Świąt…

… umieść swoje serce po właściwej stronie.

Zbliżają się Święta… Wszyscy od nowa (z mediami na czele) zaczynają rozprawiać o miłości, potędze życzliwości, ciepła, prezentów…

Czemu zasypują nas spoty uśmiechniętych rodzin w blasku świec, czule się obejmujących, wręczających sobie prezenty?… Przecież te rodziny na co dzień i tak powinny być szczęśliwe, i tak się przytulają, i tak dają sobie ot tak, codzienne niespodzianki i prezenty. A przynajmniej powinno tak być.

Czemu nie oglądamy świątecznych spotów reklamowych przedstawiających szczęśliwych „młodych wilków” wychodzących z pracy, udających się na poszukiwanie choinki, robiących świąteczne zakupy, a przy okazji zostawiających kilka bułek klęczącemu w śniegu bezdomnemu…? Czemu nie kręcą filmików przedstawiających bawiących się przy choince dzieciaków: tych zdrowych wraz z tymi „zdrowymi troszkę mniej” albo tymi, bez mamy i taty, którzy znajdują ciepło i radość czyjegoś domu tylko na chwilkę – na Święta – na może najważniejszą chwilkę ich życia, które nie wiadomo ile jeszcze potrwa…

Czemu nie ma takich spotów?! Zbyt problematyczne? Zbyt kontrowersyjne? Zbyt prawdziwe?

Przecież Święta Bożego Narodzenia to przede wszystkim Święta Serc – tych dobrych ludzkich Serc, które mają grzać się nawzajem, gdy za oknem biało, zimno i tak nastrojowo… Przecież maleńki przychodzący niebawem Jezus jedynie tych dobrych serc od nas wymaga – niczego więcej! (choć nauczają o tym różnie)

Mamy szczęście – mamy serca: mocne, bijące, odczuwające, prawda? Serca rwące się do uczestnictwa w tych Świętach inaczej niż nakazują gazetki promocyjne, ramówki stacji telewizyjnych, billboardy 4D…

Bo jeśli te nasze serca, często zajęte w ciągu roku własnymi rozterkami, codziennością, przyśpieszonym zegarkiem mogą na chwilkę odpocząć i nabrać mocy, nowej energii i radości – niech to się dzieje choć raz – teraz właśnie, w ten grudniowy nie taki przecież zwykły czas…

Bo wiecie: „szczęście to jedyna rzecz która się mnoży, kiedy się dzieli”… Podaruj troszkę swojego serca i jego dobroci innym, zobaczysz – mam nadzieję, że poczujesz się szczęśliwszy!

Chciałabym dalej tutaj rozprawiać o ideałach, o bajkowych, kolorowych formach pomocy, kreatywnych pomysłach spełniania marzeń dzieciaków, malowania im pokoików, przynoszenia tortów i misiów. Oczywiście, to wszystko jest piękną inicjatywą i bardzo potrzebną – ogromny ukłon dla wszystkich wybierających takie formy pomocy… Niech wśród nich będzie właśnie marketing, wirusowość i niezaprzeczalna radość i dobro – absolutnie wszystkich: Pomysłodawców, Wykonawców i Obdarowanych.

Niestety świat chorych dzieci jest nie tylko taki wzniosło-ideowy i kolorowy… Niestety, najczęściej o życiu, czy zdrowiu dziecka decyduje…kasa, gruba kasa. I tak docieramy do momentu, w którym pojęcie serca i pieniądza może i nie współgra tak ładnie jak powinno, może nie pasuje pojęciowo do siebie, może komuś każe szukać podstępu w pojęciu: charytatywność… Jednak, wierzcie mi w jednym: duet „serce i pieniądz” mogą zdziałać cuda! Jakie cuda? Na przykład uratować komuś życie. Albo co najmniej – poprawić komuś komfort życia. Brzmi smutno. Brzmi brutalnie. Brzmi poważnie. Ale taka poważna, brutalna i smutna jest ta prawda. A najbardziej paraliżuje tych, którzy muszą zmierzyć się z nią sami: twarzą w twarz, by ratować własne dziecko. A jeszcze bardziej boli, gdy brutalność tej rzeczywistości zupełnie nie pasuje do maleńkiej, pokłutej igłami rączki ściskającej ulubionego misia; smutnych, wyczekujących jakiegoś jutra oczek; łamiącego się głosiku szepcącego: „Mamuś, jestem juś zmęcony…”.

Coś o tej prawdzie wiemy, nawet zbyt wiele… I tylko dlatego pozwalamy sobie dziś pisać na ten temat tak przekonująco. A także dlatego, że Krzyś i jego historia, która ciągle pociąga za sobą potrzebę i chęć uczestnictwa w tym „mniej zdrowym świecie”, nieustannie każe nam przecierać oczy, a tym samym… ciągle przypomina, że serce powinniśmy mieć po właściwej stronie: po stronie bezinteresowności, po stronie niesienia pomocy, po stronie dawania radości, po stronie chęci czucia się szczęśliwym i spełnionym.

I jeszcze jedno, chcielibyśmy Wam przekazać jako Mama i Tata Krzysia: każdorazowa, nawet malutka wpłata potrafi dodać najsilniejszych i największych skrzydeł walczącym Rodzicom, bo „grosz do grosza” tworzy głośny chór nieustannie dający znać: „jesteśmy z Wami!”. Potrzebne jest takie poczucie – bardzo. Na szczęście dzięki Wam doświadczyliśmy wielokrotnie takich uczuć: takiej siły, a wręcz potęgi tej wspólnoty. I choć nasza skała nigdy nie będzie już wydrążona przez krople dobroci serc, to dzięki Wam i Waszej pomocy, mamy jedyne, co teraz nam pozostaje i nas pociesza: poczucie, że zrobiliśmy wszystko, by uczynić życie naszego synka najpełniejszym, najlżejszym i najpiękniejszym z możliwych.

Na te Święta, nie wypatrujmy tych pięknych, wartościowych spotów medialnych, o których wspominałam na początku: twórzmy je sami – w realu, w miarę swoich możliwości, w ramach swojego poczucia spełniania. Bo przecież, gdy wrzucimy na szalę jakikolwiek podarek wobec dziecięcych marzeń o kolejnych Świętach i prezentach, które nie wiadomo czy dla kogoś nadejdą znów…, wszystko wówczas staje się jasne.

Serca po właściwej stronie – sobie i wszystkim wkoło życzę!:-* Z okazji tych Świąt 🙂

20131215_140139

Anioł Stróż i Anioł Krzyś: nasz najlepszy „dream team”!

„ Ludzie marzą o aniołach, myśmy jednego trzymali w ramionach”

Ten piękny w swojej prostocie i prawdzie cytat krąży mi w myślach odkąd dowiedziałam się, że obchodzimy dziś (tj. 02.10) Dzień Anioła Stróża. Pewnie kiedyś ta wiadomość nie wywarłaby na mnie większego wrażenia, dziś za to zatrzymała myśli codzienne na chwilę i wpuściła pewną refleksję.

Cofnęłam się wspomnieniami w kierunku pojęcia „anioł”. Najpierw znamy go z dziecięcych najprostszych pacierzy, potem zdarza nam się zbierać aniołkowe figurki i pieczołowicie ustawiać je na komodzie, niekiedy na własnym ramieniu ulotnie poczujemy uścisk niewidzialnej aniołowej dłoni, gdy być może zbyt raptownie chcemy wbiec na ruchliwą ulicę… Ja tak miałam… Miałam też swój swoisty aniołkowy bunt, kiedy nosząc już Krzysia pod serduszkiem, słyszałam: „Jak tam ma się Twój aniołek?”. W głowie nie pasowało mi równanie dziecko = aniołek, denerwowałam się, bo wiedziałam, że dwójka krzysiowego rodzeństwa jest już aniołkami w niebie. Krzyś przecież miał aniołkiem nie być. Miał być z nami. Obok. Tu. Na ziemi. Los (którego charakterystykę pozostawiam w przemilczeniu) jednak bywa przewrotny…

Bo Los podarował mi Anioła na ziemi…. Tak, dziś jestem w stanie z przekonaniem i dumą stwierdzić, że Krzyś będąc z nami miał w sobie coś niesamowitego, coś nieopisanego, coś anielskiego… Ten wzrok… Jego głębia… Bijąca z niego mądrość, mimo, że był tylko malutkim, bezbronnym chłopczykiem. Ten spokój… mimo cierpienia. Ta przenikająca bezwarunkowa miłość, którą się czuło całym sobą, mimo, że nie potrafił  jej wyrazić słowem, ani uśmiechem. Znamy jeszcze wiele takich niezwykłych dzieci. Większość niestety podobnie jak Krzyś swoją anielskość ukazuje w chorobie, często w szpitalu, ale zawsze wśród kochających najbliższych. TE ich oczy… I jakkolwiek górnolotne to przekonanie może się komuś wydawać, myślę, że Rodzice anielskich dzieci – czy to ziemsko, czy niebiańsko anielskich dzieci – wiedzą doskonale o czym piszę. Świadczy o tym choćby to, że przecież doskonale znacie powyżej przytoczony cytat…

Teraz też mam swojego Anioła, tyle że już nie na ziemi, a w niebie… Oprócz Stróża, który pewnie miałby mi wiele do powiedzenia jak bardzo jest już zmęczony nadążaniem za mną 🙂 , jest także zwinny i radosny nasz prywatny Aniołek Krzyś. Może przypadkiem, a może celowo, ostatnio wracając z lotniska autostradą, gdzie radio nie łapało zasięgu natrafiliśmy na audycję o aniołach… Słuchaliśmy w milczeniu. O ich opiece nad nami, o ich mądrości, o ich miłości – takiej czystej i bezgranicznej. Nie chcę się tu wdawać w polemiki religijno-poglądowe, ale chcę przytoczyć tylko jedno zdanie z usłyszanej audycji:

„Gdyby przyrównać do siebie najmądrzejszego człowieka i najgłupszego anioła, to i tak ten anioł byłby o wiele mądrzejszy…”

My – ludzie przecież wiemy tak mało, a tak bardzo się martwimy o przyszłość, usilnie snujemy plany, przekonujemy do jedynych właściwych, bo własnych racji… Ja też tak robię. Z tą różnicą tylko teraz, że może nie bez powodu szepcąc poranne „dzień dobry” i pełne nadziei wieczorne „dobranoc”, mimochodem, pełne ufności spojrzenie i uśmiech wędrują w stronę naszego ulubionego krzysiowego zdjęcia…  Czuwaj Aniołku, czuwaj! :-*

ImageImage

Małżeńska arytmetyka

Dziś późny wpis, bo właściwie przed chwilą dopiero urządziliśmy sobie nietypowe oczepiny… Tak, bo te nasze prawdziwe, radosne i zupełnie beztroskie obchodziliśmy dokładnie 3 lata temu…
Dziś, patrząc wstecz, mamy wrażenie, że od tego „tak na zawsze” minęło może 3 tygodnie, a czasem wydaje się, że upłynęło 30 lat…
Ale z całej tej subiektywnej artmetyki, jedno jest pewne: mieliśmy niezwykłe szczęście przeżyć najpiękniejsze i najbardziej wartościowe 3 miesiące małżeńskiego, rodzinnego życia… z łóżeczkiem obok własnego; z synkiem w ramionach.
To nic, że choroba, że rurki, że sprzęt: wtedy kocha się bardziej… Naprawdę!
I taką niecodzienną Lekcję tej bezinteresownej Miłości w najczystszej postaci podarował nam Krzyś.
I choć wciąż z tej Lekcji piszemy sprawdzian co dnia, to chcieliśmy dziś jakoś ją przypieczętować, wręczyć wspólny prezent…
I oto o północy powiesiliśmy na (słynnej od uczuciowych uniesień) Kładce Bernatka naszą własną kłódkę… Niby banał, ale kluczyk powędrował w głąb Wisły.
A niewielka kłódka zamknęła w sobie wszystko to, co dla nas najważniejsze: moc bogatych wspomnień oraz „kocham, szanuję, jestem… mimo wszystko”.
Ciężka ta nasza kłódka: od nadmiaru przeżyć, emocji, radości i łez. I choć Krzysia już z nami nie ma, to nijak nie ma się to do zimnych praw fizyki: jest nas mniej, a przez to jakże ciężej, co dnia…
Na szczęście mamy siebie i pomocne ramię obok. Bo małżeństwo przecież polega na sile wsparcia i właściwej równowagi… Może dlatego słowo  „małżeństwo” ma w swoim środku „ż”, to samo, które „mąż” kończy, a „żona” zaczyna. Ot, taka ta nasza nocna arytmetyka :-*

image

image

Dziecko Cud.

Tak, dziś Dzień Dziecka. Kolejny ważny Dzień, który mamy zaszczyt świętować z naszym synkiem. I choć okoliczności tego świętowania skrajnie odbiegają od normalności, a jeszcze bardziej od naszych niedawnych wyobrażeń, to jedno wiemy na pewno: Krzyś jest naszym małym Wielkim prywatnym cudem. Dzieckiem, które pozwala nam doświadczać wiele cudów: poczęcia, pierwszych kopniaków w brzuszku, bicia serduszka pod drugim sercem, oddychania, skupienia wzroku, smakowania jabłuszka, beztroskiego werandowania, bycia Rodzicem… Dzieckiem, które walczy o cud… życia.

Co dnia nasze Maleństwo udowadnia, że mimo ogromu poważnych chorób potrafi żyć, czuć i najmocniej na świecie kochać.
I teraz, kiedy jego zdrowie jeszcze bardziej znów gwałtownie się załamało, to nie tylko medycyna pomaga Krzysiowi, ale też najsilniejszy z możliwych strumień miłości rodzicielskiej… Tak kocha się tylko dziecko. I dziękujemy Ci Kochany, że tej właśnie Miłości dajesz nam doświadczać… Kochamy i nie prosimy Cię już o nic więcej… :-*

Z okazji Dnia Dziecka, nasz synek dostał niespodziewany prezent od Intensywnej Terapii: swój własny pokoik… Izolatka jest konieczna, bo u Rycerzyka wykryto szereg groźnych infekcji, w tym bakterie we krwi 😦 Lekarze robią co mogą, aby mu pomóc… Ufamy, że nasze Dzieciątko jest w najlepszym z możliwych miejscu w tym niebezpiecznym czasie.
Od nas na Dzień Dziecka Krzyś dostał kolejnego Przyjaciela ze Stumilowego Lasu: Kłapouchego… Żeby to nie nasz synek miał najsmutniejsze oczka w swoim pokoiku…
Po południu Krzyś był w dobrym humorze, kilkakrotnie się pięknie uśmiechnął…

image

Najpiękniejszy i najsmutniejszy Dzień Matki

Były plany… Nasz pierwszy Dzień Matki. Jestem Matką- najpiękniejsze co mogło mi się w życiu przytrafić! Miał być wspólny spacer. Miała być cukiernia i niedzielne ciacho. Miał być kwiatek dla Mamy od Krzysia. Widać zbyt wiele chcemy…

A jest…życie. A właściwie walka o życie. Znów Krzyś trafił nagle do szpitala. Jest niedobrze. Wszystko jakoś (badają dlaczego) stanęło: brzuszek, sikanie, energia synka.

Nasz Rycerzyk jest bardzo smutny… i chyba nie ma już siły… bo ileż można?..

A my… jesteśmy przy nim i szepcemy do uszka jak mocno go kochamy i jak bezpowrotnie skradł nasze serduszka. Swoim dzielnym, choć kruchym „być” skradł setki serduszek… Teraz niech zabiją pełną mocą dla niego, by dodać mu sił. A nam- nadziei…

Image

A po nocy przychodzi dzień…?

Spieszymy z odpowiedzią na mnóstwo pytań:”Jak Krzyś?”. Bardzo jesteśmy wdzięczni za Waszą troskę! Ona naprawdę dodaje mnóstwa sił i optymizmu!

I dla nas nastał nowy dzień.
Około 6 rano monitor naszego synka zaczął wreszcie pokazywać prawidłowo wartości tętna (bo saturacja jest całe szczęście ciągle idealna), a kołderka zaczęła się unosić…Krzyś się wreszcie ożywił, wrócił do swojej dawnej aktywności, znów zobaczyliśmy te nasze oczka najukochansze jak koraliki… I machające rączki!
Kamień Wielkiej Nocy odsunięty pomyślelismy… A Krzyś od piątku urządził nam prawdziwe Triduum Paschalne, gdzie sam wycierpiał się Biedaczek najbardziej…
W ciągu dnia był po swojemu «rozbrykany», natomiast potem zaskoczył nas ogromnym spadkiem aktywności po zmniejszonej dawce leku, na który mało co wogóle reagował wcześniej.
Wygląda na to że spadek potasu porządnie go rozregulował…Neurologicznie, kardiologicznie…Wieczorem znów pojawiły się niewielkie,ale jednak, spadki tętna, które wcześniej nigdy nie występowały.
Dużo zagadek.Szczęście w nieszczęściu że stan Krzysia jest względnie stabilny i udało się wczoraj uniknąć przeniesienia na Intensywną Terapię, gdzie łóżko już było dla Krzysia przygotowane i razem z nim: wizja samotnych Świat i nocy.
Nie jest fajnie, bo nie tak miało być… Bo znów zaczynamy wyścig szpital-dom-szybki sen-szpital…W Trójkę byliśmy dziś może z 10 minut…:-(
I choć wierzymy w ciągłe cuda i moc Wielkiej Nocy, to jakoś na mszy przy psalmie:”Radosny dzień dziś nastał. Weselmy się…”, jakoś usta same się zaciskają…
Dziękujemy za Wasze wsparcie, za myśli…Razem łatwiej :-*

Świętujemy… podwójnie!

Data: 21 marca 2013 r.

Godzina 10:03 – rodzice Krzysia otwierają pierwszą butelkę szampana (Piccolo oczywiście!) i zapraszają Krzysia do łóżka na wspólne rodzinne śniadanie. Krzyś obchodzi właśnie swoje 9-te urodziny! Pierwsze w domku! (bo trzeba Wam wiedzieć, że Krzyś obchodzi swoje urodziny co miesiąc, co by czasu nie marnować i nie czekać przez cały rok na urodzinowy tort :)). Dokładnie 9 miesięcy temu mama Krzysia wylewała siódme poty ze stresu i zmęczenia na łóżku operacyjnym, a tata Krzysia był bliski omdlenia przed drzwiami na porodówkę. Tylko sam Krzyś był tego dnia na tyle wyluzowany, że mu się zapomniało oddychać (chociaż Krzyś do dziś obstaje przy wersji, że po prostu nikt go nie poinformował wcześniej co ma robić, więc nie wiedział, że ma oddychać, itd.).

Godzina 13:00 – rodzice otwierają kolejną butelkę szampana (jak my kochamy takie dni pełne okazji! :)). Krzyś jest od 3 tygodni w domku! Trzymajcie kciuki, by szampanów Piccolo zabrakło w okolicznych sklepach przez kolejne tygodnie świętowania pobytu Krzysia w DOMU! 🙂

Relacja foto poniżej:

Image

Image