„Bo każdy anioł ma skrzydła pełne roboty.”

Zupełnie przypadkiem, a może nie-przypadkiem (czyt. Krzyś podsunął 😉 ) odkryłam wczoraj wieczór w internetowej otchłani taką jedną, niedługą, inną niż wszystkie, bliską nam (w końcu aniołkową) bajkę… Przeczytałam: „piękna” – pomyślałam. A zaraz potem przyszła kolejna myśl: „chciałabym, żebyście ją też poznali”… Chętni? 🙂

NAJMNIEJSZY ANIOŁ

„Pewnie już wiesz o tym, że daleko stąd, jest takie miejsce, w którym mieszkają anioły. Każdy inaczej widzi Niebo Aniołów. I to jest w nim najpiękniejsze. Panuje tam nieustający rozgardiasz. Bo każdy anioł ma skrzydła pełne roboty.
Co jakiś czas Tadeusz Anioł zwołuje nieopierzone jeszcze anioły do magazynu i daje każdemu po parze skrzydeł. Właśnie grupa aniołów skończyła 10 lat. To czas, by nabierać wprawy w anielskiej sztuce. Młode anioły są dość niewinne, by kochać całym sercem a zarazem dość już samodzielne, by wyruszyć na ziemię.

Na wołanie Tadeusza Anioła, dziewczęta i chłopcy ustawili się pod drewnianymi drzwiami magazynu zgodnie z tradycją: od największego, do najmniejszego. Ile było tam oczekiwania! Na samym końcu stanął Najmniejszy Anioł.

Tadeusz Anioł rozdawał skrzydła, zdejmując je z półek. Każdą parę układał delikatnie na plecach małych aniołów. I tak, para za parą, anioł za aniołem. Aż, kiedy dotarł na sam koniec kolejki, zdziwił się Tadeusz Anioł. Raz jeszcze przejrzał dokładnie wszystkie półki i w końcu poddał się.

-„Nie ma”- powiedział.

-„Nie ma”- powtórzyły anioły.

-„Nie ma czego?”- zapytał najmniejszy.

Słowa utknęły staremu aniołowi w gardle jak ciężkie kamienie. Ale nie mógł już dłużej ukrywać tego, co i tak już wszyscy zauważyli.

-„Nie ma już żadnej pary skrzydeł” – odpowiedział Tadeusz Anioł.

-„Zawsze są”- odparł Najmniejszy Anioł i poszedł ich szukać.

Kiedy wrócił z magazynu, nikt nie spojrzał mu w oczy. Starali się coś mówić, ale czymże są słowa bez skrzydeł?

Odszedł płacząc.
Wieczorem z daleka obserwował, jak jego przyjaciele z coraz większą wprawą szybują po niebie. Anioły były jeszcze bardzo młode i żaden nie wiedział, jak teraz rozmawiać z Najmniejszym, jak bawić się z nim.

Dlatego Najmniejszy Anioł poszedł po radę do Pana Stanisława, który był jedynym człowiekiem w anielskim niebie. On wiedział już co się stało, więc utulił malca, a potem zapytał:

-„Masz odwagę?”

-„Mam” – odparł anioł.

-„Masz rozum?”

-„Mam” – odparł raz jeszcze.

-„Masz serce?” – pytał dalej

-„Mam” – powiedział coraz bardziej zdziwiony chłopiec

-„To masz skrzydła!”- wykrzyknął Pan Stanisław.

Najmniejszy Anioł zerknął za siebie. Ale od słów nawet jedno piórko mu nie urosło. Odszedł więc.

Ranek obudził się wcześnie. To właśnie teraz anioły miały odbyć swój pierwszy lot. Najmniejszy chciał ich pożegnać. Usiadł więc na skraju nieba i patrzył, jak jego rówieśnicy skaczą w przestrzeń rozprostowując skrzydła.
Aż nagle usłyszał w sobie pierwsze pytanie: „Masz odwagę?” Czuł ją w sobie teraz i zrobił coś zarazem odważnego, jak i szalonego. Uchwycił się długiej sukienki przyjaciela i sfrunął razem z nim. Trudno opisać to, co czuł.

Anioły, które frunęły teraz obok niego fikały koziołki, bawiły się i chwytały ptaki za skrzydła. Ale Najmniejszy starał się być uważny. Rozglądał się więc wokół. I wtedy zauważył coś, co najpierw go zainteresowało a potem zaniepokoiło. Tuż obok przelatywał niewielki samolot. A właściwie krztusił się i kasłał usiłując złapać równowagę. Najmniejszy Anioł zaczął wołać przyjaciół, ale jego słaby głos ginął w świście wiatru. Wtedy usłyszał w sobie po raz drugi głos: „masz rozum?”. Skoczył więc na kadłub samolotu. Spojrzał jeszcze w przerażone oczy pilota i sięgnął do wszystkich swoich anielskich umiejętności. Powstrzymał awarię na tyle, by samolot mógł wylądować bezpiecznie na najbliższym lotnisku. Najmniejszy pomachał przyjaźnie zdumionemu pilotowi i zeskoczył na dach, nad którym przelatywali. Przez właz na jego szczycie wszedł do budynku. Przechodząc białym, cichym korytarzem domyślił się, że jest w szpitalu. Szedł więc spokojnie i kiedy mijał kolejne drzwi, usłyszał płacz. Drzwi skrzypnęły, kiedy wchodził do małego pokoju. Leżała tam dziewczynka, która zauważyła go dopiero, gdy usiadł na skraju łóżka.

-„Nie mogę zasnąć. Boję się, że już nigdy nie obudzę się po operacji”- zwierzyła się ufnie.

Anioł był jeszcze taki młody i nie wiedział, co może powiedzieć ciężko choremu dziecku. Wtedy po raz trzeci usłyszał w sobie znajomy głos pytający go: „masz serce?”.

-„Jeśli wypoczniesz, będziesz miała więcej siły, żeby wyzdrowieć. Będę więc siedział tu przy tobie i trzymał Cię za rękę tak długo, aż zaśniesz.”- obiecał.

I tak się stało. Opowiedział dziewczynce wszystkie bajki, które znał, zaśpiewał wszystkie kołysanki, które pamiętał. I usnęła spokojnie.

Zostawił na jej czole anielski pocałunek, który nazywają anielskim błogosławieństwem i poszedł dalej.

Jeszcze tego dnia pomógł staruszce znaleźć okulary, opatrzył małemu kociakowi zranioną łapkę i przeprowadził przez kładkę nad rwącą rzeką dwoje dzieci.

Słońce z wolna zaczerwieniło się, dając znać, ze zbliża się wieczór. To znak dla wszystkich małych aniołów, które po zachodzie muszą wracać do domu. Wtedy na ziemię zlatują doświadczeni, dorośli anielscy ratownicy. Najmniejszy ruszył więc tą samą drogą, którą przyszedł. Wszedł do budynku szpitala. Na znajomym korytarzu zatrzymał się. Znów zaskrzypiały drzwi, kiedy wchodził do pokoju. Dziewczynka spała uśmiechając się przez sen. Na stoliczku obok łóżka znalazł kartkę:

„List do mojego Anioła.

Operacja udała się.
Postanowiłam wyzdrowieć.

Dziękuję”.

Zabrał kartkę z sobą, na znak, że tu był i poszedł dalej wspinając się po schodach na dach. Właśnie nad budynkiem przelatywał samolot. Pilot wracał szczęśliwie do domu i tym razem nie zdziwił się widząc, jak na skrzydło samolotu wskakuje drobna postać. Jego oczy były radosne i wdzięczne. Już za chwilę Najmniejszy Anioł usłyszał szum skrzydeł: to jego przyjaciele wracali do domu. Jeden podfrunął blisko, żeby zabrać w podniebną podróż do domu bezskrzydłego anioła.

To był naprawdę ciężki dzień. Wszystkie młode anioły opowiadały o tym, czego doświadczyły a Najmniejszy czuł się jednym z nich.

Zanim położył się spać, odwiedził Pana Stanisława. Staruszek czekał na niego w progu. Tym razem nie zapytał, tylko stwierdził:

-„Masz odwagę, masz rozum i masz serce”

-„Mam skrzydła”- odpowiedział uśmiechając się Najmniejszy Anioł.”

/autor: Ewa Król – Czechowice-Dziedzice; źródło: http://bajki.wnaszychrekach.pl/ba/1.html /

Na koniec spytałam się tylko siebie cichutko: „a jak tam z moimi skrzydłami?” Są maleńkie – jak odwaga; są chwiejne – jak to z tym moim rozumkiem bywa; są kruche – jak zmęczone tęsknotą serce… Ale są. I byle były. One pozwalają latać – choćby niziutko, ale jakże fajne to uczucie! 🙂

Na dobranoc dla siebie, dla Dzieciaków, polecamy Wam inne bajki z serii „Bajki w naszych rękach”, które przepięknie, dziecięcą ręką zilustrowane znajdziecie TUTAJ. Projekt ten powstał z pięknej inicjatywy Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Wadami Rąk „W Naszych Rękach” w celu wsparcia dzieci niepełnosprawnych – brawo!

Kochani: WYSOKICH LUB NIŻSZYCH LOTÓW! 🙂

Image

Reklamy

Oszaleli Anieli… na urodzinach u Szefa ;-)

„Oszaleli anieli, cali w bieli od chmur.
Gdy na ziemię spłynęli, niby śnieg białych piór…
I jak ziemia szeroka, wszędzie nowa epoka…
Oszaleli anieli, anieli…”.

Już na nami kolejne Boże Narodzenie… Była Wigilia z kolędą w tle, było magiczne przygaszenie światła o pasterskiej półncy nad maleńkim żłóbkiem, był świąteczny obiad, familijne filmy, spacery… Niby co roku tak samo. W tym roku jednak w każdym momencie tych Świąt pojawiało się nasze prywatne upewnienie się: Krzyś jest z nami – „siedzi” przy wigilijnym stole, słucha kolęd, zapamiętuje opłatkowe życzenia… Ciągle był i jest z nami – TUTAJ. Aż w pewnym momencie pojawiła się inna myśl, a zaraz za nią zapytanie: a jeśli jest jednak TAM…? Jak TAM TERAZ jest? W końcu to najważniejsze święto w Niebie: Urodziny! Urodziny Szefa! I nasza wyobraźnia pofrunęła… na anielskich skrzydłach 🙂

Zastanawialiście się kiedyś jak może wyglądać Boże Narodzenie z punktu widzenia znad chmur? Przecież to najważniejsze, najradośniejsze Święto w Domu Ojca. Czy sam Gospodarz wyprawia wielki bal? Nie dla Niego „sto lat”, bo przecież ma ich już ponad dwa tysiące… „Ile w takim razie ustawić świeczek na urodzinowym torcie?” – zastanawiały się młodsze Aniołki… „A jakież On może pomyśleć życzenie przy ich zdmuchiwaniu?” – zastanawiali się starsi Domownicy…

W tym roku na Urodzinach Boga gościł także nasz Krzyś – pierwszy raz po tej drugiej stronie… Wyobrażamy sobie jak założył odświętna parę skrzydeł ze złotą poświatą, pradziadek wypolerował mu aureolkę. Jego koleżanki i koledzy także pięknie się wystroili, dziewczynki kazały prababciom zapleść sobie warkocze…

W wigilijną noc jeszcze nie świętowali, ale przyglądali się uważnie maleńkim światełkom na ziemi zdobiącym najróżniejsze, największe i te całkiem maluśkie szopki, w epicentrum których stał maleńki, jeszcze pusty żłobek. Najmłodsze aniołki, wśród których był także i nasz Krzyś, nauczyły się wielu ważnych słów: co to jest „stajenka”, „Betlejem”, „pastuszek”, a za kilka dni poziom trudności wzrośnie, gdy trzeba będzie zapamiętać imiona: „Kacper”, „Melchior” i „Baltazar”, a także nauczyć się wymawiać wyraz „mirra”… Tak, myślimy, że po raz kolejny Gospodarz opowiedział im, jak to się wszystko zaczęło…

A potem? A potem: 25.12.2013 był bal, urodzinowy bal. Były tańce, był śmiech, były korowody Staruszków, zastępy Dorosłych i wirujące koła Maluszków. Przy najdłuższym stole świata siedziały obok siebie duszyczki różnych ras, poglądów, wyznań, ze wzystkich zakątków ziemi… Czy śpiewali kolędy? A może najnowsze hity? Na pewno śpiewali radośnie, głośno, we wszystkich językach świata… I tak przy tym pląsali, że aż na ziemi – w górach (w końcu bliżej nieba) odczuć można było „silny powiew” ich roztańczonych piór…  A sam Jubilat nie siedział na żadnym tronie, ale krążył pośród Gości… Wysłuchiwał życzeń… Kropek życzył Mu, żeby wreszcie przypomniał sobie jak się robi nad Polską śnieg… 8-letnia Laney życzyła, by posłuchał z nią najpiękniej zaśpiewanych kolęd… Krzyś życzył Mu, by nie był zły, gdy często urządza sobie „wychodne” do Mamy i Taty… A wszyscy razem, zgodnie, chórem, słowami czy w myślach życzyli Mu, by był szczęśliwy patrząc w Dół, bo czasem właśnie wtedy wydaje im się bardzo smutny…

W Boże Narodzenie niebo było rozświetlone lampionami, feerią słonecznych świateł. Nie pomyśleli jedynie w tym roku o śniegowym konfetti… Potem była chwila odpoczynku, a dziś – poprawiny? 🙂

Czy tak może tam wyglądać 25.12 w Niebie? Prawdopodobnie wygląda jeszcze zupełnie inaczej, niż podpowiada nam najśmielsza wyobraźnia naznaczona wyraźnym przymrużeniem oka… Tutaj – u nas, co roku obchodzimy rocznicę, pamiątkę Bożego Narodzenia. W końcu dokładnie 2013 lat temu zatrzymał się świat – zaczął liczyć się na nowo czas… Dzięki temu, właśnie co roku, mamy pięknie podarowaną nam szansę zacząć wszystko znów od nowa: jeszcze raz zmienić nasz czas, myśli, serca, marzenia, świat… Niech maleńkie Dziecię położone wczoraj o północy w żłobku nam o tym przypomina, niech pomaga, wskazuje właściwy kierunek tego „od nowa”.

A jakie marzenie może szeptać nad swoim niebiańskim tortem wczorajszy Jubilat? Krzyś nam podpowiada, bo przecież był i słyszał… „Nie będziecie zaskoczeni” – twierdzi nasz spryciulek, aniołkowy szpieg –  „bo przymykając oczy myśli sobie dokładnie to, co ja, Ty, Mama, Tata, Ona, On, Oni: ‚Chcę być szczęśliwy'”.

Image

 

 

P.S. Niniejszy tekst nie ma na celu obrazy jakichkolwiek uczuć religijnych, ani zaakcentowania naszego irracjonalizmu 🙂 Wpis ten powstał z dala od teologicznych zadum, powagi kazań, wyższych lub niższych słuszności wyznań. Po prostu… czasem fajnie spojrzeć na naszą wiarę przez pryzmat małego, niewiele rozumiejącego, a jednocześnie prostego i szczerego dziecka. W Boże Narodzenie każdy sobie może pozwolić na takie właśnie „bycie dzieckiem” 🙂

 

 

 

Z cyklu: Ucieczka ze szpitala cz. III – Finał!

Tak, po pierwszej i drugiej części, to dziś nastał ten moment, kiedy odkrywamy ostatni fragment Krzysiowo-Tatowej Opowieści:

(…)

Rodzice Krzysia jeszcze nie spali. Układali się dopiero do snu, rozmawiając między sobą jeszcze o swoim synku.

– Ach, jak ja bym chciała, żeby Krzyś był już z nami w domu… Tyle rzeczy i sprzętów czeka tutaj na niego. A przede wszystkim czekamy my, rodzice. – powiedziała z żalem w głosie Mama Krzysia.

– Na pewno Kochanie, na pewno kiedyś to się stanie… – pocieszał Tata Krzysia. W połowie zdania przerwał mu jednak dzwonek domofonu. W słuchawce usłyszał głos starszego pana proszącego o otwarcie drzwi. Natychmiast otworzył myśląc, że może ktoś z ulicy potrzebuje pomocy o tej późnej porze. Otworzył drzwi do mieszkania, przed którymi stał nie kto inny, a nasz Krzyś!

– Dobly wiecól! Cy zamawiali Państwo malego slodkiego chlopcyka? – zażartował Krzyś śmiejąc się przy tym głośno.

– Krzyś! Krzyś! Kochanie, zobacz kto stoi w drzwiach! – zawołał z niedowierzaniem tata. Mama nic nie mówiąc, a tylko płacząc wzięła Krzysia na ręce i zaczęła go ściskać mocno obcałowując przy tym każdy skrawek jego buzi.

– Krzysiu, ale jak Ty się tu dostałeś? – zapytał Tata Krzysia, wciąż nie wierząc w to, co widzi.

– Nolmalka. Pani Klysia pomogła mi się wylwać na chwilę ze spitala. Psyjechałem taksówką. Zrestą to ten miły pan pomógł mi zadzwonić do modofonu… A nie, jak się to nazywa… Ach tak, domofonu. Na lano musę jednak być w swoim łózecku na oddziale. Sami wiecie, lekaze mogą nie być za baldzo scęśliwi widząc lano blak jednego pacjenta! – zaśmiał się Krzyś, wciąż zadowolony ze swojego kapitalnego pomysłu i dziwiąc się, że tak łatwo, choć z małymi przygodami minęła mu podróż do domku.

Dzisiejszej nocy nikt w mieszkaniu Rodziców Krzysia ani myślał o spaniu. Cała noc minęła im na rozmowach, zabawach, żartach. Rodzice pokazywali Krzysiowi każdy kąt mieszkania, Krzyś natomiast bawił ich opowieściami z życia oddziałowego.

Nad ranem Rodzice Krzysia zapakowali się w samochód i odwieźli Krzysia na oddział, cały czas w duszy przyrzekając sobie, że kiedyś uda im się wyrwać Krzysia do domu już na dłużej, a może i na zawsze.

Zbliżała się godzina siódma. Ruch na oddziale był coraz większy. Niektórzy wchodzili do szpitala, inni wychodzili. Tych wchodzących było jednak zdecydowanie więcej. Krzyś sprawnie przecisnął się przez ten tłum, wspiął się po schodach na piętro i szybko pobiegł na oddział. Blada ze strachu przed lekarzami pani Krysia pomogła mu zająć miejsce w łóżeczku wypytując go przy okazji o przebieg wycieczki.

***

Leżąca obok Małgosia, która dopiero co się obudziła, zaczęła się przeciągać.

– Jak Ci minęła noc Krzysiu? – zapytała ziewając.

– Miałem piękny sen… Śniło mi się, że byłem w domku u rodziców. – mówiąc to Krzyś zaśmiał się w duchu.

– Tak, naprawdę piękny sen miałeś Krzysiu… Ja też tęsknię za domkiem. – rozmarzyła się mała Małgosia.

Nie minęło dużo czasu, gdy na oddziale pojawili się lekarze na porannym obchodzie. Podchodzili kolejno do dzieci. Gdy zatrzymali się przy Krzysiu, jeden z nich powiedział:

– A tu nasz mały bohater Krzyś. Jego stan się polepsza, infekcja mija, może wkrótce uda mu się wyjść do domu. Dzisiejsza noc z tego co wiem, minęła mu spokojnie, lekarz dyżurujący nie był wzywany przez pielęgniarki… – zakończył.

Tylko jeden młody, dociekliwy doktor wśród opuszczających salę lekarzy, odwrócił się z zaciekawieniem i nurtującym go wciąż pytaniem, dlaczego Krzyś spał w bucikach, w dodatku lekko przybrudzonych… Zza uchylonych zaś drzwi oddziału dało się słyszeć cichy chichot pani pielęgniarki Krysi.

O tym co wydarzyło się dziś w nocy, zdradzał tylko tajemniczy uśmiech na twarzy naszego Małego Bohatera.

 KONIEC

 

„Podobała się bajeczka? To pieniążki do woreczka!” 🙂

 

Jeśli komuś podoba się ta opowieść,

przelewa 5 zł na wybranego dzieciaka z Siepomaga.pl 🙂 ❤

 

Image

Z cyklu: Ucieczka ze szpitala cz.II

Nie pozwalamy Wam już dłużej czekać: z okazji weekendowego luzu, ciąg dalszy opowieści Krzysiowego Taty! 🙂 I to jeszcze nie jest ostatnia część!

(…)

 Była ciemna noc. Tak samo ciemny, a może i bardziej był korytarz, po którym Krzyś tupał swoimi małymi stópkami. Nie bał się jednak, w końcu jechał do swoich rodziców. Przed nim pojawiła sie jednak pierwsza przeszkoda. Jak zjechać na parter? Przed Krzysiem stały otwarte drzwi windy. Krzyś wszedł do środka i – chociaż nie umiał jeszcze liczyć – coś podpowiadało mu, żeby wcisnąć „0”. W żaden sposób nie mógł jednak dosięgnąć tego przycisku. „Co robić? Co robić? Zaraz! Przecież rodzice mówili mi kilka razy, że za długo czekali na windę i rezygnując z przejażdżki nią, wybierali schody. Tylko gdzie one są?” I Krzyś wyszedł z jasnej windy z powrotem w ciemny korytarz. Schody były obok windy, Krzyś nie miał więc problemu z ich znalezieniem. Schodek po schodku, stopień po stopniu Krzyś powoli schodził na dół, uważając aby nie spaść i nie narobić przy tym zbędnego hałasu, który mógłby obudzić pana portiera na dole. Gdy wydostał się już z budynku, kolejna myśl zaczęła trapić naszego małego bohatera. „Jak ja się dostanę do domku? Rodzice przyjeżdżają chyba autem… Ale zaraz, zaraz… Przecież mam karteczkę od pani Krysi, może wezmę więc taksówkę? Tak, tak właśnie zrobię!”.

Tak się szczęśliwie złożyło, że postój taksówek był tuż obok szpitala. Stał tam jeden samochód, w którym przysypiał starszy pan. Krzyś nieśmiało zapukał do drzwi, kolejny raz bowiem dzisiejszego wieczoru nie mógł czegoś dosięgnąć – tym razem była to klamka taksówki. Starszy pan przebudzony ze snu, otworzył drzwi Krzysiowi.

– Dobry wieczór chłopczyku! W czym mogę Ci pomóc? – zapytał wcale nie zdziwiony małym pasażerem stojącym przy jego samochodzie.

– Dobly! Dobly! Cy mógłby mnie pan zawieźć do domku moich lodziców? Tutaj mam kalteckę, na któlej jest wsysko napisiane. – powiedział odważnie Krzyś, podając karteczkę z pismem pani Krysi.

– Oczywiście! Wskakuj na tylną kanapę! – powiedział z radością otwierając tylne drzwi.

Krzyś zajął miejsce z tyłu. Podczas jazdy nie mógł jednak usiedzieć w miejscu, prawie cały czas stał przy drzwiach, zaglądając przez szybę i oglądając Kraków nocą. Do tej pory podróżował po Krakowie tylko w karetce – na badania i z powrotem do szpitala. Teraz mógł jednak podziwiać całe uśpione snem miasto.

Po około 15 minutach jazdy pan taksówkarz oznajmił – Jesteśmy na miejscu!

– A ile płacę? – zapytał Krzyś szukając nerwowo w kieszeniach bluzy i spodenek jakichś drobnych.

– Nic. Gratis od firmy! – zaśmiał się dobrodusznie starszy pan. – W końcu nie często zdarza mi się taki mały, sympatyczny klient!

– Dziękuję! – zawołał z radością Krzyś, cały czas zastanawiając się czy użył poprawnego „magicznego” słowa. Wyskoczył sprawnie z samochodu, po czym zawołał przez otwarte jeszcze drzwi do pana kierowcy – A cy mógłby pan zadzwonić jesce do domofonu?

– Jasne! – odpowiedział taksówkarz naciskając przycisk kilka sekund później.

– Jesce las dziękuję! Do zobacenia moze jesce kiedyś! – powiedział Krzyś, teraz już pewny, że użył właściwego słowa. Samochód odjechał.

 Image

Ucieczka ze szpitala – CZĘŚĆ I

Wpis ten powstał ponad rok temu, kiedy jeszcze Krzyś leżakował w szpitalu na ul. Kopernika. Tak, wtedy kiedy jeszcze nie było bloga przyszła nam do głowy taka opowieść… Nie łączcie jej jednak z żadnym konkretnym szpitalem. Historia ta mogła się wydarzyć w dowolnym mieście. Nawet Twoim. Posłuchajcie…

Był późny wieczór. Rodzice Krzysia już dawno poszli do domu, ściskając czule na dobranoc swojego synka. Krzyś nie mógł jednak zasnąć. Cały czas w jego małej główce kołatała się jedna myśl: “jak to jest w domku, o którym rodzice tyle opowiadają? Tyle już tu leżę, chciałbym wreszcie zobaczyć to miejsce! Muszę! Muszę ich odwiedzić! Podjąłem decyzję! Chociaż na chwilkę może uda mi się wyskoczyć i wrócić na oddział przed porannym obchodem… Ale jak to zrobić? Jak?”

– Pseplasam! Pseplasam plose pani! Cy mogłaby tu Pani podejść? – zawołał Krzyś ze swego łóżeczka na oddziale.

Pani Krysia*, która od razu usłyszała Krzysia, podeszła do jego łóżeczka.

– Tak Krzysiu? Co się stało? – zapytała.

– Plose Pani, cy mozliwe by bylo, abym dzis wyskocył na chwilę do moich lodziców? Oni tyle mi opowiadają o pewnym mitycnym miejscu zwanym Domkiem. Cy ja mógłbym chocias na chwile ich odwiedzić? – zapytał Krzyś robiąc przy tym słodką minkę, aby łatwiej było mu przekonać panią pielęgniarkę.

– No nie wiem Krzysiu czy to dobry pomysł… Nie wiem. No bo co ja powiem rano, jeśli lekarze nie zastaną Cię w łóżeczku? – zastanawiała się głośno pani Krysia, w której głowie piętrzyły się coraz większe wątpliwości.

– Ale ja wloce do lana! Obiecuje! – to powiedziawszy, Krzyś podniósł prawą rączkę, jakby przysięgając.

– No dobra Krzysiu! W końcu tyle czasu już tu leżysz… Myślę, że należą Ci się chociaż jedne odwiedziny u rodziców. Ale pamiętaj, rano masz być z powrotem w łóżeczku. – zgodziła się w końcu pani Krysia.

– Hulla! – zawołał z radością Krzyś tak głośno, że aż podskoczyła we śnie mała 2-miesięczna Małgosia leżąca w łóżeczku obok. Pozostałe dzieci dawno już spały.

– Cy mogłaby mi pani pomóc zeskocyc z łózecka i się ublać? – zapytał Krzyś.

– Oczywiście! – to mówiąc pani Krysia pomogła zejść Krzysiowi z łóżeczka, po czym podała mu spodenki, buciki i bluzę, którą zostawili Krzysiowi rodzice.

– Dziękuję! – zawołał z radością Krzyś, nie mogąc się już doczekać wizyty u rodziców. „Jak oni się zdziwią! A jak się będą cieszyć! Ale będzie niespodzianka!” – myślał z rozkoszą.

– Zalas, zalas… ale jest mały ploblem! Psecies ja nie znam adlesu! – zachmurzyła się Krzysiowa buzia. – Cy moglaby mi pani pomóc? Moze lodzice gdzieś zostawili swój adles? – zapytał Krzyś panią pielęgniarkę marszcząc przy tym swoje czółko.

– Poczekaj Krzysiu, chyba w Twojej dokumentacji medycznej rodzice wpisali swój adres… Tak! Jest… ulica Spoko… a z resztą zapiszę Ci na karteczce, tak będzie bezpieczniej. Proszę! – pomogła Krzysiowi pani Krysia czując przy tym, że spełnia dobry uczynek.

– Ablakadabla! A nie… pseplasam… Dziękuję! Ciągle mylą mi się jesce te magicne słowa, któlych ostatnio naucyli mnie lodzice – zarumienił się Krzyś, ciągle zastanawiając się w swojej główce czy do słów tych należało również „Czary mary” czy tylko „Proszę, dziękuję, przepraszam”.

– Ależ proszę Krzysiu! Szczęśliwej drogi, pozdrów rodziców i pamiętaj, żeby rano być z powrotem w szpitalu w swoim łóżeczku! – przestrzegła jeszcze raz pani Krysia.

– Dobze! Będę pamiętał! – pomachał jej na pożegnanie Krzyś.

* pani Krysia jest postacią fikcyjną, istnieje tylko w głowie autora (i ma się tam całkiem dobrze, a przynajmniej tak odpowiada, kiedy ją o to zapytać), proszę nie łączyć jej z żadną realną osobą 😉

Ciąg dalszy nastąpi…

Image

MAMY JUŻ ROCZEK!!!

Kochani, zupełnie przypadkiem i nieopatrznie zerknęłam niedawno na pierwszy post opublikowany na blogu: dokładnie pojawił się on rok temu (15.11.2012) i tym samym czujemy się zobowiązani z tej okazji coś naskrobać. A przede wszystkim: chcielibyśmy Was wszystkich serdecznie zaprosić, aby wspólnie zdmuchnąć tę jedną, wyjątkową świeczkę na blogowym torcie 🙂

A jakie marzenie pomyślelibyście przed tym zdmuchiwaniem? Napiszcie w komentarzach 😉 My mamy swoje jedyne i największe marzenie… Więc, zamykamy oczy i myślimy: „Niech Krzyś nas dalej inspiruje i niech jego krzysiowemaleconieco zawsze pozostanie ciepłym, kochanym wartościowym przylądkiem uczuć i emocji – mimo wszystko”… Fruu…dmuchamy! I teraz wypadałoby pokroić tort i podzielić się z nim z Wami, Kochani Przyjaciele Krzysia!<3

Przyznaję, bez bicia, tortu w realu nie mamy, ale od czego jest wyobraźnia… I oto jest – piękny tort, z wieloma warstwami, nasączony dobrym ponczem, z nieprzesłodzonym kremem… Tort ten przygotowaliśmy przez miniony rok wspólnie, gdzie Wy wszyscy oraz każdy w osobna dodawał do niego własne składniki: najpierw wielkie nadzieje na powrót do domu; potem energetyczny doping na każdy nowy dzień w zdrowiu; następnie okruchy wielkiego szczęścia, gdy było wszystko dobrze; kolejne bardzo pomocne nam wyrazy empatii, gdy ciągle coś się nagle waliło; aż wreszcie wspólny bunt i żal, gdy wszystko się skończyło. A jednak, jak widać, nie tak do końca wszystko się skończyło… W końcu dziś ta pierwsza świeczka zapłonęła – zapłonęła wielkim, ciepłym płomieniem wspomnień, tęsknoty i wiary oraz przecież nigdy nie kończącej się miłości!

Sam wierzch tortu zostawiam niedokończony – z paletą kolorowego marcepanu oddaję go do pomalowania samemu Krzysiowi… Ciekawe, co też namaluje nasz Aniołek…? Czy Wy też obstawiacie, że pewnie będzie to jego ulubiony Miś? (hmm, zgadnijmy który 😉 ) Czy zostawi obok małe serduszko i mini autograf – bazgrołek malutkiej rączki, poprawiony smugą od skrzydła? Przecież to Krzysiowi – jemu i tylko jemu zawdzięczamy to, że my możemy pisać tu, co piszemy; możemy dzielić się z Wami wszelkimi przeżyciami; mamy wielki zaszczyt Was poznawać – przy każdym wpisie, przy każdym komentarzu, przy każdym spotkaniu… Dobrze to sobie kiedyś wykombinował, ten nasz mały Wielki Krzyś! ❤

Nie sposób sięgnąć pamięcią do tego, co działo się rok temu… Przyszedł pomysł bloga, który szybko przeszedł w fazę realizacji, tylko dlatego, by wykrzyczeć wszystkim: „tak, ciągle jesteśmy cali!; tak, jesteśmy szczęśliwi!; tak, jesteśmy dumni!; tak, mamy najukochańszego Krzysia!; tak; to nic, że jest chory!; tak, ciągle się uśmiechamy! ”. I tak się rozpędziliśmy, że do dziś krzyczymy tak samo, choć nie raz gardło nam ścisnęły albo palec na klawiaturze zatrzymały poważne chwile bólu, rozpaczy i poczucia zwątpienia w absolutnie wszystko. I wiemy, że się nie dziwicie.

Gdy zaczynaliśmy pisać bloga, byliśmy pełni wielkich nadziei: czekaliśmy przecież na wyjście do domu, Krzyś choć troszkę zdrowiał… Potem bywało różnie, ale my konsekwentnie, z każdym dniem kładliśmy nową cegiełkę na ciężko zdobycznym fundamencie naszego prywatnego szczęścia. A tymczasem ten blog stał się nagle ważnym narzędziem: przecierał oczy medycznie „zdrowemu światu” oraz przytulał takich jak my, dając dowód: „nie jesteś sam”. Czerwiec sprawił, że nasza piękna, ale  krucha cegiełkowa ściana rozleciała się w całkowitą ruinę. Do dziś, pojedyncze cegły – zniszczone łzami i czasem – poniewierają się po naszym domu i wiemy, że nigdy nikt nie będzie w stanie ich uprzątnąć do końca. Ale to właśnie ten blog niekiedy jest w stanie choć trochę schować je w kąt, zamieść pod dywan… Będziemy dalej pisać – dopóki starczy sił. Będziemy dalej z Wami – dopóki tego będziecie chcieli. Będziemy dalej chcieli pomagać – takiej przeszłości nie da się tak po prostu zostawić w tyle. Będziemy jeszcze bardziej kreatywni – już zadba o to sam Krzyś!

I tak na koniec musicie jeszcze wiedzieć, że dzisiejsza świeczka płonie także i przede wszystkim światłem Waszej ogromnie nam ważnej obecności, bo (przyznamy szczerze), nigdy nie przypuszczaliśmy, że osiągnie ona aż taki wymiar! W ciągu minionego roku zajęliśmy najpierw 13-te miejsce w konkursie Blog Roku (na ponad 500 zgłoszonych pozycji, 1,5 miesiąca po starcie pisania), osiągnęliśmy ponad 155 tysięcy odsłon, zgromadziliśmy 979 komentarzy (tak, ciśnie nam się na usta: „wow!”), Krzysiowy fanpage na facebook’u polubiło 592 osoby – wielki, wielki, wielki (!) ukłon w Waszą stronę! I najgłośniejsze, najserdeczniejsze „dziękuję” jakie tylko jesteście w stanie usłyszeć! A jesteśmy pewni, że Krzysiulek nie omieszkałby Was poczęstować jeszcze kieliszkiem bąbelkującego szampana – Piccolo oczywiście! 😉

Z okazji Pierwszych Urodzin „KRZYSIOWEGOMALECONIECO.COM” – świętujmy wirtualnie i radośnie, a z Nieba…? A niechaj znowu sypie się złoty kurz!

  Image A tak właśnie świętowaliśmy Krzysiowe urodzinki w realu – w domku, co miesiąc! Pamiętacie, prawda? 🙂

Z cyklu: opowieści Krzysiowo-Kropkowe

Wczoraj wieczór spotkał nas miły zaszczyt: zagościliśmy w opowieści Mamy Kropka! 🙂 Co więcej, Krzyś został w niej dość pierwszoplanowym bohaterem – znawcą „sznurowadełek” i nowym (jednym z najmłodszych) kompanem Aniołkowej Bandy… Jedno jest pewne: dzięki takiemu wsparciu, Mama Krzysia ze szpitala zachowała (o dziwo!) same dobre wrażenia…
A czytając opowieść – wzruszyliśmy się radośnie, więc śmialiśmy się i płakaliśmy na przemian… 🙂 Poznajcie ją także (za pozwoleniem Autorki) tutaj sami:

Kropek właśnie spacerował sobie po niebieskiej łące, gdy na jednej z chmurek zobaczył swojego nowego przyjaciela Krzysia, obłożonego stosami grubych książek i czytającego w wielkim skupieniu.

– Krzysiu, a co ty tak czytasz? – zapytał się Kubuś.

– Uczę się Kropku o więzadłach – odpowiedział Krzyś.

– Krzysiu, a po co Ci wiedza o sznurówkach? Przecież w Niebie nie mamy bucików – dociekał z wielkim zainteresowaniem Kubuś.

– Kropek!!!! Ja nie uczę się o sznurówkach, tylko o więzadłach… takich co człowiek ma w nodze – wyjaśnił koledze roześmiany Krzyś

– Bo wiesz, moja mamusia idzie do szpitala, słyszałem jak mówiła, że czas naprawić sobie nogę. I powiem ci w tajemnicy Kropku, że chociaż moja mamusia niczego się nie boi, to za szpitalami nie przepada. Więc postanowiłem, że muszę być z mamą i pilnować żeby wszystko się udało – opowiadał przejęty Krzyś.

– Krzysiu, nie martw się!!! Już wołam Aniołkową Bandę i wszyscy razem pouczymy się o tych kolanowych sznurówkach, to znaczy więzadłach i będziemy razem z tobą pilnować twojej mamy – zapewnił przyjaciela Kubuś.

W jednej chwili, na Krzysiowej chmurce pojawiły się małe Aniołki i zabrały się do wertowania książek.

Nadszedł dzień, kiedy Mama Krzysia pojawiła się w szpitalu. Wokół niej zgromadziła się cała Aniołkowa Banda.

– Słuchajcie teraz uważnie Aniołki. Nie możemy wszyscy wejść razem z Krzysiową Mamą, tam, gdzie doktor będzie reperował nogę – powiedział Kubuś.

– Kubusiu, to się nazywa sala operacyjna – podpowiedział cicho Krzyś.

Zróbmy tak… dziewczyny, wy zaopiekujecie się Krzysiowym Tatą, żeby się nie denerwował. Krzyś, ja i trzy Aniołki, które wiedzą małe co nieco o szpitalach, pilnujemy Mamy Krzysia. Reszta czeka w poczekalni razem z książkami, bo może trzeba będzie coś podpowiedzieć – Kropek szybko wyznaczył Aniołkowej Bandzie zadania do wykonania.

Nagle na sali operacyjnej pojawili się lekarze i mama Krzysia. Zaczęła się operacja. Krzyś, bardzo przejęty, usiadł przy Doktorze–Chirurgu i podpowiadał mu do ucha co ma robić.

– Kropek, a to więzadło to tak miało iść? – zapytał Krzyś.

 – Chyba tak… Lepiej nie gadajmy, tylko pilnujmy lekarzy, żeby nic nie zepsuli – odpowiedział Kropek.

 – Tylko się tak nie nachylajmy, bo nam aureole na stół spadną i wtedy dopiero zrobimy zamieszanie – dodał Krzyś.

– Może powinniśmy nasze aureolki zostawić w szatni, wtedy na pewno nic by nam z główek nie spadło – roześmiał się Kubuś.

Cały zespół operacyjny był bardzo zdziwiony, bo jeszcze żadna operacja nie przebiegała tak szybko i sprawnie.

– To dziwne, wydaje mi się, jakby ktoś do ucha mi szeptał co mam robić. A narzędzia, jakby mi same wskakiwały do ręki – powiedział Doktor-Chirurg. No, zrobione…

 – Proszę Pani, kolano jest już jak nowe – powiedział po skończonej operacji Doktor-Chirurg.

– Operacja przebiegła pomyślnie. Jakby pilnowały Pani dobre anioły – dodał wychodząc z sali.

– Panie Doktorze, żeby pan wiedział… –  zaśmiała się cichutko Krzysiowa Mama.

– Synku, dziękuję Ci bardzo, że byłeś przy mnie i tobie Aniołkowa Bando też dziękuję – Mama Krzysia szepnęła cichutko zapadając w sen.

*****

Niebywałe, jak kilka niewinnie wymienionych komentarzy pod wcześniejszym szpitalowym wpisem może rozbudzić wyobraźnię, kreatywność i emocje Aniołkowych Mam… Dziękujemy Sylwii – Mamie Kropka (Kubusia)! :-* Jestem pewna, że duet K&K jeszcze nie raz tutaj powróci, gdy tylko zaskoczą pomysłami, które wrzucą cichaczem do naszej głowy 🙂  Mamy nadzieję, że się wtedy uśmiechniecie (cichutko przez łzy lub głośno i radośnie) razem z nami! 😉 Hmm?

I malutka uwaga dla skrajnych racjonalistów: opowieści o „Aniołkowej Bandzie” są może i całkowicie nieracjonalne, dyktowane wyłącznie naszą wyobraźnią, sercem, pragnieniem choć chwilowego pocieszenia, utwierdzeniem naszego przekonania, że „oni są!”…. Może i są szalone, ale tworzymy je po to…, aby nie oszaleć 🙂 :-*

ImageA jeśli Przyjaźń Kubusia z Krzysiem przechodzi właśnie swoją drugą młodość… w Aniołkowie? 😉

Przechodzimy drugą stroną ulicy

Wpis autorstwa cioci Krzysia! 🙂

Mama Krzysia siedzi nad książką w fotelu i udając, że ją czyta, patrzy przez okno podziwiając dzisiejszą „złotą, polską jesień”.  Jednocześnie przypisuje synkowi, że pewnie posprzątanie chmurek z nieba to jego zasługa… 😉

Nagle pika telefon. Wiadomość od Cioci Agaty:

„Zobacz na co dosłownie dzisiaj wpadłam” + załącznik:

(przypatrz się poniżej druku, napisane pisakiem)

Image

Mama Krzysia: 😀

A nie mówiłam, że dziś nasz Chłopczyk zapracowany… Wysyła telegramy z nieba (patrz tutaj), sprząta chmurki, spaceruje po Krakowie 😉

Dzięki Ciocia! :-*

Krzysiowe pozdrowienia z wakacyjnego Nieba!

ImageP.S. Pozwolimy sobie do tych nietypowych pozdrowień tylko dodać, że z Krzysiem niemożliwe okazuje się możliwe: urlopu miało w tym roku nie być – z różnych względów – ale jednak był: króciutki, nieplanowany, a bardzo udany. Wreszcie mogliśmy pozbierać myśli, rozświetlić spojrzenie promieniami słońca, pobyć sam na sam z własnymi uczuciami, tęsknotami, zadać wiele pytań pt.”co dalej?”. Chociaż i tak coraz bardziej odczuwamy, że w tych wszelkich naszych pomysłach na przyszłość, Krzyś macza swoje anielskie paluszki… Za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni! :-* I tak nieskromnie dodam: synek troszkę podkoloryzował…: wydaje nam się, że nie musiał pędzić za samolotem, tylko siedział sobie wygodnie w środku u nas na kolanach… Czuliśmy go tam… serduchem! 🙂 Bo… „psecies zawse latem – za ląckę!” Choćby niewidzialnie! 🙂 :-*

Image

O tym jak Krzyś rozrabia…

Dziś będzie mniej patetycznie, ciut z przymrużeniem oka, z nutką uśmiechu, którą dostarcza nam sam nasz synek.

Dziś przed Mamą stanęło zadanie z zasady „nie do wykonania”: wyruszyć na uprzykrzony do granic możliwości krakowski Prokocim, ale w słusznym celu: odwiedziny ukochanej cioci Krzysia, co zdrowotnie chwilowo zaniemogła (dzięki Agatka za akcję „Przełamywanie barier”! :-*) Jako że kilka spraw było do załatwienia, dzień się toczył wyjątkowo sprawnie, gładko i szybko. Do czasu…

Będąc w Obi (naprzeciw „naszego” najbardziej przykrego obecnie miejsca w Krakowie: szpital Prokocim), kupując to, co kupić miałam, zobaczyłam przy kasach wiatrak – kwiat z kolorowej siateczki, z biedronką na środku… Dla Krzysia… pomyślałam. Ładnie wkomponuje się w żółte bukiety kwiatów i letnią scenerię na cmentarzu. Będzie się nim bawił – niewidzialnie, ale zawsze.

Kwiatek-wiatraczek kupiłam i od tego momentu tego dnia nic już nie było takie samo… Najpierw wiatraczek nie chciał się nijak zmieścić do torby, mimo, że był dość miękki i giętki. Potem, po dłuższym spacerze, w sklepie, gdzie to z towarzyszącej mi ów dnia papierowej torby wyjęłam kilka rzeczy, zostawiłam do naprawy, czyli torba lżejsza, stało się niewytłumaczalne… W momencie odejścia od lady… siup!… dno torby nie wytrzymało i na pierwszy ogień wyskoczył soczek w szklanej butelce. Roztrzaskał się, rozlał, dokładając mnie wstydu i zakłopotania, a Sprzedającemu sprzątania… Potem była chwilka miłych odwiedzin u cioci Krzysia, obejrzany wiatraczek, zmieniona torba… wszystko w jak najlepszym porządku. Aż do powrotu do domu. Tu z kolei, w nowej torbie, pojawiło się nagle pełno chemicznie śmierdzącej wody… Rozlał się zakupiony płyn do szyb… Zalał wszystko, wiatraczek też. Gdy już wszelkie ofiary tych nieszczęśliwych wypadków zostały jako tako odratowane i mieliśmy się wybierać do Krzysia montować wysuszony wiatraczek…okazało się, że nie da się go prawidłowo poskładać. Rurkę A nie można włożyć do otworu C, bo brakuje złączki B… Jakim cudem wyskoczyła ze szczelnie zamkniętego opakowania? Nie wnikamy, ale wiatraczek został w domu. Krzyś najwyraźniej go nie chciał. Nastąpiło znacząco za wiele przypadkowych zdarzeń dziwnych mających na celu destrukcję kwiatka z biedronką.

Dlaczego? Tata Krzysia odgadł szybko: wiatraczek został kupiony na Prokocimiu… To nie był fajny pomysł. To nie był dobry czas. Przede wszystkim, to nie było dobre miejsce. Krzyś to wiedział. Mama nie.

I pewnie się dziwicie, że sobie myślimy, jak bardzo synek nasz ingeruje w nasze proste, codzienne wybory, ale już tak mamy… Może i ociera się to o jakąś nutkę szaleństwa, ale uwierzcie, o ile z tym szaleństwem łatwiej… Bo przecież Krzyś jest… chociaż go nie widać. Bo przecież… „kiedy się kogoś kocha, ten drugi ktoś nigdy nie znika”. Nawet przy kupowaniu wiatraczka!

Image

Cio by tu jesce zbloić, żeby mi go nie dali? Wiatlacek z okolic spitala mojego najnieulubionego, to jak lizak od niedoblej pani naucyciel… Siame śmutne śkojarzenia!