Ale cisza jakaś inna…

Przyniosę Ci Kochanie promyk,

Który niebawem zgaśnie,

Przeciwnie do Nadziei, którą Oboje tak dobrze znamy.

Przyniosę Ci Kochanie kwiaty,

Które wkrótce wyschną,

Szybciej, niż smak pocałunków, które dostawałeś od Taty i Mamy.

Image

Przyniosę Ci Kochanie ciszę,

Którą tak często oboje rozmawialiśmy,

Ale cisza jakaś inna, bo brakuje taktu jednego serca bicia.

Przyniosę Ci Kochanie biel,

Wciąż tęsknotą i smutkiem przybrudzoną,

Nijak niepodobną do barwy Twojej ulubionej pidżamki bez guzika.

Image

Przyniosę Ci Kochanie wspomnienie,

Które zasnąć co noc pozwala, a rano każe wstawać,

Jednak nie potrafi oszukać, że Ktoś najdroższy tak na zawsze nie znika.

Przyniosę Ci Kochanie wiarę,

Której sam nas nauczyłeś zaufać,

Daleką od pompatycznych kazań, bo szepcącą: „psecies jestem obok”,

Image

Przyniosę Ci Kochanie uśmiech,

Przez który zawsze łza przeleci,

Jednak sam go malujesz dając znać, jak wesoło dziś balują Ty i Twoi Koledzy –

Mali Wielcy Wszyscy Święci.

Image

[*]

Reklamy

Przechodzimy drugą stroną ulicy

Wpis autorstwa cioci Krzysia! 🙂

Mama Krzysia siedzi nad książką w fotelu i udając, że ją czyta, patrzy przez okno podziwiając dzisiejszą „złotą, polską jesień”.  Jednocześnie przypisuje synkowi, że pewnie posprzątanie chmurek z nieba to jego zasługa… 😉

Nagle pika telefon. Wiadomość od Cioci Agaty:

„Zobacz na co dosłownie dzisiaj wpadłam” + załącznik:

(przypatrz się poniżej druku, napisane pisakiem)

Image

Mama Krzysia: 😀

A nie mówiłam, że dziś nasz Chłopczyk zapracowany… Wysyła telegramy z nieba (patrz tutaj), sprząta chmurki, spaceruje po Krakowie 😉

Dzięki Ciocia! :-*

Ostry pstryczek w nos od Krzysia

Krzyś i „jego” zespół lekarski spisali się na medal 🙂 Już po.
Już po krzyku, ale nie po bólu. Już po zabiegu (diabeł jednak nie taki straszny…), ale przed trudną rehabilitacją, już po szpitalnym reality show „na żywo”, ale przed wielką niewiadomą na przyszłość… Bo cóż można zdziałać siedząc obolałym i unieruchomionym w objęciach stabilizatora u nogi przez najbliższych grubych kilka tygodni, a potem jeszcze dłużej będę „gnać” z koleżankami kulami na specjalne ćwiczenia…
Operacja nogi to była konieczna decyzja. Teraz stety niestety kilka miesięcy przestoju, pora zjechać na pit stop. A przecież było tyle planów mniej lub bardziej ważnych… Powrót do lubianej pracy, studia podyplomowe, wyjazdy, spotkania… W skrócie: powiedzenie zwykłej codzienności wreszcie jakiegoś w miarę serdecznego „dzień dobry” oczekując odwzajemnnienia tej przywróconej wieloma sposobami sympatii do świata… A tu trzeba wszystko znów odwrócić, odłożyć na bok, zapisać już w nowym kalendarzu. Bo noga…
Ale… zaraz, zaraz… Czuję nagły, wyraźny pstryczek w nos. Auć! „Mamcia, nie grymaś!”, woła nasz Krzysiu. I nawet nie kończąc tych moich smętów, wiem że ma Maluszek świętą rację…
Będąc w szpitalu, minuta po minucie, o ile nie częściej przemykały mi obrazy z krzysiowych oddziałów: wkłucia, znieczulenie, pilne zabiegi, antybiotyki, octenisept, opatrunki, bezsenność, okropny ból…
Z jedną, a właściwie dwoma zasadniczymi różnicami: po pierwsze, to nie tylko o głupią nogę chodziło, bo kaliber chorobowy był dużo większy – najczęściej – nieuleczalny; po drugie, pacjentem nie był wszystko niby rozumiejący, rozsądny, doświadczony dorosły, tylko malutkie, kruche, bezbronne dzieciątko…, a właściwie całe zastępy takich dzielnych, najsilniejszych, najmłodszych pacjentów – Rycerzy.
Bo wierzcie, popatrzyłam na siebie i na innych szpitalnych towarzyszy… Predzej byśmy sobie powyrywali te wszystkie rurki, cewniki, sprzęty i machnęli ręką pt.”a niech się dzieje” niż pokornie znosili taką walkę o życie, zdrowie jak znane nam Maluchy.
A jakby się odnieść do planów takich pacjentów? Przestałam się natychmiast użalać nad przesunięciem „na potem” swoich beznadziejnie przyziemnych i żałośnie prostych aspiracji. Bo moje „potem” istnieje, a przynajmniej mogę mieć na nie nadzieję… Natomiast w przypadku choćby naszego Krzysia oraz wielu jego aniołkowych przyjaciół, los nam udowodnił, że istnieje zakaz używania słów: „kiedyś…”, „potem…”, „za niedługo będę raczkować”, „wkrótce pobawię się w piaskownicy”, „jak będę duży, będę strażakiem”, „jak wygram ten konkurs, Zuzia da mi buzi”… My z Krzysiem jednak snuliśmy takie marzenia… Po cichutku. Jedyne „kiedyś” jakie ośmieliliśmy się zaśpiewać głośno naszemu Rycerzowi było proste, balladowe „kiedyś tam, będziesz miał dorosłą duszę…” każdej nocy przed snem, a nawet na końcu, podczas jego Ostatniej Drogi.
Jednak najgorsza jest chyba ta bezsilna świadomość, że mimo ogromnej wiary, wręcz heroicznej walki, tylko nam znanej determinacji… dla niektórych Maluszków robienie najdrobniejszych planów, pisanie kolorowych kalendarzy, dźwiganie plecaków do szkoły… jest po prostu (Bóg jeden wie dlaczego :-() zakazane…
I chyba poprzestanę tutaj w tych moich refleksjach, bo myśli i bunt niebezpiecznie się piętrzą, po prostu w głowie się nie mieszczą… A na szczycie tej piramidy pozostaje ciągle to samo, ciche, bolesne pytanie: „dlaczego właśnie dzieci?”…

P.S. Nic nie może być nam zakazane: planujcie – na jakieś „potem”, walczcie dopóki jest nadzieja (ona jest zawsze), nie bójcie się marzyć – z rozmachem! My połamaliśmy z Krzysiem wszelkie rozkazy i niczego nie żałujemy… Bo przecież to „kiedyś” może dziać się właśnie teraz, w Niebie, gdzie już nic nie boli. I np. Krzyś wygrał dziś konkurs na Najlepszego Szpitalnego Anioła Stróża Swojej Mamy i… może właśnie dostaje od zarumienionej Zuzi buziaka 🙂 Od Mamy oczywiście też!

image

No i znowu szpital :-(

Dziś odrobina prywaty. Krzyś wybaczy. Bo nadszedł ten dzień, którego obawiałam się przez całe wakacje. Ten dzień, w którym znów przyjdzie się nam zetknąć ze średnio ulubioną nam medycyną. Dzień, w którym trzeba będzie znów przekroczyć próg szpitala, a co gorsza, zostać w nim na chwilę dłużej i oby to jednak było „chwilę”, a nie „dłużej”. Dzień, w którym trzeba będzie przejść popularny, acz poważny zabieg. Ten pierwszy przymiotnik brzmi sympatyczniej. Ten dzień nastąpi jutro.

Troszkę aktywności fizycznej w to lato i niestety, moje kolano (dawno już nadszarpnięte wypadkiem i chirurgiczną poprawą doraźną) powiedziało „dość”. Tym samym wpakowało mnie w ciągłe uczucie bólu, towarzystwo niewygodnych kul i gdyby miało palec, to pewnie by nim pogroziło mówiąc kpiąco „nunu” w momencie wkładania nart, wsiadania na rower lub wyskoku na karimacie. A przecież jeszcze nie ten wiek, ani nie ten temperament, aby spędzić życie w fotelu lub na kanapie. Trzeba nóżkę podreperować i już, choć strach zaczyna pokazywać swoje niemałe oczy…

Tak, Mama Krzysia się boi szpitala, zabiegu, znieczulenia, stanu nogi jak już będzie po wszystkim. Dziwne, co? Przecież te szpitalne perypetie powinniśmy mieć w jednym palcu. No właśnie, i mamy, a nawet w głowie i pamięci. A tym samym wiemy wręcz za dużo, bo przecież albo nie omijały nas (Krzysia) albo występowały wokół te wszystkie możliwe infekcje, zakażenia, skutki uboczne, powikłania… a teraz w głowie siedzą, nie chcą wyjść, nie dają spać i każą obgryzać pazurki. Tym samym, słynne „nie chcę, ale muszę” nabrało bardzo dosłownego sensu.

Ostatni raz jako pacjentka byłam w szpitalu z Krzysiem. Siedział sobie wygodnie w wielkim brzuszku. I wtedy nie było marudzenia. I nieważne, że spędziliśmy tam długie tygodnie, że był upał, że ciągłe wkłucia, że towarzystwo mniej lub bardziej przyjaznych diagnoz i pomysłów, że seria nadprogramowych badań, że niepewność i strach… Nieważne, bo najważniejszy był Krzyś.

Dziś też ciągle Krzyś jest najważniejszy. A jego obecność dość nietypowa (niewidzialna okiem) obok nas, ale nieustannie silnie wyczuwalna daje nieoceniony wentyl bezpieczeństwa, poczucie spokoju, ukojenia, zdaje się szeptać „będzie dobrze”.

I jak to najodpowiedniej ujął ostatnio Tata Krzysia: „Nasz synek od co najmniej kilku dni studiuje tomy medycyny i ortopedii po to, żeby stał tam na sali w zielonym kitlu wśród chirurgów i dyktował im co mają robić. Więc o co Ty się, Mama martwisz?!” 🙂

Trzymajcie kciuki! Niech zatem Krzyś dobrze podyktuje, niech się lekarze go grzecznie słuchają, a ja… niech wezmę przykład z synka jakim trzeba być dzielnym pacjentem!

ImageCo to jest natomiast „zielony kitel” Krzyś nie musi studiować… „Dzięki” długiemu pobytowi na Intensywnej Terapii synek dokładnie wie, co to za ustrojstwo…

Hej, to mój balonik!

Dziś DDU. Dzień Dziecka Utraconego. A raczej Ukochanego (jak to napisała Mama Kropka), gdzie my się pod tym podpisujemy i popieramy – w końcu nie zgubiliśmy Krzysia na tych kilku spacerach, skąd więc taka nazwa?!
Rodzice Krzysia też przyłączyli się do tych radosno-smutnych obchodów. Radosnych, bo mogliśmy sprawić trochę radości Krzysiowi i jego rodzeństwu (nienarodzonemu, które nawet jeszcze nie zdążyło otrzymać imion). Smutne, bo jednak w smutnych okolicznościach wstępuje się do „Klubu Rodziców, Których Dotyczy DDU”.
Wczoraj po mszy św. w Bazylice Mariackiej wysłaliśmy w niebo setki białych baloników z imionami dzieci. Wzięliśmy 2 baloniki: jeden dla Krzysia, bo jest już dużym chłopcem i mu się należy balonik tylko dla niego; drugi dla dwójki jego rodzeństwa, a ponieważ są mniejsi dostali jeden balonik na spółkę, co by im było łatwiej go utrzymać w rączkach.

I tak sobie pomyśleliśmy, ile radochy musiało być wczoraj i dziś w Niebie, kiedy aniołki dostały swoje baloniki. Ile okrzyków „hej, to mój balonik!”, „ej, nie deptaj mojego balonika!”, „zamienimy się?” 🙂
Jedno jest pewne, św. Piotr na pewno ma nas rodziców na jakiś czas dość za bałagan, jaki zrobiliśmy mu w Niebie 🙂

ImageImage

Anioł Stróż i Anioł Krzyś: nasz najlepszy „dream team”!

„ Ludzie marzą o aniołach, myśmy jednego trzymali w ramionach”

Ten piękny w swojej prostocie i prawdzie cytat krąży mi w myślach odkąd dowiedziałam się, że obchodzimy dziś (tj. 02.10) Dzień Anioła Stróża. Pewnie kiedyś ta wiadomość nie wywarłaby na mnie większego wrażenia, dziś za to zatrzymała myśli codzienne na chwilę i wpuściła pewną refleksję.

Cofnęłam się wspomnieniami w kierunku pojęcia „anioł”. Najpierw znamy go z dziecięcych najprostszych pacierzy, potem zdarza nam się zbierać aniołkowe figurki i pieczołowicie ustawiać je na komodzie, niekiedy na własnym ramieniu ulotnie poczujemy uścisk niewidzialnej aniołowej dłoni, gdy być może zbyt raptownie chcemy wbiec na ruchliwą ulicę… Ja tak miałam… Miałam też swój swoisty aniołkowy bunt, kiedy nosząc już Krzysia pod serduszkiem, słyszałam: „Jak tam ma się Twój aniołek?”. W głowie nie pasowało mi równanie dziecko = aniołek, denerwowałam się, bo wiedziałam, że dwójka krzysiowego rodzeństwa jest już aniołkami w niebie. Krzyś przecież miał aniołkiem nie być. Miał być z nami. Obok. Tu. Na ziemi. Los (którego charakterystykę pozostawiam w przemilczeniu) jednak bywa przewrotny…

Bo Los podarował mi Anioła na ziemi…. Tak, dziś jestem w stanie z przekonaniem i dumą stwierdzić, że Krzyś będąc z nami miał w sobie coś niesamowitego, coś nieopisanego, coś anielskiego… Ten wzrok… Jego głębia… Bijąca z niego mądrość, mimo, że był tylko malutkim, bezbronnym chłopczykiem. Ten spokój… mimo cierpienia. Ta przenikająca bezwarunkowa miłość, którą się czuło całym sobą, mimo, że nie potrafił  jej wyrazić słowem, ani uśmiechem. Znamy jeszcze wiele takich niezwykłych dzieci. Większość niestety podobnie jak Krzyś swoją anielskość ukazuje w chorobie, często w szpitalu, ale zawsze wśród kochających najbliższych. TE ich oczy… I jakkolwiek górnolotne to przekonanie może się komuś wydawać, myślę, że Rodzice anielskich dzieci – czy to ziemsko, czy niebiańsko anielskich dzieci – wiedzą doskonale o czym piszę. Świadczy o tym choćby to, że przecież doskonale znacie powyżej przytoczony cytat…

Teraz też mam swojego Anioła, tyle że już nie na ziemi, a w niebie… Oprócz Stróża, który pewnie miałby mi wiele do powiedzenia jak bardzo jest już zmęczony nadążaniem za mną 🙂 , jest także zwinny i radosny nasz prywatny Aniołek Krzyś. Może przypadkiem, a może celowo, ostatnio wracając z lotniska autostradą, gdzie radio nie łapało zasięgu natrafiliśmy na audycję o aniołach… Słuchaliśmy w milczeniu. O ich opiece nad nami, o ich mądrości, o ich miłości – takiej czystej i bezgranicznej. Nie chcę się tu wdawać w polemiki religijno-poglądowe, ale chcę przytoczyć tylko jedno zdanie z usłyszanej audycji:

„Gdyby przyrównać do siebie najmądrzejszego człowieka i najgłupszego anioła, to i tak ten anioł byłby o wiele mądrzejszy…”

My – ludzie przecież wiemy tak mało, a tak bardzo się martwimy o przyszłość, usilnie snujemy plany, przekonujemy do jedynych właściwych, bo własnych racji… Ja też tak robię. Z tą różnicą tylko teraz, że może nie bez powodu szepcąc poranne „dzień dobry” i pełne nadziei wieczorne „dobranoc”, mimochodem, pełne ufności spojrzenie i uśmiech wędrują w stronę naszego ulubionego krzysiowego zdjęcia…  Czuwaj Aniołku, czuwaj! :-*

ImageImage

Krzysiowe pozdrowienia z wakacyjnego Nieba!

ImageP.S. Pozwolimy sobie do tych nietypowych pozdrowień tylko dodać, że z Krzysiem niemożliwe okazuje się możliwe: urlopu miało w tym roku nie być – z różnych względów – ale jednak był: króciutki, nieplanowany, a bardzo udany. Wreszcie mogliśmy pozbierać myśli, rozświetlić spojrzenie promieniami słońca, pobyć sam na sam z własnymi uczuciami, tęsknotami, zadać wiele pytań pt.”co dalej?”. Chociaż i tak coraz bardziej odczuwamy, że w tych wszelkich naszych pomysłach na przyszłość, Krzyś macza swoje anielskie paluszki… Za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni! :-* I tak nieskromnie dodam: synek troszkę podkoloryzował…: wydaje nam się, że nie musiał pędzić za samolotem, tylko siedział sobie wygodnie w środku u nas na kolanach… Czuliśmy go tam… serduchem! 🙂 Bo… „psecies zawse latem – za ląckę!” Choćby niewidzialnie! 🙂 :-*

Image

Będę z Tobą…

Deszcz mocno uderza o szyby, a ja tak się w niego bezczynnie wpatruję i myślę, co by dziś tutaj napisać… I nagle, z nie wiadomo skąd, w głowie wyraźnie rozbrzmiewa ta znajoma nuta:

Ze swojej drogi zejdę,
będę z Tobą.
I w najlepszej z chwil, i najgorszej też,
będę z Tobą
Jak i w pierwszym, tak i w ostatnim dniu,
będę z Tobą…
Z Tobą.

I jakby to było wczoraj, przypomniało mi się jak śpiewałam tę prostą, prawdziwą i piękną piosenkę mojemu Krzysiowi… Najczęściej jak byliśmy tylko we dwoje, jak czekaliśmy jak Tata wróci z pracy. Dużo i często sobie śpiewaliśmy.

Dziś ta sama nuta w myśli powraca, a ta myśl tak sobie kombinuje: może to role się odwróciły; może to teraz Krzyś śpiewa mi cichutko, a wyraźnie te same słowa; może teraz to on czuwa i przekonuje, że… „mamcia, będę z Tobą; tatko, z Tobą”.
I tym samym, właściwie sam Krzyś i jego piosenka szeptana mi w głowie zdecydowali o czym dziś Wam napiszę…

Jakieś zdjęcie dostaje BUZIAKA, co dnia!

Fotografie to kęsy czasu, które można wziąć do ręki.
/ Angela Carter /

Dzisiejszy wpis powinien powstać już dawno, bo będzie o czymś, co stworzyliśmy już jakiś czas temu. Tylko potrzebowaliśmy chwili, aby projektem bardzo osobistym podzielić się tutaj… Pomysł zrodził się niedługo po odejściu Krzysia, właściwie w momencie największej rozpaczy, gdy pakowaliśmy jego rzeczy z sypialni i musieliśmy pokonać własną, niełatwą i wyjątkowo długą, prywatną „drogę krzyżową” na strych, aby postawić w kącie łóżeczko, wanienkę, pudła ubranek i zabawek… Wróciliśmy do pokoju i narodził się bunt: zaraz, przecież nie można tak łatwo „posprzątać” i pozwolić, by nasze najpiękniejsze 3 miesiące życia – z synkiem w domu – pokryła niepamięć i gruby kurz…

Wówczas zrodziła się myśl dyktowana towarzyszącym nam bez przerwy przekonaniem: przecież Krzyś jest. Zawsze obok. W tym pokoju również. To jego pokój i jego pokojem pozostanie.

Było trudno, bardzo trudno otworzyć foldery z tysiącami zdjęć w laptopie, gdzie z każdego spoglądał na nas synek – sam, bądź w towarzystwie bliskich. Gdy oglądamy zdjęcia z najlepszego nam okresu, gdzie gdyby nie te sprzęty, nasz Krzyś wydawał się zupełnie zdrowym dzieciątkiem, serce się zaciska, pięść też… Dlaczego on? Jednak, gdy zbliżamy się do końcowych zdjęć, gdy było naprawdę źle, gdzie buzia Rycerzyka jest zmęczona, smutna, staramy się znaleźć jakieś własne opamiętanie.

Nie dało się więc nie emocjonalnie, ale udało się wybrać nam najpiękniejsze i najbliższe sercu zdjęcia naszego Krzysia. Przeznaczyliśmy na ten ważny nam projekt całą, największą, centralną ścianę sypialni. Oprawiliśmy zdjęcia w białe ramki, a te z kolei wszystkie ułożyliśmy w kadrze grubej ramy. A pomiędzy powiesiliśmy specjalnie wyszukane bieszczadzkie anioły… niech strzegą pamięci tych chwil.

No właśnie… Bo to o te chwile się rozchodzi najbardziej. Chwile dla nas najważniejsze, będące kwintesencją minionego trudnego, ale najpiękniejszego roku. I te kolorowe obrazki tych najistotniejszych życiowo momentów, dni, miesięcy są dla nas namacalnym dowodem minionych przeżyć; dowodem, że mogliśmy tulić, kąpać, całować, być obok Krzysia. Bo… czas mija, pamięć pozostaje, ale często walczy z trudnym do odparcia wrażeniem, że to, co nam się zdarzyło, to był jakiś  przepiękny sen, z którego brutalnie nas obudzono… I teraz życie stara się jakoś toczyć normalnie dalej, jak gdyby nigdy nic.

A wolelibyśmy na odwrót: chcielibyśmy teraz zbudzić się z okropnego koszmaru samotnych Rodziców i znów utulić naszego synka, zaśpiewać kołysankę…  Dlatego dziś, przy każdym „dzień dobry” i „dobranoc” jakieś zdjęcie dostaje buziaka. To nic, że zimna szybka, to nic, że zabrudzona odciskiem ust… Mamy swoją prywatną „ścianę pamięci” i niech nam udowadnia co dnia, że taka Miłość zdarzyła nam się naprawdę!

Bo przecież…

ŚMIERĆ TO ZBYT MAŁY POWÓD, ABY PRZESTAĆ KOCHAĆ.

Image

Image

Kartka z wakacji…

I zaskoczył nas wrzesień… Zaskoczył, bo lato było dość pogodowo udane tego roku, a nagłe ochłodzenie i mokre szyby dały wyraźnie znać, że pora na wrzesień, na koniec wakacji, na jesień.

Jutro początek roku szkolnego. Pamiętamy doskonale, jak całkiem niedawno mówiliśmy, że „dziś dzieci zaczynają wakacje”… I już wtedy nie było z nami Krzysia.

I mamy takie dwuznaczne odczucia: z jednej strony, wciąż gdzieś pędząc, wręcz uciekając z domu do kogoś, po kogoś, z kimś, sami, bez specjalnego urlopu… ani się nie obejrzeliśmy jak wakacje dobiegły końca; z drugiej zaś strony, jak uzmysłowimy sobie, że nie ma z nami naszego synka już prawie 3 miesiące, odbieramy ten czas jak wieczność, jak zły, za długi sen z którego trzeba się obudzić, ale bezlitosny budzik nie dzwoni…

Co przyniosły nam te wakacje? Milion  pocztówek ciągle zakończonych tym samym „kocham i tęsknię”. Milion pocztówek niezapisanych, a wyrytych w myślach, sercu i pamięci. Milion pocztówek wysłanych do Nieba. Do Krzysia.

Kilka dni temu znaleźliśmy się w naszym ulubionym miejscu, do którego uciekliśmy schować się przed światem w czerwcu tuż po pogrzebie. To prawda, nie przestaliśmy myśleć i tęsknić, a wręcz te uczucia z czasem nie słabną, a nasilają się. Jednak zorientowaliśmy się, że odbieramy codzienność zupełnie inaczej. Zamiast poczucia beznadziei i potoku łez, jest nasza pewna jak skała świadomość: Krzyś z nami JEST, choć niewidzialnie. To niewidzialnie czasem boli. Ale wiara czyni cuda. I rozpalając wczoraj ognisko, które nie chciało początkowo pięknie zapłonąć, pomyślałam sobie, że tam przy palenisku, tuż obok dmuchającego Taty i Wujka Krzysia, przyklęka na kolankach, w swoim nieodłącznym pampersie sam Krzyś i podrywając swojego kędziorka dmucha… dmucha mocno, żeby nam pomóc i posiedzieć z nami tego wieczora przy ognisku… Może nienormalne, może ociera się o paranoje, ale o ile łatwiej, silniej, lepiej…

Teraz rozpoczynamy rok szkolny. Co nam przyniesie? Na pewno na początku jakiś krótki urlop na który wreszcie czujemy się jako tako psychicznie gotowi, by pozbierać myśli, naładować baterie na ciemne, za długie jesienne wieczory, których się obawiamy. Potem powrót do pracy. Najwyższa pora, aby powrócić do tego, co było i w czym czuliśmy się dobrze. Na pewno pozostanie jeszcze wiele lekcji do odrobienia. Już teraz wyznaczamy sobie nowe plany i prace domowe…

Cokolwiek się wydarzy w tym roku szkolnym, jedno jest pewne –  po tych wakacjach możemy podpisać się pod słowami śpiewanymi przez Beatę Kozidrak: „Nasze oczy widzą świat, niekoniecznie tak, jak dawniej”…

Dziękujemy Wam za Waszą obecność z nami w te wakacje… Razem przeżyliśmy trudny, długi, ale na pewno niezapomniany turnus! Życzymy wszystkim Wam również wielu sił oraz krzysiowej, dobrej opieki na te jesienne, szkolne dni!

20130901_184637

Krzyś nam także wysyła „kartki” z nieba. Choćby wtedy, gdy tak pięknie się dla nas tak słonecznie „zaświeca”….