Kurtyna w górę! :-)

Majowy weekend przed nami… W końcu wiosna! Mnóstwo prognoz… pogodowych, uczuciowych, emocjonalnych, zadaniowych, wyjazdowych… Głowa pełna pomysłów… A w sercu? 🙂 A z samym sobą? A wśród najbliższych?

Na chwilkę wolnego czasu, podsuwamy Wam przemyślenia Taty Krzysia, ot takie :

Przyszło mi dziś do głowy pewne porównanie. Pomyślałem sobie, że życie ludzkie to taki spektakl toczący się za zasłoniętą kurtyną. Niektórzy mają ją bardziej zdobioną, malowaną w kwiaty, haftowaną, pozłacaną, posrebrzaną, kolorową… Kurtyny innych są jednak smutne, szare, brudne, bez wzorów i zdobień.

Zza kurtyny wydobywa się jednak zawsze odgłos spektaklu. U niektórych głośniejszy, radosny. U innych smutny, nudny. Zdarza się czasem, że słychać głównie ciszę…

Nie ma zasady, co do związku kurtyny i spektaklu. Za piękną kurtyną może ziać nudą i pustką, za szarą zaś może kryć się przepiękne widowisko baletowe Teatru Bolszoj.

Jakże odważny musi być ten, kto nie boi się odsłonić szarej, brzydkiej kurtyny w nadziei na odkrycie pięknego spektaklu, które zmieni całe jego życie.

Nie bójmy się więc odkrywania smutnych, szarych „zasłon”. Czasem warto w pozornie chorym, biednym, brudnym człowieku znaleźć jego piękne, wewnętrzne „widowisko”!

Życzymy najpiękniejszych spektakli! I udanego weekendu! 🙂

 

Al_Hirschfeld_Theatre_stage_NYC_2007

 

Reklamy

Kwietniowy (wielkanocny) RAP dla JULCI!!!

Powoli gasną światła…

Świąteczne stoły już prawie posprzątane, nowa nadzieja od Zmartwychwstałego w sercu, prawda…? Nowe plany, wiosenna energia, akumulatory naładowane… Piękne są Święta Wielkiej Nocy – jednocześnie owiane Tajemnicą, co akcentowane radością twarzy, światłem słońca, rodzinnym „ręka w rękę”. Jest jeszcze jeden sposób, aby były JESZCZE PIĘKNIEJSZE, jeszcze bardziej spełnione… Pomysł podsuwa Krzyś. A brzmi on: ZNÓW RAP-ujemy! Czyli Rycerzykową Akcję Pomocy w wydaniu wielkanocnym zaczynamy!:-)

 

Niewidoczny Dyrygent…

Nasz Krzysiulek baaardzo zadowolony z ubiegło-miesięcznego RAP-u, gdzie bilety wstępu były troszkę droższe, troszkę nietypowe, dziś znów rusza swoją batutą… Najpierw się pięknie kłania w podziękowaniu za tak entuzjastyczne, niewiarygodnie liczne i ciepłe powitanie książkowego „Rycerzyka” na księgarnianych półkach, który szybko powędrował do domów dobrych Ludzi… :-* Dziś nasz Maluszek gra w bardzo ważnej sprawie, dla swojej Rówieśnicy, która bardzo potrzebuje Jego Opieki i NASZEJ pomocy! Krzyś pragnie zagrać dziś głośno i wyraźnie, żeby wszystkie uszy usłyszały, żeby wszystkie serducha zrozumiały…

Krzysiowa wędrówka po gatunkach muzycznych trwa w najlepsze, dziś RAP zaprasza Was na słoneczne reggae 😉 Bardzo mądre reggae!

 

Na scenie: malutka JULKA…

Dzięki śledzeniu sprzedaży naszej książki, wiecie już wiele o „Alma Spei Hospicjum dla Dzieci” w Krakowie. Dziś patrzymy na Alma Spei przez soczewkę i dostrzegamy maleńką Julkę, której historia poruszyła już i porusza wciąż wiele serc… Juleczka jest w wieku naszego Aniołka Krzysia – tym bardziej wydaje nam się tak bardzo bliska! I tak samo jak Krzyś, z niewiadomo do końca jakich powodów, jest bardzo, bardzo chora, nieuleczalnie…

RAP Julia

Julia jest jednym z siedmiorga dzieci Pana Piotra i Jego Żony, którzy tak bardzo kochali dzieci i tak bardzo cieszyli się szczęściem rodzinnym. Dlaczego czas przeszły? Bo Mama Julci nie pokonała walki z rakiem i odeszła TAM, gdzie jest już nasz Aniołek, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Tak samo Ona, tak samo nasz Krzyś – zdecydowanie za wcześnie. Doskonale rozumiemy tęsknotę, ból i żal pozostawionych tu w Krakowie ukochanych Bliskich. Doskonale rozumiemy trud, z jakim musi się zmagać teraz Tata Rodziny. Otóż Pan Piotr musi teraz podołać nie tylko materialnemu utrzymaniu ukochanych dzieciaczków, ale też przede wszystkim niełatwej, całodobowej opiece nad chorą, najmłodszą córeczką. Nie trzeba podpowiadać, że te dwa zadania w polskich realiach się całkowicie wykluczają… Potrzebne zrozumienie, wsparcie, po-MOC i pomoc w jakimkolwiek wydaniu. Będziemy niezmiernie wdzięczni jak przeczytacie ten artykuł o Rodzinie Julii i zdecydujecie się pomóc m.in. grając w naszym RAP-ie: na całego! :-*

 

Pora na… RAP!

Jula by była koleżanką Krzysiula,

Jednak Los tak nieopatrznie przymula,

Że nie po kolei do Nieba ukochanych, najbliższych przytula.

Anioł Mamy Julii niewidzialnie licznej Rodziny strzeże,

Choć wie, jak trudne stery trzeba obrać, nawet przy najmocniejszej wierze.

Tata Julii to sternik doskonały,

Chorej Kruszynce i jej Rodzeństwu przychyliłby świat cały!

Pomóżmy mu zmagać się ze sztormem polskiej codzienności,

Niewielkim gestem podarujmy całe mnóstwo, prostej, największej radości!

 

Bilet wstępu na nasz „koncert RAP”:

Jak zawsze – do “nabycia” bez wychodzenia z domu!

Koszt – 5 zł – nie mniej, nie więcej! Czy pojedynczo, czy rodzinnie – jak tylko chcecie, jak możecie…

Gdzie nabyć?

Wpłat należy dokonać na KONTO ALMA SPEI

Z DOPISKIEM „DLA JULKI SZCZERBY”

po szczegóły kliknij TUTAJ!

 

 

WIELKANOCNY RESET

Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądają Święta w Niebie? My już raz kiedyś próbowaliśmy… Teraz zaglądamy ponownie gdzieś TAM, gdzie nic nie widać, nic nie słychać, a jednak COŚ jest… Bo TAM coś na pewno jest – zbyt wiele religii nie może się mylić…, a w całym, wielkim świecie wokół, czy w naszym prywatnym mikrokosmosie jest zbyt wiele nadzwyczajnie dziwnych zbiegów okoliczności, które zwyciężają nad zaciśniętymi przecież nie raz wargami buntu niewiary, prawda?

Dziś w wigilię Wielkiej Nocy, gdzieś TAM ważny KTOŚ nieważne czy siedzi na tronie, poduszce, krześle czy chmurze… Ważne, że otoczony jest milionami przyjaznych, dobrych, dziecięcych i dorosłych twarzy. Nie ma przerysowanego cierpienia; karykaturalnego regulaminu co wolno, a co zakazane;  przedświątecznego zmęczenia… Jest za to niewiarygodny spokój i ogromna zaduma. Nawet małe, rozbrykane na co dzień Aniołki siedzą cichutko w kręgu i słuchają… Bo trwa dyskusja, taka nadziemna konferencja, miliony pytań i te same odpowiedzi, dające dalej do myślenia… Czas podsumowań, odpowiedzi na pytanie: „po co to wszystko?”, czas wspomnień, czas na „reset”.

– A dlaczego był krzyż? – dopytywały ciągle nie mogące uwierzyć w Historię najmłodsze Aniołki.

– Jak to jest zmartwychwstać? – dopytywali bardziej Wtajemniczeni Starsi.

– A dlaczego jajka-pisanki i akurat zajączki…? – wtrąca nasz ciekawski Maluszek-Krzysiulek? 🙂

A ciągle ten sam, mądry, spokojny i niewiarygodnie ciepły Głos im odpowiadał, opowiadał, tłumaczył… Co? Nie nam znać jeszcze te odpowiedzi. Możemy się tylko ich domyślać – na własny rachunek, we własnym sumieniu, na własny użytek…

My rok temu, dokładnie w Wielkanoc, przeżyliśmy najprawdziwsze z prawdziwych Triduum Paschalne, gdy kroczyliśmy na cieniuśkiej granicy między krzyżem, a Niebem. Krzyś zwyciężył. Jednak niespełna 2 miesiące później, TA granica została przekroczona. I nie było zmarwtychwstania. I żaden kamień nie został odwalony…

Śmierć najbliższej, najukochańszej osoby to też taki „reset” – brutalny, najczęściej z zaskoczenia, gdy nikt nie pyta o zdanie… Prawie taki sam jak Ten, który obchodzimy w każdy Wielki Piątek, co roku…

A niedziela? Niedziela to odwalanie głazu. To zmartwychwstanie. Każdego z nas! Skoro nie może być namacalne, niech będzie duchowe, wewnętrzne. Niech będzie! Bo każdy „reset” wiele zabiera, ale też wiele daje… Wiemy coś o tym, aż za bardzo. I nawet jeśli rachunek zysków i strat nie jest sprawiedliwy, to niech pcha nas zawsze do przodu ta nowa siła: wiary, nadziei i miłości. Odwalmy głaz błahego, ciągłego niezadowolenia, pychy, egoizmu. Zresetujmy myślenie na to wiosenne: pełne sił, radości, serdeczności. Skoro trudności są, były i będą, a krzyż nie zniknie, to wykorzystajmy jego sens: ŻYJMY PIĘKNIE TO ŻYCIE – tu i teraz, takie jakie jest! 🙂

Myślicie, że właśnie takie „Krzysio-Lekcje” wysyłane są do nas z „resetowej” konferencji TYCH DNI? 😉

KOCHANI NASI!

WRAZ ZE ZBLIŻAJĄCYM SIĘ ŚWIĘTEM WIELKIEJ NOCY ŻYCZYMY WAM DUŻO ANIOŁKOWEJ POMOCY 🙂

Życzymy WIARY, szczególnie wtedy, gdy coraz o nią trudniej…

Życzymy NADZIEI, wtedy, gdy czasem jest pod górkę…

Życzymy MIŁOŚCI – niech napędza nasze Rodziny, Bliskich, Przyjaciół, nas i świat…

Życzymy życiodajnego, pozytywnego „resetu”! 🙂

Rodzice Krzysia

 

14-04-13 Hulda Klager Lilac Gardens-4

WIĘKSZE NIŻ DUŻE MAŁE CO NIECO O KSIĄŻCE…

„(…) I poszli, trzymając się za ręce. I dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, mały chłopczyk i jego Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Zaczarowanym Miejscu na skraju Lasu.”

– Oj… Krzysiu, daleko jeszcze? – jęknął Prosiaczek.

– Krzysiu, Krzysiu, ale przecież miało być, że „chłopczyk i jego Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą”, a tu jakieś spotkanie urządzasz… – zagrymasił Puchatek – i to jeszcze bez miodku…

– Nie spotkanie Puchatku, tylko małą wielką naradę – poprawił rozumowanie Misia mądry Pan Sowa.

– Ja tylko wiem, że musimy dziś sadzić wiele drzewek wkoło, bo Krzysiowa książka potrzebuje papieru. Nie uwierzycie, ale dyktowanie Krzysia już trzeci raz się drukuje dodatkowo, bo ciągle potrzeba książeczek i… ach, tak, wiem, to się dodruk nazywa… chyba tak Krzyś kiedyś mi szepnął do uszka – stwierdził Puchatek. – I się po cichutku bardzo cieszył – zaśmiał się misiowo Mały Głupiutki Miś.

– Ciekawiejsze, coraz ciekawiejsze… – mruknął Kłapouchy z największą dozą optymizmu i entuzjazmu, jaki można by sobie kiedykolwiek wyobrazić w jego głosie.

A Krzyś stanął na skraju lasu i popatrzył na szeroką, zieloną polanę. Znów jego dolna warga wsunęła się przesłodko pod górną, a to mogło tylko oznaczać, że chłopczyk doskonale wie, czego chce… Westchnął sobie słodko. Bo to było właśnie takie Zaczarowane Miejsce, do którego chodzi się tylko wtedy, gdy trzeba pomyśleć o sprawach nieco większych niż nawet duże małe co nieco…

– Krzysiu, dlaczego tutaj jesteśmy? Na kogo czekamy? Mam po kogoś pobrykać? – dopytywał zniecierpliwiony Tygrysek.

– Kochani Przyjaciele ze Stumilowego Lasu, przyszliśmy tutaj, żeby na chwilkę przestać się bawić, ale pora podsumować bardzo dla mnie ważny projekt pt. „Rycerzyk”, który chyba udało się zrealizować… – zaczął intrygująco Krzyś swoim słodko mądralińskim tonem.

Wystarczyło, że Krzyś zaczął. Bo potem tak jak u Krzysia w Stumilowym lesie, tak i u Rodziców Krzysia w Grodzie Kraka… potem właściwie wszystko się potoczyło samo…

– A ja wiem! A ja wiem! „Rycerzyk” to książka Krzysia, którą pisał i pisał i… o! mam ją tutaj! I książka pomaga chorym Dzieciom, które nie mogą skakać tak jak ja – krzyknęło rozentuzjazmowane Maleństwo.

– A ja wraz z książką Krzysia zabrałam do mojej dużej kieszeni wszystkie notatki, które mi kazaliście pilnować – rzekła przejętym tonem Mama Kangurzyca.

– Ja już nie mieszkam w kieszeni, bo brykam samodzielnie! Biorę lekcje od Tygryska, więc Mamcia zmieściła duuużo papierków… – piszczało dalej Maleństwo.

Wtedy wszystkie oczy małe i większe, stumilowo-lasowo-krzysiowe powędrowały w stronę Królika, który tylko czekał na ten moment…

Wdrapał się zwinnie na pień drzewa, przejął wszelkie notatki od Mamy Kangurzycy i… charyzmatycznie chrząknął, zaczynając:

– Nasz Krzyś wiele nam nie powie, bo On zna już słówko „Chwalipięta” i ostro marszczy nosek, jak tylko zaczynamy „bo Krzyś to, a Krzyś tamto…”. Więc zamiast tego, użyjemy dziś słowa-klucz na naszej naradzie, a mianowicie „Wiercipięta”.

– Wie… wie… wiercipięta… – wydusił cichutko przestraszony Prosiaczek. – Czy to jest coś czego boją się Prosiaczki takie jak ja…?

– Króliku, do rzeczy, do rzeczy… – niecierpliwił się Tygrysek. A Krzyś spojrzał pytająco na Królika, co to też on znów wymyślił w swojej norze…

Królik kontynuował:

– Otóż Prosiaczki, Prosiaczku, nie boją się Wiercipięt, tylko dzielnie im kibicują. Bo nasz Krzyś tak potrafi umiejętnie wiercipięcić się w innych, przyjaznych lasach i polanach – że o naszym „Rycerzyku” piszą portale: Damy-rade.org, SOS Rodzice, Oswoić Los, Przyjaciele z Alma Spei oraz plakacik (czyt. banerek) jest obecny na stronie Help Homecare, Wydawnictwa WFW, Fundacji Słoneczko – wyliczał dumnie Królik.

– Zaraz, zaraz Króliku… – wtrąciła Mama Kangurzyca – Nie powiedziałeś o najważniejszym! Przecież od wczoraj Krzyś został ponownie zaproszony w gości na portal Zaradne Matki.com, gdzie jako Mama Maleństwa czytam nowy wywiad z Mamą Krzysia i wszystkim Mamom gorąco polecam: „Quo vadis, Krzysiowe małe co nieco”!

– Sowo – kontynuował swoje przemówienie Królik. – Czy „Rycerzyk” jest dostępny wszędzie tam, gdzie by Krzyś chciał…?

– Według ostatniego rekonesansu – zaczął oficjalnie Pan Sowa – książka jest bardziej niż wszędzie, gdzie miała się znaleźć i lupa Google pokazuje mi kilkadziesiąt księgarni internetowych, a mapy naziemne wskazują coraz więcej stacjonarnych. To się chwali, to się chwali…

– A ja brykam i brykam tu i ówdzie, żeby zebrać wszystkie recenzje, które opisują przefajowi Czytacze na portalu LubimyCzytac.pl, a jak przeszkody techniczne wyskakują, mile widziane opinie w krzysiowej skrzynce pocztowej: krzysiowemaleconieco@gmail.com. Bardzo, bardzo mile widziane! – tak zachęcał, że aż się za bardzo rozbrykał Tygrysek.

– Czemu masz jeszcze taką wypchaną kieszeń Mamo Kangurzyco, skoro dałaś mi już wszystkie notatki? – spytał podejrzliwie Królik.

– A bo mam jeszcze plik małych ulotek o książce, gdyby Ktoś chciał je położyć, by o niej opowiedzieć tam, gdzie Ktoś inny może tego bardzo potrzebować – w szpitalach, ośrodkach dla chorych dzieci, fundacjach. Wtedy, najlepiej odezwać się do Rodziców Krzysia – oni prześlą ulotki. Z wielką radością z możliwości pomocy! – wytłumaczyła Mama Maleństwa.

A tymczasem w ciągu całej tej książkowo-podsumowującej debaty, nasz Krzyś siedział sobie cichutko na skraju Lasu, przycupnąwszy na kamyczku, w paluszkach trzymał patyczek i zgadnijcie, co robił? Pisał, pisał i pisał… czasem na piasku, czasem w powietrzu, czasem zahaczył o swój malutki bucik. Krzyś miał wprawę w dyktowaniu Lekcji, myśli, pomysłów nie wypowiadając ani słowa. Ale jego oczka się cudownie śmiały, a policzki… hmmm… Stumilowy Las podejrzał, że były słodko zarumienione…

 

Image

Pierwszy spacer na plaży…

Lubię się zgubić w Internecie… Czasem potrafię za pomocą kilkunastu kliknięć przejść na Wikipedii od hasła „Rewolucja Francuska” do „Lotów kosmicznych”… Nie pytajcie mnie jak, dla mnie to również jest zagadka 🙂

Ostatnio podczas takiego właśnie szukania drogi w sieci trafiłem przez przypadek na pewien film. Ale najpierw trochę historii i przemyśleń. Posłuchajcie…

Duncan Lou Who – bo to on jest bohaterem tej opowieści – urodził się w Vancouver w stanie Washington, USA ze zdeformowanymi obiema nogami. Zagrażały one jego zdrowiu na tyle poważnie, że musiały zostać usunięte. Duncan pozostał jednak radosny i zdawał się nie zauważać swej „inności” w stosunku do swych rówieśników. Jego opiekunowie postarali się o wózek inwalidzki dla niego, jednak Duncan jakoś nie mógł przyzwyczaić się do nowego sprzętu. Wolał poruszać się o własnych siłach, jakby nie zważając na problemy, które postawiła przed nim Matka Natura i jej psotna siostra Genetyka.
Duncan nie miał zbyt wiele wymagań wobec świata. Zawsze marzył jednak, by pójść na plażę, by poczuć piasek i ocean na własnej skórze, a nie tylko z opowieści… By poczuć się jak jego koledzy i koleżanki… I nadszedł ten dzień! Po wielu przygotowaniach Duncan poruszając się bez wózka został zabrany z pomocą opiekunów na plażę!
I wiecie co? Takiego wulkanu radości i energii nie widziałem wcześniej nigdy u nikogo! Duncan w ogóle nie sprawiał wrażenia „gorszego” od innych! Bawił się z kolegami poruszając się tylko za pomocą swych rąk! Nie czuł, że się różni! Nie wiedząc, że nie może… mógł tyle co inni!
A reakcja jego rówieśników? Naturalna, bez uprzedzeń, ale i bez przesadnej i niepotrzebnej litości! Bawią się z nim jak równy z równym, jak zdrowy ze zdrowym!

Niesamowite, prawda?
A co jeśli powiem Wam, że Duncan Lou Who jest… psem! Tak, tak, niepełnosprawnym psem rasy bokser, którego opiekunowie nie wyrzucili, nie uśpili, tylko postarali się mu dać tyle radości i ciepła, ile tylko są w stanie! I którego w pełni akceptują inne psy w ogóle nie zauważając nawet jego „inności”!
Opiekunowie nie uśpili Duncana, inne psy nie chcą go zagryźć, lecz bawią się z nim…

Tutaj sam film, który dosłownie rozwalił nas na drobne kawałeczki, by zaraz potem skleić je w całość za pomocą kilku łez:

A jak to jest u nas, u ludzi?

Niby jesteśmy tacy rozwinięci cywilizacyjnie i technologicznie, niby tacy wyedukowani i humanitarni, niby potrafimy zaglądać w ludzki genom, niby planujemy dalekie podróże w kosmos… Ale jeśli chodzi o ogólny stosunek ludzi do niepełnosprawności nadal jesteśmy w łańcuchu ewolucji z teorii Darwina daleko za psami, zajmując niezagrożenie miejsce między rozwielitką a pantofelkiem.
Wstyd mi w tej chwili za przedstawicieli ludzkiego gatunku za wszystkie pomysły „ulżenia niepełnosprawnym”, „rozwiązania problemu”, eutanazji chorych dzieci, za teksty słyszane osobiście przez nas od lekarzy w stylu: „łatwiej przynosić kwiatki na grób chorego dziecka niż się nim zajmować w domu”, itd.

Wstyd mi za niektórych ludzi!
Chyba już czas zwrócić się z powrotem do Matki Natury i od niej powoli zacząć uczyć się na nowo… Póki jeszcze mamy czas…

 

Mobilność i dyspozycyjność!

Z serii: Kulturalny Krzyś poleca 🙂

Ostatnio chyba sam Krzyś zaprowadził nas w jedno ciekawe miejsce. Ale może od początku…

Wisię można lubić lub nie. Na pewno nie można przejść obok niej obojętnie.
Kilka lat temu, po zdobyciu Literackiej Nagrody Nobla obowiązkowa odpowiedź na pytanie zadane większości Polaków: „wiersze jakiego poety czytasz?” brzmiała: „Wisławy Szymborskiej„. Później nieco zapomniana, przypomniała o sobie swoim odejściem do Krainy-Odpoczynku-Gdzie-Już-Nic-Człowieka-Nie-Obchodzi.
Przez nas ceniona głównie za błyskotliwe poczucie humoru połączone z niesamowitym darem obserwacji świata. A oprócz wierszy talent ten ujawniała w swych kartkach-kolażach, które tworzyła z wycinków gazet dla swoich znajomych z okazji Świąt, urodzin, imienin, itd.
Ostatnio mieliśmy to szczęście zobaczyć w MOCAK-u wystawę poświęconą jej właśnie kolażom (Link do wystawy – swoją drogą polecamy każdemu! Wystawa czasowa otwarta do 15-ego kwietnia!).

I cóż tam znaleźliśmy? Takie oto cztery anielskie perełki:

– tytułowa „Mobilność i dyspozycyjność”:
WS_mobilnosc

„Bohater tygodnia”:
WS_bohater

„się czai”:
WS_czai

„Klientom służymy codziennie od 8 do 16”:
WS_klienci

Czas na błyskotliwe podsumowanie 🙂 :

Dobrze, że nasz Bohater Krzyś nie czai się, ale jest mobilny i dyspozycyjny nie tylko w wybranych godzinach 🙂

GDY DO PRZODU ZEGAR RWIE…

„Gdy do przodu zegar rwie …
Ty ustaw się na nie i cała wstecz”

 Wiecie, że dokładnie rok temu była Wielkanoc?

Wiecie, że dokładnie rok temu mieliśmy sporo śniegu…? Przynajmniej w Krakowie.

Wiecie, że dokładnie rok temu wylądowaliśmy z naszym Rycerzykiem na Prokocimiu, gdzie był na granicy utrzymania swojego mieczyka i tarczy? Utrzymał. Był z nami jeszcze potem dwa kolejne najpiękniejsze miesiące.

Niedawno przestawiliśmy czas na letni. Teoretycznie przesunęliśmy wskazówki w przód. I w tym samym momencie przyszła do nas jednoznaczna refleksja, że mimo, iż wskazówki, kroki nasze, wszelkie plany przesuwamy coraz dalej, coraz śmielej w przód, to częścią siebie (sporą częścią) jesteśmy ciągle „wstecz”.

Co dzień, właściwie w większości chwil cofamy zegary naszych myśli wstecz. Najczęściej używana jednostka – nie godzina, a zazwyczaj równy rok. Dowód: kilka pierwszych linijek tego wpisu.

Kilka…naście, kilka…dziesiąt razy dziennie w naszym domu pojawia się słowo-klucz: „Krzyś”. Bo Krzyś to, bo Krzyś tamto… W przeróżnym kontekście: tęsknym – na pewno; wspominkowym – na pewno. Jednak najczęściej – najzwyklejszym, codziennym. I wesołym. Mimo wszystko.

I tym samym Krzyś jest obecny w naszym życiu, domu, sercu zawsze: intensywnie, naturalnie, bez opamiętania…

Może się to ocierać o irracjonalność. Zapewne nasze podejście nie stąpa twardo, a lata sobie te co najmniej kilka centymetrów nad ziemią. I może ktoś powie, że to wręcz szaleństwo. Jednak jedno dla nas jest pewne: w tym szaleństwie jest metoda. Metoda przetrwania – przetrwania tęsknoty, przetrwania poczucia bezlitosnego braku, przetrwania nowego poranka…, gdzie w myśl naszej zasady pojmowania świata: budzik budzi nas i… Krzysia 🙂

I tak tyka sobie ten nasz zegar. Wchodzi właśnie w fazę wiosny. Jego tarcza może się ciut rozjaśnia, zazielenia; a wskazówka tyka weselej, żwawiej. A my? Dokładnie tak jak kiedyś wykrzesujemy z każdego tyknięcia wszelkie najmniejsze minuty radości, jednocześnie tłumiąc ukryty w sekundach, zawsze obecny strach.

Zupełnie tak jak kiedyś.

Radość bycia Mamą najdzielniejszego synka na świecie.

Strach, że dzielność tę odmierza pędząca klepsydra diagnoz.

Radość życia „na 100%”, angażując wszelkie wymyślone emocje.

Strach, że szczęście nawet wywalczone, bywa ulotne…

Zupełnie tak jak dziś.

Radość każdego poranka i każdego wieczora ukoronowana wędrówką myśli do Synka.

Strach, że wyczuwalna obecność jest jednak przezroczysta…

Radość z powrotu do zapomnianej normalności pt. „dom-praca-dom”,

Strach, że ta sama codzienność zabije wszystko to, czego się od Krzysia niecodziennego nauczyliśmy.

Radość, że Krzyś nie trafił w żadne inne, tylko nasze ramiona; że byliśmy/jesteśmy jego Mamą i Tatą.

Strach, że żyjemy w społeczeństwie, gdzie Rodzice tacy jak my, zamiast dumy, że ich chore dzieci dorosły, że dają radę…, czują presję pretensji odbiegania od uwielbianego dziś schematu: „piękni, młodzi i bogaci”.

Radość, że doświadczyliśmy miłości jaka się rzadko zdarza: najczystszej, najprawdziwszej, bezwarunkowej.

Strach, że już nigdy nikogo nie pokochamy tak samo…

„Wstrzymywany jednak drgnął
Wskazówkę ujmij w dłoń i…”*)

I?

 

*) E. Bartosiewicz, „Zegar”

 

Image