Kurtyna w górę! :-)

Majowy weekend przed nami… W końcu wiosna! Mnóstwo prognoz… pogodowych, uczuciowych, emocjonalnych, zadaniowych, wyjazdowych… Głowa pełna pomysłów… A w sercu? 🙂 A z samym sobą? A wśród najbliższych?

Na chwilkę wolnego czasu, podsuwamy Wam przemyślenia Taty Krzysia, ot takie :

Przyszło mi dziś do głowy pewne porównanie. Pomyślałem sobie, że życie ludzkie to taki spektakl toczący się za zasłoniętą kurtyną. Niektórzy mają ją bardziej zdobioną, malowaną w kwiaty, haftowaną, pozłacaną, posrebrzaną, kolorową… Kurtyny innych są jednak smutne, szare, brudne, bez wzorów i zdobień.

Zza kurtyny wydobywa się jednak zawsze odgłos spektaklu. U niektórych głośniejszy, radosny. U innych smutny, nudny. Zdarza się czasem, że słychać głównie ciszę…

Nie ma zasady, co do związku kurtyny i spektaklu. Za piękną kurtyną może ziać nudą i pustką, za szarą zaś może kryć się przepiękne widowisko baletowe Teatru Bolszoj.

Jakże odważny musi być ten, kto nie boi się odsłonić szarej, brzydkiej kurtyny w nadziei na odkrycie pięknego spektaklu, które zmieni całe jego życie.

Nie bójmy się więc odkrywania smutnych, szarych „zasłon”. Czasem warto w pozornie chorym, biednym, brudnym człowieku znaleźć jego piękne, wewnętrzne „widowisko”!

Życzymy najpiękniejszych spektakli! I udanego weekendu! 🙂

 

Al_Hirschfeld_Theatre_stage_NYC_2007

 

Reklamy

Pierwszy spacer na plaży…

Lubię się zgubić w Internecie… Czasem potrafię za pomocą kilkunastu kliknięć przejść na Wikipedii od hasła „Rewolucja Francuska” do „Lotów kosmicznych”… Nie pytajcie mnie jak, dla mnie to również jest zagadka 🙂

Ostatnio podczas takiego właśnie szukania drogi w sieci trafiłem przez przypadek na pewien film. Ale najpierw trochę historii i przemyśleń. Posłuchajcie…

Duncan Lou Who – bo to on jest bohaterem tej opowieści – urodził się w Vancouver w stanie Washington, USA ze zdeformowanymi obiema nogami. Zagrażały one jego zdrowiu na tyle poważnie, że musiały zostać usunięte. Duncan pozostał jednak radosny i zdawał się nie zauważać swej „inności” w stosunku do swych rówieśników. Jego opiekunowie postarali się o wózek inwalidzki dla niego, jednak Duncan jakoś nie mógł przyzwyczaić się do nowego sprzętu. Wolał poruszać się o własnych siłach, jakby nie zważając na problemy, które postawiła przed nim Matka Natura i jej psotna siostra Genetyka.
Duncan nie miał zbyt wiele wymagań wobec świata. Zawsze marzył jednak, by pójść na plażę, by poczuć piasek i ocean na własnej skórze, a nie tylko z opowieści… By poczuć się jak jego koledzy i koleżanki… I nadszedł ten dzień! Po wielu przygotowaniach Duncan poruszając się bez wózka został zabrany z pomocą opiekunów na plażę!
I wiecie co? Takiego wulkanu radości i energii nie widziałem wcześniej nigdy u nikogo! Duncan w ogóle nie sprawiał wrażenia „gorszego” od innych! Bawił się z kolegami poruszając się tylko za pomocą swych rąk! Nie czuł, że się różni! Nie wiedząc, że nie może… mógł tyle co inni!
A reakcja jego rówieśników? Naturalna, bez uprzedzeń, ale i bez przesadnej i niepotrzebnej litości! Bawią się z nim jak równy z równym, jak zdrowy ze zdrowym!

Niesamowite, prawda?
A co jeśli powiem Wam, że Duncan Lou Who jest… psem! Tak, tak, niepełnosprawnym psem rasy bokser, którego opiekunowie nie wyrzucili, nie uśpili, tylko postarali się mu dać tyle radości i ciepła, ile tylko są w stanie! I którego w pełni akceptują inne psy w ogóle nie zauważając nawet jego „inności”!
Opiekunowie nie uśpili Duncana, inne psy nie chcą go zagryźć, lecz bawią się z nim…

Tutaj sam film, który dosłownie rozwalił nas na drobne kawałeczki, by zaraz potem skleić je w całość za pomocą kilku łez:

A jak to jest u nas, u ludzi?

Niby jesteśmy tacy rozwinięci cywilizacyjnie i technologicznie, niby tacy wyedukowani i humanitarni, niby potrafimy zaglądać w ludzki genom, niby planujemy dalekie podróże w kosmos… Ale jeśli chodzi o ogólny stosunek ludzi do niepełnosprawności nadal jesteśmy w łańcuchu ewolucji z teorii Darwina daleko za psami, zajmując niezagrożenie miejsce między rozwielitką a pantofelkiem.
Wstyd mi w tej chwili za przedstawicieli ludzkiego gatunku za wszystkie pomysły „ulżenia niepełnosprawnym”, „rozwiązania problemu”, eutanazji chorych dzieci, za teksty słyszane osobiście przez nas od lekarzy w stylu: „łatwiej przynosić kwiatki na grób chorego dziecka niż się nim zajmować w domu”, itd.

Wstyd mi za niektórych ludzi!
Chyba już czas zwrócić się z powrotem do Matki Natury i od niej powoli zacząć uczyć się na nowo… Póki jeszcze mamy czas…

 

Budujemy dom!

Jak wygląda nasze życie?

Pewnie wielu z Was zastanawia się, jak może wyglądać życie rodziców po stracie dziecka… Próbując odpowiedzieć na to pytanie pozwólcie, że posłużę się pewną metaforą.
Każdy z nas ma w życiu jakiś cel – jedni chcą zrobić karierę, inni stawiają wszystko na rodzinę, niektórzy na podróże, celem jeszcze innych jest tylko i wyłącznie bogacenie się… Każdy z nas buduje w życiu jakiś symboliczny „dom”…
A jak to jest w naszym przypadku? My też zaczęliśmy budować taki „dom”… Wszystko szło zgodnie z planem: przygotowaliśmy plany budowy, zaopatrzyliśmy się w materiały, powstawały solidne „fundamenty”, później zaczęliśmy wznosić „mury”. Plan architektoniczny domu był stworzony przez nas i przez nas też realizowany. Oczywiście zdarzały się – jak u każdego – mniejsze i większe katastrofy budowlane. A to się zawalił jakiś fragment muru, a to coś w „planach budowy” było tak, a rzeczywistość wymuszała zrobić to inaczej. Cały czas jednak mury pięły się w górę. Zwieńczeniem miał być okazały, piękny „dom naszego życia”.

W 2012 roku kiedy dowiedzieliśmy się, że Krzyś jest bardzo chory, z każdą kolejną złą wiadomością nasze mury zaczęły się powoli walić i sypać. Przestawaliśmy panować nad naszą budową… Kolejne i kolejne dni przynosiły burze, które szarpały i wreszcie w efekcie porwały dach. Kolejne kataklizmy pogodowe niszczyły to, co było w środku domu, gdzieś w głębi serca.
To co stało się jednak 5 czerwca 2013 r. można przyrównać tylko i wyłącznie do końca świata – końca naszej budowy. Wichura, a właściwie tornado, które przeszło nad nami doszczętnie zniszczyło wszystkie nasze plany, nasze połatane przez ostatnie miesiące ściany, nasz naprędce przykryty prowizorycznie dach… Nie został nawet „kamień na kamieniu”… Dokonało się dzieło zniszczenia…

I staliśmy tak pośrodku gruzowiska z pytaniem na ustach: „I co teraz z naszym domem”? Na czym mamy teraz zbudować dzieło naszego życia? Powoli, ale nie bez bólu w sercach zaczęliśmy sprzątać to, co z niego pozostało: pęknięte cegły, kawałki szkła, kilka strzykawek, rozrzucone zabawki, jakiś pluszowy miś… Po chwili, gdy obejrzeliśmy się dookoła, zobaczyliśmy ludzi… Ludzi obcych, którzy jednak przyszli nam pomóc sprzątać nasze życie… To byliście WY! Wy, którzy zaprzyjaźniliście się z nami przez cały ten czas burz poprzez ten blog! Tak więc z Waszą pomocą uprzątnęliśmy cały ten bałagan!

Co jednak było później? Przed nami zostały tylko fundamenty, których huragan nie zniszczył… A co można zrobić z fundamentami? Można zacząć na nich budować, za co też od razu się zabraliśmy! Nie można bowiem ich zostawić, bo przez lata bez budowy prędzej czy później zostałyby również zniszczone, popękane…

Zaczęliśmy więc kolejną budowę! Z tą tylko różnicą, że to nie my już będziemy Architektami naszego Losu, ale Ktoś inny. Ktoś, kto mieszkał w poprzednim, zburzonym „domu”… To nie my mamy w rękach plany budowy, ale Ktoś inny… Nie wiemy nawet jak będzie wyglądał ten „dom” po ukończeniu. Ktoś inny jest już Kierownikiem Budowy. Po prostu staramy się nosić tylko cegły, mieszać zaprawę, pokornie wykonywać polecenia Krzysia, które on nam przekazuje do naszych serc w postaci planów architektonicznych kolejnych pięter. Co z tego wszystkiego wyniknie? Nie mamy pojęcia. Póki jednak w górę znów pną się mury, my jesteśmy szczęśliwi! 🙂

 

ImageP.S. Dziękujemy, że z nami byliście i jesteście! Że stoicie za nami murem – mimo, że naszych prywatnych murów jeszcze nie zbudowaliśmy…