T jak Teoria Gwiazd

Kochany Krzysiu, Gwiazdeczko nasza…

Dziś to Tata ma właściwie dla Ciebie opowieść… A że wiesz, że nasz Tata to niesłychanie mądry człowiek jest , to troszkę na jego wykładzie musisz się skupić – przynajmniej bardziej niż na mamusinym 😉 Zaraz przeniesiemy się troszkę znów ku niebu, ale inaczej niż zwykle, bo… polecimy do gwiazd!

Zatem najpierw wsiądźmy w wyimaginowany wehikuł i cofnijmy się trochę w czasie… Jakieś 13,82 miliarda lat… Właśnie wtedy miał miejsce Wielki Wybuch. To wtedy powstała cała materia, przestrzeń i czas… I można byłoby na tym poprzestać. No ale gdzie te gwiazdy? Otóż w czasie formowania się tej materii miały miejsce jednocześnie narodziny wielu gwiazd. Natomiast podczas wybuchu supernowych, czyli u schyłku już życia gwiazd – następuje z kolei wyrzut jej wielu pierwiastków w przestrzeń kosmiczną. I tym samym materia ta – kawałeczki rozpryśniętej gwiazdy podróżują w przestrzeni łącząc się znów często w większe skupiska, jak planety i kolejne pokolenia gwiazd. Taka pętelka, która się zamyka: od narodzin, po śmierć, do kolejnego połączenia się, by zamigotać na niebie. „Ale po cio mi ta cała aśtlonomia, Tatko?…” – pewnie zapytasz. Przecież Ty i tak już wiesz wszystko lepiej, cała Tajemnica Wszechświata jest Ci dobrze znana i nie zdziwi nas Twój uśmieszek politowania co my tutaj, malutcy pasjonaci kosmosu, chcemy z niego wyciągnąć.

Otóż Synku to, co jest jednak najbardziej fascynujące dla nas – malutkich, to zrozumienie, że gdy umierająca gwiazda wybucha, to cała materia z której była zbudowana, jej gwiezdny pył jest budulcem wszystkiego co nas otacza, w tym nas samych… I tak, cząstka gwiazd jest w nas – była w Tobie, jest we mnie, w każdej mijanej na ulicy czy w pracy osobie… Zawsze się uczyło, że kosmos to my. Mało kiedy się rozumie, że to stwierdzenie jest tak dosłowne. Fascynujące, prawda? Już wiesz, czemu często zupełnie prawdziwie możemy nazywać Cię Gwiazdeczką… 🙂

I taka puenta… Zbliżają się Święta… Jednych cieszy, innych irytuje, że „to już”. Wśród dekoracji, symboli świątecznych, pełno jest gwiazd… A może bliższe zastanowienie nad ich sensem, obecnością ich cząstek w nas pomoże nam być lepszym człowiekiem nie tylko w Wigilię, czy dwa kolejne dni, ale choćby przez cały grudzień… Miesiąc dobrych serc… Taki trening. Jeśli z wyższych sfer jesteśmy stworzeni, czemu schodzić tak często na niziny człowieczeństwa…? Skoro nosimy w sobie gwiezdny pył, niech on nas unosi ponad falę hejtu, zazdrości, wrogości wobec innych… Życzmy sobie dobrze.  Nieśmy zwykłą pomoc, życzliwość, ufność wobec innych. Róbmy dobry uczynek nie raz na miesiąc, a codziennie.

A przy okazji, niech każdy z nas poczuje się Gwiazdą! 🙂
Forestwander.com

Reklamy

J jak „jeden samobójca więcej”…

Kochany Krzysiu,

Idzie wiosna… Znów zakwitną jabłonie – śpiewano. I zapewne zakwitną.
Znów kolejne samotne twarze odnajdą się w tłumie, splotą swoje dłonie…
Znów odprowadzimy wzrokiem, uśmiechem, życzeniem swoich Bliskich na ślubny kobierzec,
Znów będziemy planować urlop,
Świat co kilka sekund usłyszy kolejny nowy, pierwszy krzyk – krzyk życia,
Były cuda, cuda się dzieją, cuda się staną – każde narodziny, zaćmienie słońca, kolejna rocznica jednego Zmartwychwstania.

Idzie wiosna… Wokół jabłoni toczy się wojna. A w dłoni – granaty.
A co jeśli na hali przylotów nie doczekam się kiedyś tej spodziewanej twarzy? Dłonie się załamią. A serce pęknie.
Iluż jeszcze znajomych-nieznajomych, „takich jak my” odprowadzimy na zupełnie inny „początek nowej drogi życia”…? Po życiu.
Marzenie beztroskich wakacji pokłóci się z poczuciem niepokoju – z rozsądku.
Świat jest jednym wielkim krzykiem – mimo, że zaklejają usta… szantażem albo taśmą.
Były cuda. Cuda nienawiści. I choć nikt w nie nie wierzy, ciągle się dzieją – matka bije dziecko, słońce nie ma czasu cieszyć, a za wiarę w Zmartwychwstanie – rozbije się samolot, zatrzęsie się ziemia…

Krzysiu,
U nas wszystko w porządku,
„Tylko jeden samobójca więcej”…,
Gdy co dzień otwieram portal informacyjny – jest mi wstyd.
Pomóż napisać inny List, Kochanie…

CZASODZIĘKOWANIE…

I stało się, czas się nie zatrzymał, świat się nie skończył… Dziś minął dokładnie rok – rok bez Krzysia. W tak smutny dzień nie przychodzi do głowy nic innego jak poezja…

 

CZASO-DZIĘKOWANIE

 

Dziękuję Ci za wartość sekundy,

Tej jednej jedynej,

Która powierzona jest każdej Matce,

Tej, w której daje światu nowe życie.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość minuty,

Absolutnie każdej w której

Mała, ciepła rączka,

Była zanurzona w naszym dorosłym, choć drżącym uścisku.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość każdej godziny,

W której działy się jednocześnie piękne,

Ale także gorzkie chwile,

Dając dowód jak bardzo każda godzina nasza…

Krucha.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość każdego tygodnia,

Który zawsze dawał nową nadzieję zwaną

„jeszcze zdążymy…”,

Wyjść na spacer, zaśpiewać, wspólnie zjeść śniadanie w łóżku.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość każdego miesiąca,

Który każdy z osobna przejął rolę odliczania lat…,

Za takie świadome oszukiwanie… siebie, czasu;

Które dawało radość i chwilowe spełnienie marzeń,

Bo przecież niewiele ich pozostało.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość każdej pory roku,

Którą rozpoznajemy teraz po ilości cienia i promieni

Na krzysiowej kołderce z kamienia.

A wskazówkami czasu stały się…

Zmieniające się na niej kwiaty.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość roku,

Tego poprzedniego – spędzonego całego razem – prawie.

Tego obecnego – za przetrwanie go – jakoś…

Mimo wszystko, wbrew mozołu pustki,

W zawrotnym tempie wariata co chce zapomnieć,

Pamiętając…

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość życia,

Każdego tak samo pięknego i każdego sobie nierównego:

Czasem i Losem.

Życia podwójnego, tak samo drogiego,

Tego znanego Tu i Tego nieodkrytego Tam –

Co zna go tylko wiara… każda po swojemu.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość dowodów –

Wszelkich, prócz jednego.

Za dowód,

Że ten najpiękniejszy i ten najgorszy dzień życia

Mieszczą swoje dwie daty jednocześnie na jednej małej białej

Kamiennej tablicy,

A odstęp wszelkiego czasu pomiędzy nimi

Zbyt krótki,

Nie-dziękuję.

 

image.png-1

P.S. Tymczasem, patrzę za okno, a tam babie lato! Pełno wirujących maleńkich białych piórek… Czyżby Aniołki świętowały pierwszy roczek Krzysia w Niebie…? Dziękuję Synku za takie skojarzenia… one przytulają… :-* ❤

Bo jak śmierć potężna jest miłość… Miłość Matki!

Mamo, mamusiu, mamcia, mateńko… Jest taki dzień, kiedy te słowa wymawia się częściej, głośniej, świadomiej… Jest taki dzień, kiedy brzmią one tonem cieniutkich, dziecięcych głosików albo powagą, rozrzewnieniem dojrzałego głosu… Bo wszyscy jesteśmy dziećmi. Bo spora większość z nas najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa zawdzięcza Mamie. Bo absolutnie każdy dochodzi kiedyś do wniosku, że „mama” to nie tylko więź rodzina, to nie tylko rola do odegrania, to nie tylko praca na pełen etat poza tą zawodową… Ale to nie będzie wpis jakich wiele z okazji dzisiejszego Święta. Nie będzie o wychwalaniu Mam i nawoływaniu dzieci, by kochały je nie tylko od święta… Będzie za to o znaczeniu słowa „Mama”, kiedy to nazwanie Kogoś nim jest największym wyróżnieniem, jakie nas – kobiety może spotkać .

Mamo, mamusiu, mamcia, mateńko… A co jeśli zamiast tego zwrotu, często okraszonego słodkim grymasem, prośbą o pomoc albo najszczerszym uśmiechem słyszymy ciszę?… Niełatwo jest być Aniołkową Mamą. Niełatwo mijać place zabaw i w wyobraźni jedynie domyślać się ulubionej karuzeli Krzysia… Niełatwo wspominać najnaturalniej jak potrafimy o swoim dziecku w większym gronie, gdy zapada niezręczna cisza… Niełatwo swobodnie, po prostu rozmawiać o dzieciach i rodzicielskich problemach z innymi, jeśli jesteśmy świadome, że wzbudzamy zakłopotanie: bo nie wypada zagadnąć o synka, skoro go nie ma…, bo nikt nie chce wywoływać łez albo się dziwi, że jest ich zbyt mało… A zamiast nich? Radosna, pełna emocji i przejęcia opowieść o jednej z naszych np. „krzysiowych” przygód. Tak… my Aniołkowe kochamy rozprawiać o swoich brzdącach – przecież byłyśmy w ciąży i miałyśmy humory, smaki, lęki; nie spałyśmy po nocach walcząc z zasadami laktacji; wędrowałyśmy po forach szukając który wózek, jaki kocyk, gdzie po najlepsze pampersy… Tak, jesteśmy naznaczone zdecydowanie zbyt krótkim stażem macierzyństwa. A po to by rachunek się zgadzał – dostałyśmy bardzo ciężki bagaż doświadczeń na start, aż do mety – przy której tak bardzo nie chciałyśmy widzieć żadnych chorągiewek, że to już… Tak, nasze dzieci czasem nie powiedzą nam dziś standardowych życzeń, nie wręczą laurki, nie zaśpiewają piosenki… Za to nasze dzieci spełnią nasze życzenia – nie tylko dziś, ale zawsze. Bo nasze dzieci są – tylko w takiej innej, może niewygodnej dla niektórych, a dla nas ciągle najważniejszej postaci. Są nasze. A my jesteśmy dalej mamami, takimi na 100%, mając okazję się spełniać zawsze w naszej roli – myślą, wiarą oraz dyskusją – o naszym wyjątkowym dziecku, laktacji, wózku, pampersach…

Mamo, mamusiu, mamcia, mateńko… A co jeśli słowa te wypowie cichy szept? Co wtedy poczujemy? Co czujemy myśląc sobie „jestem Matką”? Ktoś mądry powiedział mi ostatnio, że to nie tylko matka rodzi dziecko, ale dziecko rodzi matkę… Jakim był Krzyś – wiem. Jaką on mnie widział – nie mam pojęcia. Jednak gdy jakaś rola człowiekowi jest dana, a potem zabrana, to zawsze lubimy ją podsumowywać. Szczególnie, jeśli chodzi o intensywny, a relatywnie krótki odcinek czasu. I cofając się myślami wstecz już wiem, że bycie mamą, to nie tylko danie życia…, a raczej to nie tylko danie jednego życia… Dajemy także szansę sobie na drugie, inne, bogatsze życie. Bo bycie mamą uczy pokory: wtedy, gdy zamiast własnych zajęć, trzeba gotować zupkę lub wtedy, gdy pierwsze kroczki zajmują trochę więcej czasu, niż byśmy sobie tego życzyli… Bycie mamą uczy determinacji: nieodgadnione siły walczą o lepiej napisany sprawdzian w szkole albo o jedną konsultację specjalisty więcej w szpitalu… I wreszcie – bycie mamą uczy miłości: tej największej, gdy zaczynamy kochać właściwie już „w ciemno” głaszcząc powiększający się brzuch, a potem opiekujemy się bezwarunkowo, aż do końca jego/jej albo swoich dni…

I już dziś wiem, że kiedy to moje dużo dłuższe niż Krzysia życie skończy swój bieg; nieważne co wyryją mi na płycie: specjalista, inżynier, zdobywca takiej czy owakiej nagrody, profesor czy „no name”… Najważniejsze, że w moim sercu pozostanie zawsze najważniejsza rola życia pt. „Mama Krzysia”. I nieważne co kiedykolwiek, gdziekolwiek się jeszcze wydarzy – zawsze to z niej jestem i będę bardzo dumna! I właśnie dziś chcę to wykrzyczeć. I takiej dumy właśnie życzę każdej Mamie… Dumy Bycia Mamą.

Synu, syneczku, synku… dziękuję Ci za zaszczyt dania Ci życia i dziękuję za życie, które Ty mi dałeś… Nie zamieniłabym go na żadne inne.

 

Mamcia.

 Image

 

 

Kurtyna w górę! :-)

Majowy weekend przed nami… W końcu wiosna! Mnóstwo prognoz… pogodowych, uczuciowych, emocjonalnych, zadaniowych, wyjazdowych… Głowa pełna pomysłów… A w sercu? 🙂 A z samym sobą? A wśród najbliższych?

Na chwilkę wolnego czasu, podsuwamy Wam przemyślenia Taty Krzysia, ot takie :

Przyszło mi dziś do głowy pewne porównanie. Pomyślałem sobie, że życie ludzkie to taki spektakl toczący się za zasłoniętą kurtyną. Niektórzy mają ją bardziej zdobioną, malowaną w kwiaty, haftowaną, pozłacaną, posrebrzaną, kolorową… Kurtyny innych są jednak smutne, szare, brudne, bez wzorów i zdobień.

Zza kurtyny wydobywa się jednak zawsze odgłos spektaklu. U niektórych głośniejszy, radosny. U innych smutny, nudny. Zdarza się czasem, że słychać głównie ciszę…

Nie ma zasady, co do związku kurtyny i spektaklu. Za piękną kurtyną może ziać nudą i pustką, za szarą zaś może kryć się przepiękne widowisko baletowe Teatru Bolszoj.

Jakże odważny musi być ten, kto nie boi się odsłonić szarej, brzydkiej kurtyny w nadziei na odkrycie pięknego spektaklu, które zmieni całe jego życie.

Nie bójmy się więc odkrywania smutnych, szarych „zasłon”. Czasem warto w pozornie chorym, biednym, brudnym człowieku znaleźć jego piękne, wewnętrzne „widowisko”!

Życzymy najpiękniejszych spektakli! I udanego weekendu! 🙂

 

Al_Hirschfeld_Theatre_stage_NYC_2007

 

WIELKANOCNY RESET

Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądają Święta w Niebie? My już raz kiedyś próbowaliśmy… Teraz zaglądamy ponownie gdzieś TAM, gdzie nic nie widać, nic nie słychać, a jednak COŚ jest… Bo TAM coś na pewno jest – zbyt wiele religii nie może się mylić…, a w całym, wielkim świecie wokół, czy w naszym prywatnym mikrokosmosie jest zbyt wiele nadzwyczajnie dziwnych zbiegów okoliczności, które zwyciężają nad zaciśniętymi przecież nie raz wargami buntu niewiary, prawda?

Dziś w wigilię Wielkiej Nocy, gdzieś TAM ważny KTOŚ nieważne czy siedzi na tronie, poduszce, krześle czy chmurze… Ważne, że otoczony jest milionami przyjaznych, dobrych, dziecięcych i dorosłych twarzy. Nie ma przerysowanego cierpienia; karykaturalnego regulaminu co wolno, a co zakazane;  przedświątecznego zmęczenia… Jest za to niewiarygodny spokój i ogromna zaduma. Nawet małe, rozbrykane na co dzień Aniołki siedzą cichutko w kręgu i słuchają… Bo trwa dyskusja, taka nadziemna konferencja, miliony pytań i te same odpowiedzi, dające dalej do myślenia… Czas podsumowań, odpowiedzi na pytanie: „po co to wszystko?”, czas wspomnień, czas na „reset”.

– A dlaczego był krzyż? – dopytywały ciągle nie mogące uwierzyć w Historię najmłodsze Aniołki.

– Jak to jest zmartwychwstać? – dopytywali bardziej Wtajemniczeni Starsi.

– A dlaczego jajka-pisanki i akurat zajączki…? – wtrąca nasz ciekawski Maluszek-Krzysiulek? 🙂

A ciągle ten sam, mądry, spokojny i niewiarygodnie ciepły Głos im odpowiadał, opowiadał, tłumaczył… Co? Nie nam znać jeszcze te odpowiedzi. Możemy się tylko ich domyślać – na własny rachunek, we własnym sumieniu, na własny użytek…

My rok temu, dokładnie w Wielkanoc, przeżyliśmy najprawdziwsze z prawdziwych Triduum Paschalne, gdy kroczyliśmy na cieniuśkiej granicy między krzyżem, a Niebem. Krzyś zwyciężył. Jednak niespełna 2 miesiące później, TA granica została przekroczona. I nie było zmarwtychwstania. I żaden kamień nie został odwalony…

Śmierć najbliższej, najukochańszej osoby to też taki „reset” – brutalny, najczęściej z zaskoczenia, gdy nikt nie pyta o zdanie… Prawie taki sam jak Ten, który obchodzimy w każdy Wielki Piątek, co roku…

A niedziela? Niedziela to odwalanie głazu. To zmartwychwstanie. Każdego z nas! Skoro nie może być namacalne, niech będzie duchowe, wewnętrzne. Niech będzie! Bo każdy „reset” wiele zabiera, ale też wiele daje… Wiemy coś o tym, aż za bardzo. I nawet jeśli rachunek zysków i strat nie jest sprawiedliwy, to niech pcha nas zawsze do przodu ta nowa siła: wiary, nadziei i miłości. Odwalmy głaz błahego, ciągłego niezadowolenia, pychy, egoizmu. Zresetujmy myślenie na to wiosenne: pełne sił, radości, serdeczności. Skoro trudności są, były i będą, a krzyż nie zniknie, to wykorzystajmy jego sens: ŻYJMY PIĘKNIE TO ŻYCIE – tu i teraz, takie jakie jest! 🙂

Myślicie, że właśnie takie „Krzysio-Lekcje” wysyłane są do nas z „resetowej” konferencji TYCH DNI? 😉

KOCHANI NASI!

WRAZ ZE ZBLIŻAJĄCYM SIĘ ŚWIĘTEM WIELKIEJ NOCY ŻYCZYMY WAM DUŻO ANIOŁKOWEJ POMOCY 🙂

Życzymy WIARY, szczególnie wtedy, gdy coraz o nią trudniej…

Życzymy NADZIEI, wtedy, gdy czasem jest pod górkę…

Życzymy MIŁOŚCI – niech napędza nasze Rodziny, Bliskich, Przyjaciół, nas i świat…

Życzymy życiodajnego, pozytywnego „resetu”! 🙂

Rodzice Krzysia

 

14-04-13 Hulda Klager Lilac Gardens-4

Pierwszy spacer na plaży…

Lubię się zgubić w Internecie… Czasem potrafię za pomocą kilkunastu kliknięć przejść na Wikipedii od hasła „Rewolucja Francuska” do „Lotów kosmicznych”… Nie pytajcie mnie jak, dla mnie to również jest zagadka 🙂

Ostatnio podczas takiego właśnie szukania drogi w sieci trafiłem przez przypadek na pewien film. Ale najpierw trochę historii i przemyśleń. Posłuchajcie…

Duncan Lou Who – bo to on jest bohaterem tej opowieści – urodził się w Vancouver w stanie Washington, USA ze zdeformowanymi obiema nogami. Zagrażały one jego zdrowiu na tyle poważnie, że musiały zostać usunięte. Duncan pozostał jednak radosny i zdawał się nie zauważać swej „inności” w stosunku do swych rówieśników. Jego opiekunowie postarali się o wózek inwalidzki dla niego, jednak Duncan jakoś nie mógł przyzwyczaić się do nowego sprzętu. Wolał poruszać się o własnych siłach, jakby nie zważając na problemy, które postawiła przed nim Matka Natura i jej psotna siostra Genetyka.
Duncan nie miał zbyt wiele wymagań wobec świata. Zawsze marzył jednak, by pójść na plażę, by poczuć piasek i ocean na własnej skórze, a nie tylko z opowieści… By poczuć się jak jego koledzy i koleżanki… I nadszedł ten dzień! Po wielu przygotowaniach Duncan poruszając się bez wózka został zabrany z pomocą opiekunów na plażę!
I wiecie co? Takiego wulkanu radości i energii nie widziałem wcześniej nigdy u nikogo! Duncan w ogóle nie sprawiał wrażenia „gorszego” od innych! Bawił się z kolegami poruszając się tylko za pomocą swych rąk! Nie czuł, że się różni! Nie wiedząc, że nie może… mógł tyle co inni!
A reakcja jego rówieśników? Naturalna, bez uprzedzeń, ale i bez przesadnej i niepotrzebnej litości! Bawią się z nim jak równy z równym, jak zdrowy ze zdrowym!

Niesamowite, prawda?
A co jeśli powiem Wam, że Duncan Lou Who jest… psem! Tak, tak, niepełnosprawnym psem rasy bokser, którego opiekunowie nie wyrzucili, nie uśpili, tylko postarali się mu dać tyle radości i ciepła, ile tylko są w stanie! I którego w pełni akceptują inne psy w ogóle nie zauważając nawet jego „inności”!
Opiekunowie nie uśpili Duncana, inne psy nie chcą go zagryźć, lecz bawią się z nim…

Tutaj sam film, który dosłownie rozwalił nas na drobne kawałeczki, by zaraz potem skleić je w całość za pomocą kilku łez:

A jak to jest u nas, u ludzi?

Niby jesteśmy tacy rozwinięci cywilizacyjnie i technologicznie, niby tacy wyedukowani i humanitarni, niby potrafimy zaglądać w ludzki genom, niby planujemy dalekie podróże w kosmos… Ale jeśli chodzi o ogólny stosunek ludzi do niepełnosprawności nadal jesteśmy w łańcuchu ewolucji z teorii Darwina daleko za psami, zajmując niezagrożenie miejsce między rozwielitką a pantofelkiem.
Wstyd mi w tej chwili za przedstawicieli ludzkiego gatunku za wszystkie pomysły „ulżenia niepełnosprawnym”, „rozwiązania problemu”, eutanazji chorych dzieci, za teksty słyszane osobiście przez nas od lekarzy w stylu: „łatwiej przynosić kwiatki na grób chorego dziecka niż się nim zajmować w domu”, itd.

Wstyd mi za niektórych ludzi!
Chyba już czas zwrócić się z powrotem do Matki Natury i od niej powoli zacząć uczyć się na nowo… Póki jeszcze mamy czas…

 

GDY DO PRZODU ZEGAR RWIE…

„Gdy do przodu zegar rwie …
Ty ustaw się na nie i cała wstecz”

 Wiecie, że dokładnie rok temu była Wielkanoc?

Wiecie, że dokładnie rok temu mieliśmy sporo śniegu…? Przynajmniej w Krakowie.

Wiecie, że dokładnie rok temu wylądowaliśmy z naszym Rycerzykiem na Prokocimiu, gdzie był na granicy utrzymania swojego mieczyka i tarczy? Utrzymał. Był z nami jeszcze potem dwa kolejne najpiękniejsze miesiące.

Niedawno przestawiliśmy czas na letni. Teoretycznie przesunęliśmy wskazówki w przód. I w tym samym momencie przyszła do nas jednoznaczna refleksja, że mimo, iż wskazówki, kroki nasze, wszelkie plany przesuwamy coraz dalej, coraz śmielej w przód, to częścią siebie (sporą częścią) jesteśmy ciągle „wstecz”.

Co dzień, właściwie w większości chwil cofamy zegary naszych myśli wstecz. Najczęściej używana jednostka – nie godzina, a zazwyczaj równy rok. Dowód: kilka pierwszych linijek tego wpisu.

Kilka…naście, kilka…dziesiąt razy dziennie w naszym domu pojawia się słowo-klucz: „Krzyś”. Bo Krzyś to, bo Krzyś tamto… W przeróżnym kontekście: tęsknym – na pewno; wspominkowym – na pewno. Jednak najczęściej – najzwyklejszym, codziennym. I wesołym. Mimo wszystko.

I tym samym Krzyś jest obecny w naszym życiu, domu, sercu zawsze: intensywnie, naturalnie, bez opamiętania…

Może się to ocierać o irracjonalność. Zapewne nasze podejście nie stąpa twardo, a lata sobie te co najmniej kilka centymetrów nad ziemią. I może ktoś powie, że to wręcz szaleństwo. Jednak jedno dla nas jest pewne: w tym szaleństwie jest metoda. Metoda przetrwania – przetrwania tęsknoty, przetrwania poczucia bezlitosnego braku, przetrwania nowego poranka…, gdzie w myśl naszej zasady pojmowania świata: budzik budzi nas i… Krzysia 🙂

I tak tyka sobie ten nasz zegar. Wchodzi właśnie w fazę wiosny. Jego tarcza może się ciut rozjaśnia, zazielenia; a wskazówka tyka weselej, żwawiej. A my? Dokładnie tak jak kiedyś wykrzesujemy z każdego tyknięcia wszelkie najmniejsze minuty radości, jednocześnie tłumiąc ukryty w sekundach, zawsze obecny strach.

Zupełnie tak jak kiedyś.

Radość bycia Mamą najdzielniejszego synka na świecie.

Strach, że dzielność tę odmierza pędząca klepsydra diagnoz.

Radość życia „na 100%”, angażując wszelkie wymyślone emocje.

Strach, że szczęście nawet wywalczone, bywa ulotne…

Zupełnie tak jak dziś.

Radość każdego poranka i każdego wieczora ukoronowana wędrówką myśli do Synka.

Strach, że wyczuwalna obecność jest jednak przezroczysta…

Radość z powrotu do zapomnianej normalności pt. „dom-praca-dom”,

Strach, że ta sama codzienność zabije wszystko to, czego się od Krzysia niecodziennego nauczyliśmy.

Radość, że Krzyś nie trafił w żadne inne, tylko nasze ramiona; że byliśmy/jesteśmy jego Mamą i Tatą.

Strach, że żyjemy w społeczeństwie, gdzie Rodzice tacy jak my, zamiast dumy, że ich chore dzieci dorosły, że dają radę…, czują presję pretensji odbiegania od uwielbianego dziś schematu: „piękni, młodzi i bogaci”.

Radość, że doświadczyliśmy miłości jaka się rzadko zdarza: najczystszej, najprawdziwszej, bezwarunkowej.

Strach, że już nigdy nikogo nie pokochamy tak samo…

„Wstrzymywany jednak drgnął
Wskazówkę ujmij w dłoń i…”*)

I?

 

*) E. Bartosiewicz, „Zegar”

 

Image

Z tarczą, czy na tarczy…?

Wibrujący dźwięk budzika, szybki makijaż, pachnąca kawa, rogalik, torebka złapana w biegu, dzień się do nas otwiera – trzeba go wziąć w ramiona i mocno przytulić albo po prostu złapać i ciągnąć za rogi. Jak kto woli. Do tego idzie wiosna – ogólna ekscytacja, że zaraz się zrobi znów zielono, znów cieplej, znów radośniej. Czyż nie jest cudownie? Prawie jak w reklamie, prawda? Bo tak stoję sobie na tym przystanku czekając na autobus do pracy, niby najzwyczajniej w świecie przeżywam ten, czy poprzedni albo każdy kolejny dzień i tylko jedna wiercąca myśl kołacze mi się po głowie: przecież nic nie jest takie samo jak ponad 2 lata temu. Nie jest do końca normalnie. Nie jest „jak gdyby nigdy nic…”. Nie może tak być.
I co dzień obiecuję sobie, że zrobimy wszystko, aby to „jak gdyby nigdy nic” nie zwyciężyło. Ono nie nastanie nigdy – w naszych sercach, myślach i działaniach.

Bo takiej wiosny jak poprzednia nie będzie… Bo tamtej wiosny byliśmy zupełnie inni niż przedostatniej i jeszcze inni niż teraz. Byliśmy wszyscy razem – w trójkę – w domu i przeżywaliśmy ją tak intensywnie jakby 50 wszystkich wiosen przyszło do nas naraz… 50 najważniejszych lekcji życia, 500 najgłośniejszych uśmiechów Mamy i Taty, 5000 łez… szczęścia. A teraz normalność, zwykła codzienność, która wraca do nas, a my wracamy do niej… z tarczą, czy na tarczy?

Z tarczą…

Zawsze rozśmieszały mnie egzaltowane wywiady kobietek-celebrytek, które zaraz po tym jak opuściły porodówkę, na wszystkich kolorowych okładkach obwieszczały: „macierzyństwo zmienia”. A teraz ze skruchą własnej kpiny napiszę dokładnie tak samo: macierzyństwo zmienia. Ekstremalne macierzyństwo zmienia… ekstremalnie. Bo czymże może być kolejny długi dzień w pracy, stresująca rozmowa, nadmiar obowiązków w porównaniu… z kolejnym dniem, kiedy przez długie miesiące wyruszaliśmy na oddział Intensywnej Terapii nie wiedząc nigdy przenigdy co nas czeka, jakie diagnozy, jak bardzo bezpośrednie stąpanie cierpkim słowem po cienkiej granicy życia i śmierci… własnego dziecka – kochanego nad życie.

Daliśmy radę. Daliśmy radę zmierzenia się ze sromotnym upadkiem naszych planów, drastycznym pogrzebaniem w sumie najprostszych marzeń, rozsypaniem się naszego życia na drobny pył… Nikt nas nie pytał o zdanie, czy i dlaczego tak właśnie miało być… Za to my pytaliśmy wielokrotnie. Ciągle pytamy. Jakoś jednak nie możemy znaleźć odpowiedzi. Więc zamiast tego, wzięliśmy ten pył w dłonie i zaczęliśmy przesiewać te wszystkie ziarenka, rozdmuchane przez nieznajomy dotąd, a jakże silny wiatr pokory, bezwarunkowości uczucia, bezgraniczności wiary… Zebraliśmy je razem (choć łatwo nie było) i sami byliśmy zdumieni jak wiele udało się zbudować… z piasku. Ale na skale. A skałą naszą – zawsze, wciąż i niepodważalnie: Krzyś.

Na tarczy…

No to idzie ta wiosna… No to znów pojedzie po chodnikach więcej wózków, przylecą bociany, za oknem będziemy słyszeć szczebiot wracających z przedszkola dzieciaków. A my nie będziemy tej wiosny stać w oknie z naszym Krzysiem jak uwielbialiśmy to robić rok temu. Nie odbiorę go po pracy ze żłobka, czy nie skorzystam z urlopu wychowawczego. Za to o Krzysiu dalej mogę rozprawiać godzinami, a we mnie buduje się ciągle niesamowite uczucie: przeogromna duma bycia Mamą takiego dzielnego Rycerzyka! I gdy tak patrzę sobie na spacerującą młodą mamę na spacerze (nie z zazdrością, bo wciąż uwielbiam wszystkie dzieci), nie odganiam specjalnie nieustannej myśli: „Dla Ciebie to zwykły spacer – takich tysiące… Dla nas – był on dany jeden… na tysiąc”. I przypominam sobie wtedy jak ważne jest docenianie tego, co „tu i teraz” i że przyszłość zaczyna się dziś, nie jutro… Tylko, że „dziś” strasznie lubi tę prawdę gmatwać – planowaniem…jutra.

Mam przed sobą zdjęcie Krzysia – nieustannie, w domu, w torbie, w pracy… Czasem go cmokam, czasem się wpatruję, czasem „gadam” myślami, często puszczam „oczko”, bo wiem, że on przecież wie, o co chodzi… 🙂  Może mało to normalne, może ociera się o infantylność, może… a co mi tam, nieważne! Bo tyle sił, odwagi i takiego wewnętrznego spokoju daje Krzysiowa minka, spojrzenie, wspomnienie, że Rycerzykowi oprzeć się nie można i On zawsze utwierdza w jednym: „będzie dobrze Mamcia, czuwam”. I jesteśmy pewni, bo doświadczamy tego co dnia, że mamy teraz swojego prywatnego Aniołka, który nie pozwoli nam nigdy nikomu zrobić krzywdy; który prędzej, czy później ześle jeszcze lepsze dni; który stara się jak może, byśmy nie odczuli jego fizycznego braku, ale… Przecież mimo tego spokoju, wiary i szczęścia jakie budujemy teraz od nowa i po swojemu, zawsze zwycięża jedno przekonanie: „cena jaką przyszło nam za to zapłacić, była, jest i będzie ZAWSZE zbyt wysoka…”.

No to z tarczą, czy na tarczy?…

łóżeczko

Z serii: Walentynkowe rozmowy z Niebem…

 – Krzysiu…, czym jest właściwie ta miłość?

– Mamuś, miłość, to żeby być, mimo wszystko… Obok. Zawsze.Wszędzie.

– Krzysiu, ale czasem nie da się być „zawsze”, „wszędzie”… I jeszcze „obok”.

– A właśnie, że się da! Bo „wszędzie” możesz być nie tylko stópką, ale myślą, uśmieszkiem, smutaskiem, uf…ufnością, tęsknieniem. Dołączasz właśnie wtedy z tym „obok” do kogoś, kogo kochasz. Wtedy serduszko Ci tak się troszkę ściska, robi się cieplutkie. „Zawsze” jest za to wtedy, kiedy czujesz, że musisz właśnie tak do kogoś powędrować – przytulić się na kanapie, czy też polecieć myślą helikopterem na koniec świata…

– Kochanie, a czy fajna jest ta miłość?

– Jak ktoś dobrze ją doprawi to jest smaczna, Mamuś.

– Jaka Maluchu, smaczna?

– Tak. Jak jest za dużo słodka – to  niezdrowo przecież. Jak zbyt dużo łezek ją zalewa – słona się robi. [Krzyś marszczy nosek]

– Krzysiu…, a czy takie maluśkie dzieci potrafią już kochać?

– Mamuś, Maluszki kochają najmocniej właśnie…

– A dlaczego tak sądzisz?

– No bo… zobacz, to takie proste: nie umiemy zbyt dobrze liczyć, analizować, nie wiemy za bardzo co to znaczy to trudne słowo „duma”, krzyczymy tylko jak jesteśmy głodni albo jak mokro, ot takie jedyne foszki… I nasza miłość jest też najświeższa.

– Krzysiu, najświeższa?

– Tak Maminka, przyniesiona stamtąd, gdzie się rodzi dusza… A tam powstają same najpiękniejsze sprawy. Taka sytuacja… Coś przecież już o tym wiem, prawda?

– To znaczy synku, że moja miłość jest już… nieświeża, przeterminowana…?

– Nie Mamuś, ale troszkę ją zapominasz. Widzisz, Tata może chciałby jakąś romantyczną kolację wreszcie. A Twój dawny Przyjaciel czy najfajniejsza Koleżanka – czeka na niecodzienne, miłe słowo. A Babcia z Dziadkiem – przytuliłaś ich dziś? No… odkurzaj tę miłość plosem. Jeśli nie masz czasu na co dzień, to właśnie dziś… zamiast narzekać, że „znów są Walentynki”…

– Oj, Krzysiu, ale Ty się mały mądralka zrobiłeś… 🙂

– Mamcia, pokazuję tylko jak bardzo Was kocham… Wreszcie mogę – bo wiesz, wcześniej było mi ciężko…

– Krzyś, Ty o każdy poranek więcej z nami dawałeś największy dowód miłości, synku. Byłeś. Obok. Zawsze. I mimo wszystko.

– A bo wtedy to Ty mi powtarzałaś: „Bo miłość jest wtedy, kiedy się kogoś lubi… za bardzo”*). Ja wszystko pamiętam! Nawet gdy nie wszystko z tego rozumiałem, to wtedy mój ulubiony miś **) się tak niewidzialnie słodko do mnie uśmiechał i przytakiwał… 😉

– Dobrze, Kochanie. Ciepłe słowo dla Bliskich nam już tutaj jest :-* Przytulaski najpotrzebniejsze były. Teraz chodź, pomożesz Mamie przyrządzić tę kolację dla Taty. Ty zapalasz świeczki.

– Tylko plosem, nie celwone… 😉 :-*

Psst… Kochani Nasi, duużo MIŁOŚCI – tej Widzialnej i tej Niewidzialnej…! :-* 🙂

ImageNasz AMORek – Krzyś!

*) „Kubuś Puchatek – powieść Alana Alexandra Milne’a

**) ulubiony miś Krzysia (dla Niewtajemniczonych) = Kubuś Puchatek