Z tarczą, czy na tarczy…?

Wibrujący dźwięk budzika, szybki makijaż, pachnąca kawa, rogalik, torebka złapana w biegu, dzień się do nas otwiera – trzeba go wziąć w ramiona i mocno przytulić albo po prostu złapać i ciągnąć za rogi. Jak kto woli. Do tego idzie wiosna – ogólna ekscytacja, że zaraz się zrobi znów zielono, znów cieplej, znów radośniej. Czyż nie jest cudownie? Prawie jak w reklamie, prawda? Bo tak stoję sobie na tym przystanku czekając na autobus do pracy, niby najzwyczajniej w świecie przeżywam ten, czy poprzedni albo każdy kolejny dzień i tylko jedna wiercąca myśl kołacze mi się po głowie: przecież nic nie jest takie samo jak ponad 2 lata temu. Nie jest do końca normalnie. Nie jest „jak gdyby nigdy nic…”. Nie może tak być.
I co dzień obiecuję sobie, że zrobimy wszystko, aby to „jak gdyby nigdy nic” nie zwyciężyło. Ono nie nastanie nigdy – w naszych sercach, myślach i działaniach.

Bo takiej wiosny jak poprzednia nie będzie… Bo tamtej wiosny byliśmy zupełnie inni niż przedostatniej i jeszcze inni niż teraz. Byliśmy wszyscy razem – w trójkę – w domu i przeżywaliśmy ją tak intensywnie jakby 50 wszystkich wiosen przyszło do nas naraz… 50 najważniejszych lekcji życia, 500 najgłośniejszych uśmiechów Mamy i Taty, 5000 łez… szczęścia. A teraz normalność, zwykła codzienność, która wraca do nas, a my wracamy do niej… z tarczą, czy na tarczy?

Z tarczą…

Zawsze rozśmieszały mnie egzaltowane wywiady kobietek-celebrytek, które zaraz po tym jak opuściły porodówkę, na wszystkich kolorowych okładkach obwieszczały: „macierzyństwo zmienia”. A teraz ze skruchą własnej kpiny napiszę dokładnie tak samo: macierzyństwo zmienia. Ekstremalne macierzyństwo zmienia… ekstremalnie. Bo czymże może być kolejny długi dzień w pracy, stresująca rozmowa, nadmiar obowiązków w porównaniu… z kolejnym dniem, kiedy przez długie miesiące wyruszaliśmy na oddział Intensywnej Terapii nie wiedząc nigdy przenigdy co nas czeka, jakie diagnozy, jak bardzo bezpośrednie stąpanie cierpkim słowem po cienkiej granicy życia i śmierci… własnego dziecka – kochanego nad życie.

Daliśmy radę. Daliśmy radę zmierzenia się ze sromotnym upadkiem naszych planów, drastycznym pogrzebaniem w sumie najprostszych marzeń, rozsypaniem się naszego życia na drobny pył… Nikt nas nie pytał o zdanie, czy i dlaczego tak właśnie miało być… Za to my pytaliśmy wielokrotnie. Ciągle pytamy. Jakoś jednak nie możemy znaleźć odpowiedzi. Więc zamiast tego, wzięliśmy ten pył w dłonie i zaczęliśmy przesiewać te wszystkie ziarenka, rozdmuchane przez nieznajomy dotąd, a jakże silny wiatr pokory, bezwarunkowości uczucia, bezgraniczności wiary… Zebraliśmy je razem (choć łatwo nie było) i sami byliśmy zdumieni jak wiele udało się zbudować… z piasku. Ale na skale. A skałą naszą – zawsze, wciąż i niepodważalnie: Krzyś.

Na tarczy…

No to idzie ta wiosna… No to znów pojedzie po chodnikach więcej wózków, przylecą bociany, za oknem będziemy słyszeć szczebiot wracających z przedszkola dzieciaków. A my nie będziemy tej wiosny stać w oknie z naszym Krzysiem jak uwielbialiśmy to robić rok temu. Nie odbiorę go po pracy ze żłobka, czy nie skorzystam z urlopu wychowawczego. Za to o Krzysiu dalej mogę rozprawiać godzinami, a we mnie buduje się ciągle niesamowite uczucie: przeogromna duma bycia Mamą takiego dzielnego Rycerzyka! I gdy tak patrzę sobie na spacerującą młodą mamę na spacerze (nie z zazdrością, bo wciąż uwielbiam wszystkie dzieci), nie odganiam specjalnie nieustannej myśli: „Dla Ciebie to zwykły spacer – takich tysiące… Dla nas – był on dany jeden… na tysiąc”. I przypominam sobie wtedy jak ważne jest docenianie tego, co „tu i teraz” i że przyszłość zaczyna się dziś, nie jutro… Tylko, że „dziś” strasznie lubi tę prawdę gmatwać – planowaniem…jutra.

Mam przed sobą zdjęcie Krzysia – nieustannie, w domu, w torbie, w pracy… Czasem go cmokam, czasem się wpatruję, czasem „gadam” myślami, często puszczam „oczko”, bo wiem, że on przecież wie, o co chodzi… 🙂  Może mało to normalne, może ociera się o infantylność, może… a co mi tam, nieważne! Bo tyle sił, odwagi i takiego wewnętrznego spokoju daje Krzysiowa minka, spojrzenie, wspomnienie, że Rycerzykowi oprzeć się nie można i On zawsze utwierdza w jednym: „będzie dobrze Mamcia, czuwam”. I jesteśmy pewni, bo doświadczamy tego co dnia, że mamy teraz swojego prywatnego Aniołka, który nie pozwoli nam nigdy nikomu zrobić krzywdy; który prędzej, czy później ześle jeszcze lepsze dni; który stara się jak może, byśmy nie odczuli jego fizycznego braku, ale… Przecież mimo tego spokoju, wiary i szczęścia jakie budujemy teraz od nowa i po swojemu, zawsze zwycięża jedno przekonanie: „cena jaką przyszło nam za to zapłacić, była, jest i będzie ZAWSZE zbyt wysoka…”.

No to z tarczą, czy na tarczy?…

łóżeczko

Reklamy

MISJA „KRZYŚ”

”SAM NIC NIE CZYNIŁEM DOBREGO
ANI MNIEJ ANI WIĘCEJ
TO TYLKO ANIOŁ ROZDAWAŁ
CZASAMI PRZEZ MOJE RĘCE.”

/ks. Jan Twardowski, “Prośba”/

Tuż po ostatnim pożegnaniu Krzysia, pojechaliśmy w Bieszczady… Do małego drewnianego domku niemalże na pustkowiu, gdzie tylko my, cisza, czas, który zdawał się stanąć w miejscu… I Krzyś. Mieliśmy wrażenie (i mamy nadal!), że był wtedy i jest z nami obecny wciąż, że nie było żadnego pożegnania. Synek nasz być może jest teraz tą naszą wewnętrzną siłą, która podpowiada jak, którędy, dokąd mamy iść… I ta siła właśnie kazała nam w bieszczadzki wieczór dosłownie wziąć długopis i rysować… grafy, strzałki, tabelki, które budowały scenariusz pt. „co dalej?” – kolejne pomysły, projekty. Teraz: plan „realizacja”. Tematyka: a jakże – krzysiowa! 🙂

Krzyś inspirował nas różnie: czasem bardziej osobiście, czasem i dość często podpowiadał, aby opowiedzieć naszą historię światu…

No to po kolei:

Zaczęliśmy malutkimi kroczkami, bardziej prywatnie, łapaliśmy wspomnienia i zamykaliśmy pod różną postacią, aby nigdy nie uciekły. Bo zbyt cenne:

Następnie Krzyś otworzył nasze głowy szerzej, bo wokół nas zebrało się niewiarygodnie wiele dobrych serc – dla potrzebujących serc:

  • Portal dedykowany Rodzicom Chorusków – prace trwają (będzie bajkowo!)
  • W czerwcu chcielibyśmy zorganizować pewien ważny Memoriał – etap: planowanie

Krzysieńku,… prowadź dalej tą niewidzialną Siłą –

ku pamięci; ku otarciu łez takim jak my; ku wywołaniu łez u tych, co nigdy nie mieli pojęcia… jak ważne jest „dziś”.

Dziękujemy, że jesteście z nami, że jesteście ważną „składową” tej Siły! :-*

DSCF2637“Bieszczadzkie” notatki

Otwieramy TE drzwi jeszcze szerzej…

Jeśli faktycznie postanowienia noworoczne istnieją tylko po to, by po magicznej północy móc zacząć je z szelmowskim uśmiechem łamać – nie robimy w tym roku żadnych postanowień, żadnych „must have”, „must be”, „must do”. Ale… nie wyrzucamy kalendarzyka! Na pewno będzie on inny od zeszłorocznego, na pewno bez tych najważniejszych spotkań, planów, bez swojego „epicentrum”, wokół którego wszystko się kręciło i kręcić by się chciało, a któremu na imię było Krzyś.

Bez epicentrum naszych działań jest pustka, jest tylko czas przeszły, jest teraźniejsze „nic”. A właściwie nie tyle „jest”, co „mogłoby być”. Bo NIE jest. Bo kto powiedział, że Epicentrum ma się znajdować tuż obok, że ma być widoczne, że ma mówić głosem lub kwileniem, że ma dotykać rączką…?! Wierzcie lub nie: Krzyś udowadnia, że niewidzialnie można więcej – wie się więcej, widzi się więcej, czuwa się lepiej… Jedyne co jest mu trudniej: przekonać, że JEST naprawdę, udowodnić, że KOCHA jak nigdy dotąd…

Nasze Epicentrum jest nadal – bezszelestnie, a czasem krzyczy głośne „tjak tseba”; nienamacalnie, a mała rączka zdecydowanie nas prowadzi po drodze bez drogowskazów; niepoliczalnie w liczbie zajętych krzeseł przy stole, a tak bardzo wyczuwalnie, gdy pytamy przestraszone: „co dalej?” , czujemy wewnątrz taki dziwny spokój, że zaraz będziemy wiedzieć co dalej…

To „dalej” z Krzysiem trwa w naszym prywatnym życiu już ponad pół roku. To częściowo wytyczone „dalej” dokonuje się także na Waszych oczach tutaj na blogu…

Tak więc dziś nie będzie żadnych postanowień, a jedynie kilka przekazanych nam „wytycznych” jakie czujemy się zobowiązani realizować: tak, ciągle nie potrafimy zamknąć tych raz na zawsze otwartych DRZWI, nie chcemy zamykać, a wręcz przeciwnie – skoro to nam właśnie było przez nie przejść, z przekorą OTWORZYMY je jeszcze szerzej…

Na 2014 mamy kilka pomysłów na „wytrych” do tych ciężkich, niemalże pancernych, często niekolorowych, omijanych w feerii barw zwykłej codzienności DRZWI, za którymi kryje się świat, w którym nic nie przychodzi łatwo: ani beztroski uśmiech dziecka, ani postępy, ani zdrowie, ani rodzicielskie szczęście… Ale jak już przyjdzie – a prędzej, czy później – przychodzi – warte jest wszystkich trudów, emocji, łez – bo to trakt do największego szczęścia, przez wielkie „SZ”, w które innym nawet trudno uwierzyć, że takie istnieje – naprawdę!

Dziś skrótowa zapowiedź instrukcji obsługi… naszego wytrychu:

– mimo ciągłego zarzekania się, że kończymy; dalej piszemy bloga – Wasze każde otrzymane przez nas„dziękuję” za taki, czy inny wpis dodaje skrzydeł wyobraźni, myślom, natchnieniu… Sami po troszce dyktujecie co mamy pisać, a nawet o tym nie wiecie 😉

– jeśli posty się będą pojawiać ciut rzadziej, to tylko dlatego, że siedzimy i majstrujemy coś dużego, nowego – coś „nieblogowego”, ale chyba fajnego, co nam czas wolny zabiera zupełnie, a doby nie chce wydłużyć…, pracy na parę miesięcy! Tradycyjnie, nie chcemy zapeszać i się za wcześnie chwalić – wszystko jeszcze w pieleszach! Jak tylko się staną to bardziej realne pielesze, którymi będziemy się chcieli z Wami podzielić – natychmiast się o tym dowiecie – słowo!

– trwają rozmowy z Wydawnictwem, które zainteresowało się większym nakładem wydania „Rycerzyka” – w tej kwestii  (bo sami do tych rozmów nas nakłoniliście i wiemy jak bardzo czekacie na książkę) będziecie na bieżąco – słowo!

– Rycerzykowi Akcja Pomocy jeszcze nie raz zaRAPuje – będziemy pomagać dzieciakom, bo już nie jesteśmy z tych, co mogą powiedzieć: „nas to nie dotyczy” i nie pozwolimy innym tak mówić – za to pozwolimy dzielić się dobrem, serduchem, wsparciem. Szczegóły – wkrótce! Na pewno możecie sobie zaznaczyć każdy 21-szy dzień miesiąca – Krzyś dalej będzie „świętował” swoje urodzinki… chcąc podarować prezent innemu Dzieciątku.

– a sam Krzyś… jeszcze nie raz nas odwiedzi bardziej dosłownie niż zazwyczaj – przecież nasz Maluszek zasługuje na lepsze „ku pamięci” niż kilka zdjęć w galerii…

Jeśli tylko macie ochotę – drzwi nasze są póki co tylko lekko uchylone, ciężkie, a wytrych wielki – pomóżcie nam nim się posługiwać, złapmy go razem i wierćmy, kręćmy, by posypały się odpryski satysfakcji, radości, dumy, DOBRA… Co Wy na to?:-)

A za rok… Niech nie przeglądanie kalendarza, nie stan konta, nie nowe foldery zdjęć na dysku będą naszą kwintesencją zadowolenia, satysfakcji, radości z tego „dalej”, które będzie wtedy już za nami. Jestem przekonana, że wystarczy będzie stanąć przed lustrem z samym sobą lub wokół swoich radosnych, kochanych najbliższych i spytać się w duchu: „udało się?”. Ja za rok chciałabym stanąć przed zdjęciem Krzysia – nie będę mu opowiadać co wyprawialiśmy, bo przecież będzie wiedział – ale zapytam tylko: „Synuś, jesteś z nas dumny?”… 🙂

url

To nie na siłowni poznasz najsilniejszych Ludzi…

Kochani Rycerzykowicze! Co dzień zaglądamy na nasze aukcje i przecieramy oczy – po raz kolejny super pozytywnie pokonaliście nasze najodważniejsze oczekiwania 🙂 Dziękujemy Wam za licytację „w ciemno”, za zaufanie – jesteśmy naprawdę wzruszeni! Ale najbardziej dziękujemy za to, że los tych pięciu przedstawionych Maluszków nie jest Wam obojętny…  Jesteśmy przekonani, że Krzyś jest niezmiernie dumny (zresztą tak jak my!): już w pierwszych momentach naszych licytacji wartość książki przestała mieć znaczenie ustępując miejsca niepodważalnej wartości niesionej pomocy. Ta pomoc może im podarować bardzo wiele: upragniony spokój, chwilkę spokoju…  Spokój o oddech. Spokój o rehabilitację. Spokój o lepsze jutro.

demotywator-kazdy-powinien-miec-takiego-kogos-3470

Pewnie zastanawiacie się dlaczego wybraliśmy tylko tę piątkę dzieci i dlaczego właśnie te imiona, te numery subkont, skoro potrzebujących jest całe mnóstwo! Wiemy, że nasze aukcje to tylko maleńka kropelka w morzu potrzeb. Wiemy, że obiektywnie rzecz biorąc, są dzieci może jeszcze bardziej potrzebujące (choć my takich granic „ważności potrzeb” nie lubimy stosować). Wiemy, że jedna kupiona dla danego dzieciątka książka ani go nie uzdrowi, ani nie wpłynie decydująco na zmianę jego/jej smutnej przygody z medycyną, opieką i niesprawiedliwością świata. Ale od czegoś trzeba zacząć… bo przecież ta kropelka wraz z innymi wydrąży kiedyś skałę: uśmiech, lepszy start, właściwszą terapię, dobry lek, wygodny sprzęt ułatwiający wszystko… Wspinaczka po zdrowie albo po życie może się szczęśliwie zakończyć, bo skała runie…?

W pierwszej chwili, wybierając dzieci na aukcje, mieliśmy pomysł, aby Was samych poprosić o sugestie, dane dzieci, którym moglibyśmy pomóc… Jednak przestraszyła nas możliwość otrzymania setek takich próśb o pomoc i każda byłaby na 200% słuszną, uzasadnioną i potrzebną; a my wówczas stanęlibyśmy przed niemożliwością wyboru, przed poczuciem winy i wyrzutów sumienia. Tym samym, bez żadnych niepotrzebnych „rankingów”, zaufaliśmy nie tyle sobie i naszemu subiektywizmowi, co naszej historii, jaką przechodzimy z i bez Krzysia…

Rozejrzeliśmy się za siebie, po bokach i wtedy, wszystko już wiedzieliśmy: przecież tyle ważnych nam z różnych względów, bliskich sercu, poznanych wirtualnie lub w realu cudownych Dzieciaków napotkaliśmy! Niektóre z nich nie mają możliwości opowiadania o sobie innym za pomocą bloga, czy innych medialnych środków, a przecież niemniej niż inne zasługują na uwagę… Wszystkie jednak wiele nas nauczyły, wiele udowodniły i wiele otuchy dodają wciąż… Zatem postanowiliśmy im dać od siebie taki mały dowód wdzięczności, taki ukłon – od nas i od Krzysia.

Chcemy opowiedzieć o Was światu Kochane Maluszki  i uczynić przy tej okazji Wasz świat choć odrobinkę lepszym!

Wy Kochani, uczyniliście nasz świat dużo lepszym pomagając kiedyś nam i Krzysiowi – darowizny, 1%, dobre słowo… Pamiętamy, doceniamy i podkreślamy raz jeszcze jak wiele tak niewiele potrafi znaczyć, naprawdę! Nie zawodzicie i tym razem: dzielnie, pozytywnie, aktywnie pomagacie przez wielkie „P”! Nam pozostaje tylko wymyślić jak spłacić wobec Was w przyszłości ten dług wdzięczności 🙂

Przecież nawet jeśli Ktoś z Was nie będzie sobie mógł pozwolić na wygranie danej aukcji – będzie miał szansę poznać całą „plejadę” dzielnych, małych Wojowników, którzy wspierani z Góry przez Krzysia dalej dają radę… pięknie, odważnie, z rozmachem! Chcemy to „dawanie rady”, które jest czasem niezmiernie trudne i bolesne, im ułatwić. A gdy poznacie ich historie, ich subkonta i jeśli w tej relacji ktoś kogoś bardziej polubi, pokocha – wiecie co robić 😉

O naszych Maluchach możecie więcej poczytać na naszym Wydarzeniu RAP: zapraszamy, aby dołączyć i być na bieżąco z wszelkimi naszymi RAP-owymi pomysłami! 🙂

Wbrew pozorom, to nie na siłowni poznasz najsilniejszych Ludzi:

Adaś

W Adasiowej sali ćwiczeń nie znajdziecie sztangi, ale znajdziecie heroiczny trening o każdy uśmiech…, gdy w główce bałagan.

 KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Olafek w przypływach szczęścia podczas wodnego lub lądowego treningu zapomina o swoim nieposłusznych rączkach i nóżkach.

 1383108_582838701763398_1829721083_n

Marysi mięśniom nie pomoże ani orbitrek, ani rowerek, ale dużo mniej nam znane sprzęty, które pozwolą jej… żyć.

 100_4546

Wojtuś swoją niesamowitą metamorfozę z samotnego Choruska z Domu Dziecka na radosnego Smyka zawdzięcza treningowi miłości i specjalnej rehabilitacji.

 Zdj_cie0389-2

Nikoś w te Święta będzie dźwigał dwa ciężary: tęsknoty za Tatą oraz zamknięcia się na świat autystycznym kluczem. Jego sztangę może odciążyć wyjazd na turnus.

Niecodzienna ta siłownia, prawda? I to tylko maluteńka grupka ćwiczących, walczących, kilkorga z najsilniejszych… ❤

Wszystko co chcielibyście wiedzieć o książce…

…, ale baliście się zapytać 😉

Kochani, mamy dobrą wiadomość: kurier został dziś rano wyczekany i chyba nigdy nie witałam go z takim uśmiechem… Tak, książki dotarły! 😀

Kiedy trzymamy teraz już realnie „Rycerzyka” w ręce, chcemy Wam o nim coś bliżej opowiedzieć.

Książkę tę zawdzięczamy Wam: gdyby nie tyle słów wsparcia, otuchy i uznania do tego co robimy za pośrednictwem tego bloga, pewnie nigdy byśmy się na ten krok nie odważyli. Dziękujemy w ciemno – nie wiedząc, czy ta książka także Wam się spodoba :-*

Treść tej książki dedykujemy „zdrowemu światu”, żeby przetrzeć niektóre oczy, żeby zatrzymać na chwilę myśli, żeby może przewartościować pewne sprawy… Jednocześnie „Rycerzyka” napisaliśmy także z pamięcią o Rodzicach Chorusków, żeby nie czuli, że są sami; tak jak my czuliśmy się na samym początku naszej drogi.

Zawartość „Rycerzyka” w dużej mierze oparta jest na najważniejszych, zmodyfikowanych wpisach z bloga – piszemy Wam o tym otwarcie. To dlatego, że nie chcieliśmy stwarzać i wymyślać historii Krzysia całkowicie od nowa; czegoś, co kiedyś zostało już napisane najprawdziwiej i najpiękniej – bo właśnie „tam i wtedy”.

W „Rycerzyku” pragniemy podarować Wam wiele wartościowych nowości:

– rozbudowany „Wstęp” i „Zakończenie” spinające całą tę opowieść klamrą cennych, nowych refleksji;

– niepublikowane dotąd nigdzie wcześniej Krzysiowe i nasze zdjęcia,

– medyczna opowieść Krzysia, uaktualniona o nowe „rewelacje” otrzymanych wyników sprzed kilku tygodni,

– rytm opowieści dzwoni głośno, gdy mowa o sprawach najważniejszych nam wszystkim, czasem przywołuje cichy uśmiech, nie raz pozwoli na skrytą łzę, aż do końca nie zdradzając swojego finału,

– część liryczna: nieznane dotąd nikomu prywatne wiersze Mamy i Taty Krzysia.

Skoro samo wydanie jest nie tylko materialnie, ale także emocjonalnie bardzo nam drogie i nietuzinkowe, tym bardziej sama sprzedaż musi być inna niż zwykle… Aukcje Allegro zaczynamy już naprawdę tuż, tuż… Bądźcie czujni! 😉

 Image

MAŁE CO NIECO O… KSIĄŻCE!

Niedziela przed północą. Dialog Taty i Mamy Krzysia, tuż przed zaśnięciem, które jednak tak „tuż” nie nastąpiło…

Tata Krzysia: Nie spodziewałem się takiego megapozytywnego odzewu na zapowiedź książki. Tylko martwi mnie jedna rzecz: jak wytłumaczymy sposób sprzedaży?

Mama Krzysia: Wytłumaczymy po kolei nasz zamysł… To znaczy, Krzysia zamysł…

***

No to tłumaczymy…

Kochani, po kolei… Pomysł wydania „Rycerzyka” zrodził się u nas dawno, rodził się długo, emocjonalnie, skrupulatnie, miał swoje „wzloty i upadki”. Teraz nadszedł czas, by Wam o nim bliżej opowiedzieć: wciąż niepewną ręką, wciąż z bijącym mocniej serduchem, wciąż z niepewnością jak to przyjmiecie…  Bo w końcu nasz pomysł i odwaga jego realizacji ograniczyły się do dwóch bardzo ważnych powodów:

a) sprawdzić czy Wam się ten pomysł spodoba – po wczorajszym odzewie wciąż nie możemy się z radości i zdumienia otrząsnąć i dziękując za tak wielkie wsparcie – kłaniamy Wam się w pas! 🙂

b) po prostu pomóc innym Dzieciakom:

Otóż stworzona samodzielnie przez nas, niezmiernie ważna, emocjonalna i prawdziwa książka pt. „Rycerzyk” w wersji wydania exclusive zostanie w całości nakładu – 5 sztuk – przekazana na aukcje charytatywne na Allegro. Każda z aukcji będzie dedykowana jednemu Choruskowi – bliskiemu naszemu i, mamy nadzieję, że wkrótce także Waszemu sercu. Ostateczna kwota wygranej licytacji książki zostanie w całości przelana na subkonto odpowiedniego Dziecka.

Widzimy Wasze zawiedzione, smutne minki: „czemu tylko 5 sztuk?…” 😦 Już odpowiadamy: zdecydowaliśmy się na tak maleńki nakład, bo musieliśmy ciąć i tak dość wysokie koszty takiego projektu, a zależało nam na pięknej oprawie wydania, na jej wysokiej jakości, na nadaniu książce charakteru albumu, który sprawi radość podwójną: Komuś, kto go otworzy i przeczyta oraz Komuś, kto dzięki Tej Osobie będzie miał szansę na godzinkę rehabilitacji więcej, na cząstkę dawki potrzebnego leku, na guziczek potrzebnego sprzętu…

Nie chcemy absolutnie nikogo urazić! Nie chcemy nagradzać książką tylko tych, których stać na troszkę większy wydatek niż cena standardowej książki. Wspólne zrzutki na licytacje w gronie zawodowym, bądź rodzinnym – dozwolone i mile widziane 🙂 Sami nie wiemy jak potoczą się aukcje, jakie zaproponujecie kwoty, czy w ogóle ktoś będzie w nich brał udział. Boimy się bardzo, ale wciąż przyświeca nam najważniejszy zamysł: książka ta ma być „cegiełką” – cegiełką na wielkiej ścianie pomocy naprawdę potrzebującym Maluchom… My w tę ideę uwierzyliśmy, wierzymy dalej, a Wy?

Mamy nadzieję, że się nie pogniewacie, że właśnie taki póki co system sprzedaży przewidujemy. Hm? Jeśli Wam powiemy, że Krzyś kazał te aukcje zorganizować… (synku, sorry, ale taka prawda, sami byśmy na to nie wpadli!) – to mamy nadzieję, że się nie pogniewacie 😉

Widać, u nas nic nie może być standardowo. Krzysia życie było dalekie od schematów – wszelkich! Wybrał on sobie także nie całkiem normalnych Rodziców… 😉 Ten blog także jest nie całkiem taki zwyczajny… Książka zatem musi iść za ciosem: jej dystrybucja jest też prawdopodobnie dość niespodziewana…, ale ważna, pomocna i nietuzinkowa.

Mamy nadzieję, że się przyłączycie do naszej akcji-aukcji: że będziecie mieć ochotę posiadać takie niepowtarzalne wydanie „Rycerzyka” w wersji deluxe, że tym samym wspomożecie choć troszkę któregoś z walecznych Krzysiowych kumpli! Oni naprawdę każdej sumy bardzo potrzebują, na każdą zasługują, za każdą pięknie dziękują!

Trzymajcie rękę na pulsie i śledźcie bloga, bo aukcje startują tuż, tuż… 🙂

PS. Być może w przyszłości, w zależności od powodzenia obecnych aukcji dołożymy wszelkich starań, aby już bardziej ustandaryzowane książkowo (mniejsze i czarno-białe) wydanie „Rycerzyka” otrzymał każdy chętny! Zgoda? 😉

Image

Rozwiązanie zagadki, czyli…

Pokonaliśmy starcie z własnymi wspomnieniami…

Wsłuchaliśmy się w głos serca i szept Krzysia…

Poszliśmy na czołowe z tęsknotą i żalem…

Misja zakończona, czy to dopiero jej początek?

Zrozumieliśmy, że przechodząc w życiu przez pewne drzwi, nie da się potem ich tak po prostu zamknąć.

Niechaj Krzysiowe króciutkie życie niesie wciąż najdłuższe echo: Miłości, Ciepła, Dobra…

Image

PS. Rozwiązaliśmy zagadkę z wczoraj. Czekamy w tym tygodniu na najważniejszą przesyłkę: naszą pierwszą, najważniejszą książkę!

Jak Wam się podoba jej zapowiedź – okładka? 🙂

Kłódka zdobyta!

„Już zawsze na zawsze”… trwało znów za krótko. Tak, jeśli chodzi o nas, zdanie to ma sens dosłowny i dosłownie tyczy się trzech ważnych nam sytuacji:

Po pierwsze, najważniejsze i niepodważalne: głaszcząc kopiący brzuszek, zakładaliśmy, że Krzyś będzie z nami „na zawsze” – dopóki jako zadowolony z życia, spełniony kilkudziesięciolatek nie pożegna na wieczny odpoczynek swoich sędziwych wiekiem, szczęśliwych z życia Staruszków. Coś się Komuś chyba pomyliło dość drastycznie: scenariusz ten się zrealizował zupełnie nie tak, zupełnie na odwrót i zupełnie nie do zaakceptowania. I co gorsza, ofiarowane nam „zawsze”, „na zawsze” trwało niespełna rok…

Po drugie: podczas wielu miesięcy (8!) zupełnie niecodziennego życia przypominającego walkę z wiatrakami, czasem wojnę, a czasem dobrą partyzantkę pt. „chcemy wyjść z Krzysiem ze szpitala do domu!”, nigdy ani Krzyś, ani my nie wywiesiliśmy białej flagi. I tym samym – zwycięstwo, udało się – do domku wyszliśmy! A synek jak na każde dzieciątko przystało, poznał wreszcie domowy zapach, ciepło, zobaczył swój puchatkowy pokoik, spał we własnym kolorowym łóżeczku, często uwielbiał wędrować do pościeli rodziców…  A my każdą tę chwilę celebrowaliśmy tak bardzo, jak tylko medycznie i zdrowo-umysłowo było można, jednocześnie krzycząc odważnie marzeniem: „chwilo trwaj”, przeplatając z cichym i nieśmiałym: „już zawsze na zawsze…”. Tym razem „zawsze” zdecydowało się trwać 3 miesiące. I to 3-miesięczne „zawsze” już do końca naszego życia pozostanie tym najpiękniejszym, wywalczonym, najbogatszym „zawsze” jakie mogło nam się przytrafić – nic i nikt nigdy tego nie zmieni. Co najwyżej, na przekonaniu tym ciąży tylko/aż jedna sprzeczność słowa „zawsze”, które bardzo boli i boleć nigdy nie przestanie – „zawsze” nie trwa tylko 3 miesiące.

Po trzecie: gdy dwa pozostałe sensy „już zawsze na zawsze” zawiodły, postanowiliśmy uciec się do niego po raz ostatni, wierząc, że użyjemy tych słów już w najbardziej dosłownym sensie z możliwych. Pojawił się pomysł – to, co wydarzyło się pomiędzy nami: Krzyś, Mama i Tata Krzysia, skoro trwało tak krótko, a tak pięknie i tak intensywnie – trzeba to unieśmiertelnić, nadając naszemu najważniejszemu fragmentowi życia materialny wymiar. Może banalnie, może szalenie, może niezrozumiale – w trzecią rocznicę naszego ślubu powiesiliśmy na krakowskiej Kładce Bernatka naszą prywatną wygrawerowaną kłódkę. Pamiętacie, prawda? Niewielką, mieniącą się na złoto, przyozdobioną złotym aniołkiem, ciężką od emocji, przeżyć i wspomnień, które w niej zamknęliśmy na zawsze (kluczyki wrzucone do Wisły). Poczuliśmy się w jakiś tam sposób spełnieni, wierząc, że maleńka i niema myśl o Krzysiu gdzieś tam utkwiła w jego i naszym Krakowie.

ImageNiezmiernie nam było miło, gdy pisały do nas osoby poznające Krzysia dzięki TEJ kłódce. Wielokrotnie przechodząc kładką odwiedzaliśmy naszą kłódkę. Duma ta trwała krótko. Najpierw ofiarą innych przechodniów padał przyczepiony (na najmocniejsze kleje!) aniołek – dwa razy ratowaliśmy sytuację i wygląd całości nowym – bezskutecznie.

Kilka dni temu podczas wieczornego, przypadkowego spaceru dowiedzieliśmy się, że nasze kolejne „już zawsze na zawsze” bije nowy rekord krótkotrwałości… Na zawieszone na brzegu kładki kłódki zaczaili się krakowscy złomiarze… Nie sądzę nawet, że tym ostatnim przyszło do głowy, co dla kogo znaczy ten kawałek zawieszonego i podpisanego metalu. Za to jestem przekonana, że ten kawałek metalu dla nich oznacza kilka groszy (dosłownie!) mniej do puszki taniego piwa! Większość sąsiednich kłódek na „naszym” przęśle mostu była już „zdjęta”, a cała reszta (niewiele ich zostało), wraz z naszą – dość mocno już nadpiłowana.

ImageA my – kolejny raz nie daliśmy za wygraną. Skoro kłódka ma zniknąć z kładki, to niech przynajmniej zostanie z nami. Na drugi dzień zorganizowaliśmy odbijanie kłódki. Przyjechaliśmy z łomem, pilnikiem 😉 i za jednym draśnięciem – kłódka była nasza: „już zawsze na zawsze”?…

Image

Tamto „zawsze na zawsze” na kładce już minęło. I patrząc w domu na naszą kłódkę mamy nieodparte wrażenie, że kolejne „zawsze na zawsze” się rodzi… Po prostu obojgu nam przychodzi bezsilnie wyganiane z głowy skojarzenie, że teraz ta kłódka dość mocno przypomina nasze życie. Nam też Ktoś zabrał Aniołka… Nasza codzienność też teraz jest niejasno pomazana, nadrdzewiała… Nasze serca są ciągle dziurawe… A nasze życie też już nigdy się nie domknie…

Ale mamy jednak jedną pewność: nasze nowe „zawsze na zawsze” tym razem będzie trwać wiecznie – niewidzialny Krzyś nas nigdy nie opuści! Po odbiciu kłódki, chyba był ucieszony i chciał nam bardzo pogratulować… Zobaczcie, jakie nietypowe serduszko nas „spotkało”, gdy wracaliśmy z kładki z kłódką do samochodu:

Image

  Informujemy, że podczas „akcji” odbijania kłódki, żadna część kładki nie ucierpiała.

Rycerzyka… Księga pamięci

Tęsknota to także forma życia…

                                   (D.Terakowska)

Ten tydzień milczeliśmy. Bo czasem warto pomilczeć, szczególnie gdy towarzyszy nam zaduma kolejnych popogrzebowych wspomnień – w poniedziałek uczestniczyliśmy w Ostatniej Drodze Kubusia. Tym samym, wróciły widma naszych obrazów z najgorszego czerwcowego dnia w naszym życiu, ale wraz z nimi wróciły też, niczym echo, Wasze słowa, Wasza obecność.

I dlatego dziś dopiero postanowiliśmy pochwalić się naszym kolejnym osobistym projektem z cyklu: „Ku pamięci Krzysia”. Mimo, że czasownik „pochwalić” brzmi tu dość absurdalnie, jesteśmy w pełni świadomi jego znaczenia. Niedługo po pogrzebie Krzysia, zdecydowaliśmy zatrzymać przy sobie jak najbliżej Waszą obecność: ciepło, serdeczność i dobroć, które nas wtedy utuliły. Poza tym, byliśmy ogromnie dumni z tego, jak bardzo bliskim oraz ważnym stał Wam się nasz synek. Musieliśmy to… hmm… „unieśmiertelnić”… I co wymyśliliśmy?

Przez kilka wieczorów, podczas których nie dało się nie szczędzić łez, czytaliśmy i zbieraliśmy w jedno wszystkie Wasze słowa, prywatne wiadomości, sms-y, e-maile, komentarze. Po prostu wszystko! Posegregowaliśmy źródłem pochodzenia. Opatrzyliśmy bliską naszemu sercu grafiką. Wydrukowaliśmy na kredowym papierze. Oprawiliśmy u introligatora. Nadaliśmy tytuł: „Księga pamięci Rycerzyka”.

A potem nie mogliśmy wyjść ze zdumienia, jednocześnie przepełnieni ogromnym wzruszeniem i dumą, gdy zorientowaliśmy się, że Księga liczy… 84 strony! Tak, nasz Rycerzyk był prawdziwym bohaterem! A Wy jesteście cudowni!:-* Gdy nam smutno, często do Waszych słów wracamy i znajdujemy tam ogromną dawkę dobroci, serdeczności i prawdy. Wiemy, że ani wtedy, ani teraz nie jesteśmy sami. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziliśmy, że blog będzie tak często odwiedzany jak teraz. Dziękujemy, że pokochaliście naszego synka tak mocno! Dziękujemy Jemu, że otoczył nas tak dobrymi ludźmi!

I może nawet, gdy ktoś pochopnie oceni nas, że za bardzo żyjemy przeszłością, nie będziemy się zbytnio tłumaczyć. Wiemy dość dobrze co teraz i tu, coś tam wymyślamy na kiedyś, ale to, co nam się przytrafiło kroczy obok… Rycerzyk wyrył w naszych sercach i myślach niezatarty czasem ślad, z którym uczymy się na nowo żyć. Nasza przeszłość jest piękna. Nie chcemy jej zapominać w najmniejszym szczególe: ani tym przykrym, ani tym radosnym. Stąd „Księga Pamięci”.

Dziękujemy Wam za to, że mogła powstać… :-*

ImageImageDSC_0509

ImageImage

Jakieś zdjęcie dostaje BUZIAKA, co dnia!

Fotografie to kęsy czasu, które można wziąć do ręki.
/ Angela Carter /

Dzisiejszy wpis powinien powstać już dawno, bo będzie o czymś, co stworzyliśmy już jakiś czas temu. Tylko potrzebowaliśmy chwili, aby projektem bardzo osobistym podzielić się tutaj… Pomysł zrodził się niedługo po odejściu Krzysia, właściwie w momencie największej rozpaczy, gdy pakowaliśmy jego rzeczy z sypialni i musieliśmy pokonać własną, niełatwą i wyjątkowo długą, prywatną „drogę krzyżową” na strych, aby postawić w kącie łóżeczko, wanienkę, pudła ubranek i zabawek… Wróciliśmy do pokoju i narodził się bunt: zaraz, przecież nie można tak łatwo „posprzątać” i pozwolić, by nasze najpiękniejsze 3 miesiące życia – z synkiem w domu – pokryła niepamięć i gruby kurz…

Wówczas zrodziła się myśl dyktowana towarzyszącym nam bez przerwy przekonaniem: przecież Krzyś jest. Zawsze obok. W tym pokoju również. To jego pokój i jego pokojem pozostanie.

Było trudno, bardzo trudno otworzyć foldery z tysiącami zdjęć w laptopie, gdzie z każdego spoglądał na nas synek – sam, bądź w towarzystwie bliskich. Gdy oglądamy zdjęcia z najlepszego nam okresu, gdzie gdyby nie te sprzęty, nasz Krzyś wydawał się zupełnie zdrowym dzieciątkiem, serce się zaciska, pięść też… Dlaczego on? Jednak, gdy zbliżamy się do końcowych zdjęć, gdy było naprawdę źle, gdzie buzia Rycerzyka jest zmęczona, smutna, staramy się znaleźć jakieś własne opamiętanie.

Nie dało się więc nie emocjonalnie, ale udało się wybrać nam najpiękniejsze i najbliższe sercu zdjęcia naszego Krzysia. Przeznaczyliśmy na ten ważny nam projekt całą, największą, centralną ścianę sypialni. Oprawiliśmy zdjęcia w białe ramki, a te z kolei wszystkie ułożyliśmy w kadrze grubej ramy. A pomiędzy powiesiliśmy specjalnie wyszukane bieszczadzkie anioły… niech strzegą pamięci tych chwil.

No właśnie… Bo to o te chwile się rozchodzi najbardziej. Chwile dla nas najważniejsze, będące kwintesencją minionego trudnego, ale najpiękniejszego roku. I te kolorowe obrazki tych najistotniejszych życiowo momentów, dni, miesięcy są dla nas namacalnym dowodem minionych przeżyć; dowodem, że mogliśmy tulić, kąpać, całować, być obok Krzysia. Bo… czas mija, pamięć pozostaje, ale często walczy z trudnym do odparcia wrażeniem, że to, co nam się zdarzyło, to był jakiś  przepiękny sen, z którego brutalnie nas obudzono… I teraz życie stara się jakoś toczyć normalnie dalej, jak gdyby nigdy nic.

A wolelibyśmy na odwrót: chcielibyśmy teraz zbudzić się z okropnego koszmaru samotnych Rodziców i znów utulić naszego synka, zaśpiewać kołysankę…  Dlatego dziś, przy każdym „dzień dobry” i „dobranoc” jakieś zdjęcie dostaje buziaka. To nic, że zimna szybka, to nic, że zabrudzona odciskiem ust… Mamy swoją prywatną „ścianę pamięci” i niech nam udowadnia co dnia, że taka Miłość zdarzyła nam się naprawdę!

Bo przecież…

ŚMIERĆ TO ZBYT MAŁY POWÓD, ABY PRZESTAĆ KOCHAĆ.

Image

Image