Z jak Zakończenie

Ostatnia litera alfabetu. Ostatni wpis. Jak dziwnie… Jednak smutno…

Kończymy nasze pisanie na blogu, bo kiedyś ten moment musiał nastąpić. Choć nie zamykamy żadnego etapu w naszym życiu. Nie palimy mostów. Nie odwracamy się plecami. Nie zapominamy. Nie stawiamy grubych kresek. Bo nie lubimy zamykać za sobą drzwi. Nasza kreska może służyć jedynie do podsumowania jakichś etapów, które za nami, ale na pewno nic nie oddzieli, nie przekreśli. Nasz rachunek ciągle pozostaje otwarty…

Nic się nie kończy, bo nasza „misja Krzyś” ciągle trwa. Czy jesteśmy pod czy nad kreską w tym podsumowaniu? Punkt widzenia zależy od… okoliczności i nastroju serca, które ocenia to, co było. Rozum lepiej niech się trzyma z daleka, bo inaczej by go próżno już szukać między uszami.

Krzysiowa przygoda na pewno nigdy, ale to przenigdy nie będzie uznana za coś pozytywnego, co nam się przytrafiło w życiu. Bo przecież wszelkie perypetie i finał… sami znacie. Bo jak czas przeciera rodzicielskie oczy i pozwala dotrzeć świadomości jak bardzo nasz synek był chory i ile musiał sił z siebie wykrzesać, by podarować nam o jeden dzień spędzony wspólnie dłużej; to przychodzi wówczas opamiętanie, że dobrze, że już odpoczywa, że to było jedyne dobre wyjście… Jednak pogodzenia takiego nigdy nie znajdziemy szukając wyjaśnień, czemu Krzyś chory musiał być w ogóle? Gdy przed oczami staje tylko wyobrażenie łobuziaka – prawie czterolatka z uroczymi „jedynkami” z przodu, zdobiącymi zawadiacki uśmiech, lubiącego zabawy w chowanego; ani czas, ani zaleczone rany, nie potrafią zrozumieć, że to tylko… niedoścignione, nigdy nieosiągnięte marzenie, które przecież mogło się stać… Bo najbardziej boli śmierć spełnionego marzenia – usłyszałam kiedyś… Prawda.

Jednak czy minione w sumie prawie 5 lat – odkąd Krzyś zamieszał w brzuchu aż po teraz – gdy co dzień mówiąc „tęsknię”, dajemy buziaka na dobranoc szklanej ramce – naprawdę stawia nas pod kreską? Nieprawda. Nigdy. To nie tak… Lekcja „Krzyś”, choć bardziej smutna niż wesoła, nauczyła nas żyć na 100%. Nauczyła nas pośród łez, beznadziei i ciemności – widzieć uśmiech i uczyć go innych. Po to między innym powstał ten blog. Chcieliśmy, musieliśmy zdjąć tę martyrologię z rodzin obdarowanych dzieckiem nie do końca zdrowym. Chcieliśmy pokazać normalność; chcieliśmy udowodnić, że choć trudniej, nie znaczy gorzej… Gdy inni rozkładali ręce i pytali „jak my damy radę?”, my nie pytaliśmy ani siebie, ani innych. Nie było czasu pytać. A szkoda by go było na próżne rozmyślania. Po prostu wstawaliśmy rano, jechaliśmy do szpitala, słuchaliśmy kolejnych druzgocących diagnoz nie dając im do końca wiary, kładliśmy się z największą z wymyślonych nadziei spać i tak co dzień… A czas w domu z synkiem? Nigdy wcześniej każde śniadanie nie było tak odświętne, a każda rodzinna niedziela tak zapamiętana w każdej minucie, w najmniejszym szczególe… Nigdy wcześniej nie było takiej wiary w niemożliwe. Nigdy wcześniej nie było takiej wdzięczności za każde szczęśliwe „wczoraj” i podarowane „jutro”. A przede wszystkim nigdy wcześniej nie było takiego entuzjazmu, zaangażowania i mocy w „dziś”.

„Chore dzieci”?… Gdzieś tam są… Proszą o 1% podatku. Też kiedyś myśleliśmy, że nas to nie dotyczy. Ale nikt z nas nie jest stworzony z gwiazdką przy nazwisku z dopiskiem: „nie doświadczać w trudnościach losu”.  Mieliśmy pecha? Absolutnie! Nie wierząc, że to kiedyś przeciśniemy przez klawiaturę, dziś jest ten moment, żeby napisać: to, co się zdarzyło było, jest i zostanie najważniejszym doświadczeniem w naszym życiu. Czasem trzeba znaleźć się na jakimś skraju dwóch światów: życia i śmierci, prawdy i kłamstwa, miłości i zdrady, by zrozumieć o co w tym w całym życiu tak naprawdę chodzi. I wtedy okazuje się, że to, o co zabiegamy na co dzień: sympatia szefa, dzielenie fałszywych uśmiechów znajomych czy za słona zupa stają się nieistotne. Trzeba być prawdziwym. Być sobą. Trzeba być silnym, bo kopniaki zewsząd bywają mocne. I są rany, które nigdy się nie goją. I trzeba docenić czas – bo „mnie to nie dotyczy” może się dziwnie przydarzyć każdemu z nas, naszym bliskim, gdzie na „żałuję” nie będzie czasu, a zastąpi go głuche i puste „tęsknię”…

A teraz? Teraz możemy po cichu liczyć na wyrównanie rachunku… Na happy end. Na spełnienie kolejnego marzenia, które w drodze… I pamiętając Krzysiową lekcję „życia na pełnym gazie”, piszemy ciąg dalszy rachunku „tabajkowej” codzienności – dbając o siebie i o innych. Dobro wraca. Szacunek rodzi szacunek. A miłość jest puentą spełnienia.

A Krzyś czuwa… Za nieustanne buziaki zza szklanej ramki, przesyła nam wiele drobnych-wielkich zdarzeń zza… Swojej Strony Chmur. Dziękując mu co wieczór, szeptamy zawsze: „Bądź szczęśliwy”! Przecież o to chodzi w życiu, gdziekolwiek ono się odbywa…

 

DZIĘKUJEMY WAM WSZYSTKIM ZA WASZ NIEZWYKLE ODCZUWALNY DLA NAS UDZIAŁ W LEKCJI „KRZYŚ”

– od samego początku, po ten wpis…!

TO DZIĘKI WAM SERCE WIE, CO NALEŻY WIEDZIEĆ; A ROZUM JEST NA SWOIM MIEJSCU… DZIĘKI WAM! :-*

 

P.S. W 4-te urodzinki Krzysiula, wrócimy tu jeszcze 21-szego czerwca na momencik
z wartościowym „rachunkiem spod kreski” pt.” Rycerzyk Post Scriptum” – będzie to kolejna, gruba KSIĄŻKA opowiadająca o rodzinie „2 minus 1”,  a wraz z nią będzie to prawdziwie GŁOŚNY (i ostatni) RAP – jak na FINAŁ przystało 🙂 BĄDŹCIE WTEDY Z NAMI! :-*

 

Tymczasem, Z DEDYKACJĄ DLA CZYTELNIKÓW „KRZYSIOWEMALECONIECO”:

Z wdzięcznością – że byliście – że jesteście – że będziecie… 

 

Reklamy

7 responses

  1. Każdy wpis był wyjątkowy, każdy mógł wyciągnąć z niego coś dla siebie. Dziękuję Wam za słowa tu przeczytane, ktore dzialaly jak opatrunek w leczeniu rany. Pamiętam 💚💛💖💗💙

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s