CZASODZIĘKOWANIE…

I stało się, czas się nie zatrzymał, świat się nie skończył… Dziś minął dokładnie rok – rok bez Krzysia. W tak smutny dzień nie przychodzi do głowy nic innego jak poezja…

 

CZASO-DZIĘKOWANIE

 

Dziękuję Ci za wartość sekundy,

Tej jednej jedynej,

Która powierzona jest każdej Matce,

Tej, w której daje światu nowe życie.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość minuty,

Absolutnie każdej w której

Mała, ciepła rączka,

Była zanurzona w naszym dorosłym, choć drżącym uścisku.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość każdej godziny,

W której działy się jednocześnie piękne,

Ale także gorzkie chwile,

Dając dowód jak bardzo każda godzina nasza…

Krucha.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość każdego tygodnia,

Który zawsze dawał nową nadzieję zwaną

„jeszcze zdążymy…”,

Wyjść na spacer, zaśpiewać, wspólnie zjeść śniadanie w łóżku.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość każdego miesiąca,

Który każdy z osobna przejął rolę odliczania lat…,

Za takie świadome oszukiwanie… siebie, czasu;

Które dawało radość i chwilowe spełnienie marzeń,

Bo przecież niewiele ich pozostało.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość każdej pory roku,

Którą rozpoznajemy teraz po ilości cienia i promieni

Na krzysiowej kołderce z kamienia.

A wskazówkami czasu stały się…

Zmieniające się na niej kwiaty.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość roku,

Tego poprzedniego – spędzonego całego razem – prawie.

Tego obecnego – za przetrwanie go – jakoś…

Mimo wszystko, wbrew mozołu pustki,

W zawrotnym tempie wariata co chce zapomnieć,

Pamiętając…

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość życia,

Każdego tak samo pięknego i każdego sobie nierównego:

Czasem i Losem.

Życia podwójnego, tak samo drogiego,

Tego znanego Tu i Tego nieodkrytego Tam –

Co zna go tylko wiara… każda po swojemu.

Dziękuję.

 

Dziękuję Ci za wartość dowodów –

Wszelkich, prócz jednego.

Za dowód,

Że ten najpiękniejszy i ten najgorszy dzień życia

Mieszczą swoje dwie daty jednocześnie na jednej małej białej

Kamiennej tablicy,

A odstęp wszelkiego czasu pomiędzy nimi

Zbyt krótki,

Nie-dziękuję.

 

image.png-1

P.S. Tymczasem, patrzę za okno, a tam babie lato! Pełno wirujących maleńkich białych piórek… Czyżby Aniołki świętowały pierwszy roczek Krzysia w Niebie…? Dziękuję Synku za takie skojarzenia… one przytulają… :-* ❤

Reklamy

Bo jak śmierć potężna jest miłość… Miłość Matki!

Mamo, mamusiu, mamcia, mateńko… Jest taki dzień, kiedy te słowa wymawia się częściej, głośniej, świadomiej… Jest taki dzień, kiedy brzmią one tonem cieniutkich, dziecięcych głosików albo powagą, rozrzewnieniem dojrzałego głosu… Bo wszyscy jesteśmy dziećmi. Bo spora większość z nas najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa zawdzięcza Mamie. Bo absolutnie każdy dochodzi kiedyś do wniosku, że „mama” to nie tylko więź rodzina, to nie tylko rola do odegrania, to nie tylko praca na pełen etat poza tą zawodową… Ale to nie będzie wpis jakich wiele z okazji dzisiejszego Święta. Nie będzie o wychwalaniu Mam i nawoływaniu dzieci, by kochały je nie tylko od święta… Będzie za to o znaczeniu słowa „Mama”, kiedy to nazwanie Kogoś nim jest największym wyróżnieniem, jakie nas – kobiety może spotkać .

Mamo, mamusiu, mamcia, mateńko… A co jeśli zamiast tego zwrotu, często okraszonego słodkim grymasem, prośbą o pomoc albo najszczerszym uśmiechem słyszymy ciszę?… Niełatwo jest być Aniołkową Mamą. Niełatwo mijać place zabaw i w wyobraźni jedynie domyślać się ulubionej karuzeli Krzysia… Niełatwo wspominać najnaturalniej jak potrafimy o swoim dziecku w większym gronie, gdy zapada niezręczna cisza… Niełatwo swobodnie, po prostu rozmawiać o dzieciach i rodzicielskich problemach z innymi, jeśli jesteśmy świadome, że wzbudzamy zakłopotanie: bo nie wypada zagadnąć o synka, skoro go nie ma…, bo nikt nie chce wywoływać łez albo się dziwi, że jest ich zbyt mało… A zamiast nich? Radosna, pełna emocji i przejęcia opowieść o jednej z naszych np. „krzysiowych” przygód. Tak… my Aniołkowe kochamy rozprawiać o swoich brzdącach – przecież byłyśmy w ciąży i miałyśmy humory, smaki, lęki; nie spałyśmy po nocach walcząc z zasadami laktacji; wędrowałyśmy po forach szukając który wózek, jaki kocyk, gdzie po najlepsze pampersy… Tak, jesteśmy naznaczone zdecydowanie zbyt krótkim stażem macierzyństwa. A po to by rachunek się zgadzał – dostałyśmy bardzo ciężki bagaż doświadczeń na start, aż do mety – przy której tak bardzo nie chciałyśmy widzieć żadnych chorągiewek, że to już… Tak, nasze dzieci czasem nie powiedzą nam dziś standardowych życzeń, nie wręczą laurki, nie zaśpiewają piosenki… Za to nasze dzieci spełnią nasze życzenia – nie tylko dziś, ale zawsze. Bo nasze dzieci są – tylko w takiej innej, może niewygodnej dla niektórych, a dla nas ciągle najważniejszej postaci. Są nasze. A my jesteśmy dalej mamami, takimi na 100%, mając okazję się spełniać zawsze w naszej roli – myślą, wiarą oraz dyskusją – o naszym wyjątkowym dziecku, laktacji, wózku, pampersach…

Mamo, mamusiu, mamcia, mateńko… A co jeśli słowa te wypowie cichy szept? Co wtedy poczujemy? Co czujemy myśląc sobie „jestem Matką”? Ktoś mądry powiedział mi ostatnio, że to nie tylko matka rodzi dziecko, ale dziecko rodzi matkę… Jakim był Krzyś – wiem. Jaką on mnie widział – nie mam pojęcia. Jednak gdy jakaś rola człowiekowi jest dana, a potem zabrana, to zawsze lubimy ją podsumowywać. Szczególnie, jeśli chodzi o intensywny, a relatywnie krótki odcinek czasu. I cofając się myślami wstecz już wiem, że bycie mamą, to nie tylko danie życia…, a raczej to nie tylko danie jednego życia… Dajemy także szansę sobie na drugie, inne, bogatsze życie. Bo bycie mamą uczy pokory: wtedy, gdy zamiast własnych zajęć, trzeba gotować zupkę lub wtedy, gdy pierwsze kroczki zajmują trochę więcej czasu, niż byśmy sobie tego życzyli… Bycie mamą uczy determinacji: nieodgadnione siły walczą o lepiej napisany sprawdzian w szkole albo o jedną konsultację specjalisty więcej w szpitalu… I wreszcie – bycie mamą uczy miłości: tej największej, gdy zaczynamy kochać właściwie już „w ciemno” głaszcząc powiększający się brzuch, a potem opiekujemy się bezwarunkowo, aż do końca jego/jej albo swoich dni…

I już dziś wiem, że kiedy to moje dużo dłuższe niż Krzysia życie skończy swój bieg; nieważne co wyryją mi na płycie: specjalista, inżynier, zdobywca takiej czy owakiej nagrody, profesor czy „no name”… Najważniejsze, że w moim sercu pozostanie zawsze najważniejsza rola życia pt. „Mama Krzysia”. I nieważne co kiedykolwiek, gdziekolwiek się jeszcze wydarzy – zawsze to z niej jestem i będę bardzo dumna! I właśnie dziś chcę to wykrzyczeć. I takiej dumy właśnie życzę każdej Mamie… Dumy Bycia Mamą.

Synu, syneczku, synku… dziękuję Ci za zaszczyt dania Ci życia i dziękuję za życie, które Ty mi dałeś… Nie zamieniłabym go na żadne inne.

 

Mamcia.

 Image

 

 

GDY DO PRZODU ZEGAR RWIE…

„Gdy do przodu zegar rwie …
Ty ustaw się na nie i cała wstecz”

 Wiecie, że dokładnie rok temu była Wielkanoc?

Wiecie, że dokładnie rok temu mieliśmy sporo śniegu…? Przynajmniej w Krakowie.

Wiecie, że dokładnie rok temu wylądowaliśmy z naszym Rycerzykiem na Prokocimiu, gdzie był na granicy utrzymania swojego mieczyka i tarczy? Utrzymał. Był z nami jeszcze potem dwa kolejne najpiękniejsze miesiące.

Niedawno przestawiliśmy czas na letni. Teoretycznie przesunęliśmy wskazówki w przód. I w tym samym momencie przyszła do nas jednoznaczna refleksja, że mimo, iż wskazówki, kroki nasze, wszelkie plany przesuwamy coraz dalej, coraz śmielej w przód, to częścią siebie (sporą częścią) jesteśmy ciągle „wstecz”.

Co dzień, właściwie w większości chwil cofamy zegary naszych myśli wstecz. Najczęściej używana jednostka – nie godzina, a zazwyczaj równy rok. Dowód: kilka pierwszych linijek tego wpisu.

Kilka…naście, kilka…dziesiąt razy dziennie w naszym domu pojawia się słowo-klucz: „Krzyś”. Bo Krzyś to, bo Krzyś tamto… W przeróżnym kontekście: tęsknym – na pewno; wspominkowym – na pewno. Jednak najczęściej – najzwyklejszym, codziennym. I wesołym. Mimo wszystko.

I tym samym Krzyś jest obecny w naszym życiu, domu, sercu zawsze: intensywnie, naturalnie, bez opamiętania…

Może się to ocierać o irracjonalność. Zapewne nasze podejście nie stąpa twardo, a lata sobie te co najmniej kilka centymetrów nad ziemią. I może ktoś powie, że to wręcz szaleństwo. Jednak jedno dla nas jest pewne: w tym szaleństwie jest metoda. Metoda przetrwania – przetrwania tęsknoty, przetrwania poczucia bezlitosnego braku, przetrwania nowego poranka…, gdzie w myśl naszej zasady pojmowania świata: budzik budzi nas i… Krzysia 🙂

I tak tyka sobie ten nasz zegar. Wchodzi właśnie w fazę wiosny. Jego tarcza może się ciut rozjaśnia, zazielenia; a wskazówka tyka weselej, żwawiej. A my? Dokładnie tak jak kiedyś wykrzesujemy z każdego tyknięcia wszelkie najmniejsze minuty radości, jednocześnie tłumiąc ukryty w sekundach, zawsze obecny strach.

Zupełnie tak jak kiedyś.

Radość bycia Mamą najdzielniejszego synka na świecie.

Strach, że dzielność tę odmierza pędząca klepsydra diagnoz.

Radość życia „na 100%”, angażując wszelkie wymyślone emocje.

Strach, że szczęście nawet wywalczone, bywa ulotne…

Zupełnie tak jak dziś.

Radość każdego poranka i każdego wieczora ukoronowana wędrówką myśli do Synka.

Strach, że wyczuwalna obecność jest jednak przezroczysta…

Radość z powrotu do zapomnianej normalności pt. „dom-praca-dom”,

Strach, że ta sama codzienność zabije wszystko to, czego się od Krzysia niecodziennego nauczyliśmy.

Radość, że Krzyś nie trafił w żadne inne, tylko nasze ramiona; że byliśmy/jesteśmy jego Mamą i Tatą.

Strach, że żyjemy w społeczeństwie, gdzie Rodzice tacy jak my, zamiast dumy, że ich chore dzieci dorosły, że dają radę…, czują presję pretensji odbiegania od uwielbianego dziś schematu: „piękni, młodzi i bogaci”.

Radość, że doświadczyliśmy miłości jaka się rzadko zdarza: najczystszej, najprawdziwszej, bezwarunkowej.

Strach, że już nigdy nikogo nie pokochamy tak samo…

„Wstrzymywany jednak drgnął
Wskazówkę ujmij w dłoń i…”*)

I?

 

*) E. Bartosiewicz, „Zegar”

 

Image

Z tarczą, czy na tarczy…?

Wibrujący dźwięk budzika, szybki makijaż, pachnąca kawa, rogalik, torebka złapana w biegu, dzień się do nas otwiera – trzeba go wziąć w ramiona i mocno przytulić albo po prostu złapać i ciągnąć za rogi. Jak kto woli. Do tego idzie wiosna – ogólna ekscytacja, że zaraz się zrobi znów zielono, znów cieplej, znów radośniej. Czyż nie jest cudownie? Prawie jak w reklamie, prawda? Bo tak stoję sobie na tym przystanku czekając na autobus do pracy, niby najzwyczajniej w świecie przeżywam ten, czy poprzedni albo każdy kolejny dzień i tylko jedna wiercąca myśl kołacze mi się po głowie: przecież nic nie jest takie samo jak ponad 2 lata temu. Nie jest do końca normalnie. Nie jest „jak gdyby nigdy nic…”. Nie może tak być.
I co dzień obiecuję sobie, że zrobimy wszystko, aby to „jak gdyby nigdy nic” nie zwyciężyło. Ono nie nastanie nigdy – w naszych sercach, myślach i działaniach.

Bo takiej wiosny jak poprzednia nie będzie… Bo tamtej wiosny byliśmy zupełnie inni niż przedostatniej i jeszcze inni niż teraz. Byliśmy wszyscy razem – w trójkę – w domu i przeżywaliśmy ją tak intensywnie jakby 50 wszystkich wiosen przyszło do nas naraz… 50 najważniejszych lekcji życia, 500 najgłośniejszych uśmiechów Mamy i Taty, 5000 łez… szczęścia. A teraz normalność, zwykła codzienność, która wraca do nas, a my wracamy do niej… z tarczą, czy na tarczy?

Z tarczą…

Zawsze rozśmieszały mnie egzaltowane wywiady kobietek-celebrytek, które zaraz po tym jak opuściły porodówkę, na wszystkich kolorowych okładkach obwieszczały: „macierzyństwo zmienia”. A teraz ze skruchą własnej kpiny napiszę dokładnie tak samo: macierzyństwo zmienia. Ekstremalne macierzyństwo zmienia… ekstremalnie. Bo czymże może być kolejny długi dzień w pracy, stresująca rozmowa, nadmiar obowiązków w porównaniu… z kolejnym dniem, kiedy przez długie miesiące wyruszaliśmy na oddział Intensywnej Terapii nie wiedząc nigdy przenigdy co nas czeka, jakie diagnozy, jak bardzo bezpośrednie stąpanie cierpkim słowem po cienkiej granicy życia i śmierci… własnego dziecka – kochanego nad życie.

Daliśmy radę. Daliśmy radę zmierzenia się ze sromotnym upadkiem naszych planów, drastycznym pogrzebaniem w sumie najprostszych marzeń, rozsypaniem się naszego życia na drobny pył… Nikt nas nie pytał o zdanie, czy i dlaczego tak właśnie miało być… Za to my pytaliśmy wielokrotnie. Ciągle pytamy. Jakoś jednak nie możemy znaleźć odpowiedzi. Więc zamiast tego, wzięliśmy ten pył w dłonie i zaczęliśmy przesiewać te wszystkie ziarenka, rozdmuchane przez nieznajomy dotąd, a jakże silny wiatr pokory, bezwarunkowości uczucia, bezgraniczności wiary… Zebraliśmy je razem (choć łatwo nie było) i sami byliśmy zdumieni jak wiele udało się zbudować… z piasku. Ale na skale. A skałą naszą – zawsze, wciąż i niepodważalnie: Krzyś.

Na tarczy…

No to idzie ta wiosna… No to znów pojedzie po chodnikach więcej wózków, przylecą bociany, za oknem będziemy słyszeć szczebiot wracających z przedszkola dzieciaków. A my nie będziemy tej wiosny stać w oknie z naszym Krzysiem jak uwielbialiśmy to robić rok temu. Nie odbiorę go po pracy ze żłobka, czy nie skorzystam z urlopu wychowawczego. Za to o Krzysiu dalej mogę rozprawiać godzinami, a we mnie buduje się ciągle niesamowite uczucie: przeogromna duma bycia Mamą takiego dzielnego Rycerzyka! I gdy tak patrzę sobie na spacerującą młodą mamę na spacerze (nie z zazdrością, bo wciąż uwielbiam wszystkie dzieci), nie odganiam specjalnie nieustannej myśli: „Dla Ciebie to zwykły spacer – takich tysiące… Dla nas – był on dany jeden… na tysiąc”. I przypominam sobie wtedy jak ważne jest docenianie tego, co „tu i teraz” i że przyszłość zaczyna się dziś, nie jutro… Tylko, że „dziś” strasznie lubi tę prawdę gmatwać – planowaniem…jutra.

Mam przed sobą zdjęcie Krzysia – nieustannie, w domu, w torbie, w pracy… Czasem go cmokam, czasem się wpatruję, czasem „gadam” myślami, często puszczam „oczko”, bo wiem, że on przecież wie, o co chodzi… 🙂  Może mało to normalne, może ociera się o infantylność, może… a co mi tam, nieważne! Bo tyle sił, odwagi i takiego wewnętrznego spokoju daje Krzysiowa minka, spojrzenie, wspomnienie, że Rycerzykowi oprzeć się nie można i On zawsze utwierdza w jednym: „będzie dobrze Mamcia, czuwam”. I jesteśmy pewni, bo doświadczamy tego co dnia, że mamy teraz swojego prywatnego Aniołka, który nie pozwoli nam nigdy nikomu zrobić krzywdy; który prędzej, czy później ześle jeszcze lepsze dni; który stara się jak może, byśmy nie odczuli jego fizycznego braku, ale… Przecież mimo tego spokoju, wiary i szczęścia jakie budujemy teraz od nowa i po swojemu, zawsze zwycięża jedno przekonanie: „cena jaką przyszło nam za to zapłacić, była, jest i będzie ZAWSZE zbyt wysoka…”.

No to z tarczą, czy na tarczy?…

łóżeczko

Wyjątkowy FILM o wyjątkowym RYCERZYKU…

Gdy ktoś zapyta nas co robiliśmy dokładnie o tej porze rok temu… z najgłębszego snu wyrwani odpowiemy: WNIEŚLIŚMY W RAMIONACH NASZEGO SYNKA DO DOMU… DO DOMU!
A wszystko wokół było wtedy takie malutkie… My – najszczęśliwsi! Na pamiątkę:

– DLA CIEBIE, KRZYSIU-RYCERZU –

 – ku pamięci, ku tęsknocie, ku miłości…, mimo, że czasem wciąż „nie mogę uwierzyć, że… byłeś. Że… Cię nie ma.”

Mama i Tata

Był leżak. Było cudownie. Był…

Dziś, a właściwie w tych dniach u nas bardziej tęskno niż zazwyczaj… I nie obędzie się bez oglądania wstecz… Jeśli znów pozwalamy sobie na nasze zbytnie sentymenty – przepraszamy, ale czasem wszystko staje się silniejsze od nas. Ze spędzonego naszego wspólnego czasu z Krzysiem wyryło się nam w sercu wiele dat: niektóre już sobie tutaj przypominaliśmy, inne pewnie przypomnimy kiedyś, a jeszcze inne być może na zawsze upamiętnimy milczeniem… Dziś także jest ten dzień kiedy zwycięża wspomnienie… Dokładnie rok temu, po wielu niekończących się miesiącach trudu, walki i nienazwanej rozmiarami tęsknoty…  zostaliśmy z Krzysiem na noc. Został przeniesiony na oddział zwykły – wstęp dla rodziców dozwolony całodobowo. I zostawaliśmy tak z sobą na kolejny dzień. I na kolejną noc… I potem na kolejne najpiękniejsze dni i cudowne noce w domku… Myśleliśmy, że już tak będzie, że na długo, że na zawsze… Jacy my wtedy byliśmy szczęśliwi! Tak, szczęśliwi! Tak po prostu.

Nasze „na zawsze” trwało do końca maja, gdzie znów nas rozdzieliły metalowe, szczelne, zimne, bezduszne śluzy wejścia na oddział Intensywnej Terapii.
Dziś ciągle oddzielają nas od Krzysia jakieś drzwi – nic przez nie nie widać, często jak się bardzo chce – można usłyszeć, poczuć… Przecież… „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Prawdziwie się widzi tylko sercem”. Krzyś był, jest i będzie niepodważalnym, jedynym, naszym „Najważniejszym”. Tylko czasem ta nasza „widoczność” zostaje zaburzana, bo… czasem jeszcze serce płacze.

Dziś, siedzę w ciepłym domku na wygodnej kanapie… A marzę? Marzę o twardym leżaku w półmroku oddziałowego pokoju, gdzie usypiam na ręku naszego synka jak rok temu… Ot, takie marzenie.

 

IMG_5895-300x200

Ale cisza jakaś inna…

Przyniosę Ci Kochanie promyk,

Który niebawem zgaśnie,

Przeciwnie do Nadziei, którą Oboje tak dobrze znamy.

Przyniosę Ci Kochanie kwiaty,

Które wkrótce wyschną,

Szybciej, niż smak pocałunków, które dostawałeś od Taty i Mamy.

Image

Przyniosę Ci Kochanie ciszę,

Którą tak często oboje rozmawialiśmy,

Ale cisza jakaś inna, bo brakuje taktu jednego serca bicia.

Przyniosę Ci Kochanie biel,

Wciąż tęsknotą i smutkiem przybrudzoną,

Nijak niepodobną do barwy Twojej ulubionej pidżamki bez guzika.

Image

Przyniosę Ci Kochanie wspomnienie,

Które zasnąć co noc pozwala, a rano każe wstawać,

Jednak nie potrafi oszukać, że Ktoś najdroższy tak na zawsze nie znika.

Przyniosę Ci Kochanie wiarę,

Której sam nas nauczyłeś zaufać,

Daleką od pompatycznych kazań, bo szepcącą: „psecies jestem obok”,

Image

Przyniosę Ci Kochanie uśmiech,

Przez który zawsze łza przeleci,

Jednak sam go malujesz dając znać, jak wesoło dziś balują Ty i Twoi Koledzy –

Mali Wielcy Wszyscy Święci.

Image

[*]

O umieraniu… wszystkich Małych Wielkich Świętych

To będzie trudny i inny niż zwykle wpis. Może niełatwy do zrozumienia, na pewno trudny do przebrnięcia. Dziś będzie o umieraniu… O śmierci dzieci. A właściwie o podjęciu przez nich decyzji odejścia. Bo takiej właśnie decyzji doświadczyliśmy i jej ciężar dźwigamy do dziś. Najwięcej w nim waży wszelka próba zrozumienia. A właściwie to ból niezrozumienia.

Dziś, kiedy pojawia się coroczny szał doboru wielkości chryzantem, kolorów zniczy, dywagacji nad sztuczną, czy prawdziwą wiązanką; kiedy panie szukają najpiękniejszych kozaków, a panowie szorują samochody…, myśli powinny krążyć tam, gdzie na co dzień mózg nie zagląda, gdy to kolorowy i tętniący świat je przyćmiewa, gdzie odrobina smutku i refleksji jest passé…

Może zabrzmi to dziwnie, ale śmierć staruszków już mnie nie rusza albo rusza mniej; przyjmuję o niej wiadomość ze smutkiem, pokorą, ale i zrozumieniem… Faktycznie, taka kolej rzeczy. Przeżyli swoje, zaznali wiele miłości, radości, nudy lub spontanicznej codzienności; często też wiedzą co to cierpienie, co to tęsknota, co to ból. Takie jest życie: mieszanką odczuć, zdarzeń, emocji, przeżyć, które tworzy całość. Nigdy nie uważałam, że powinno być tylko szczęśliwie, tylko łatwo, tak mdło… No to mam za swoje?

Przyszło nam się zmierzyć twarzą w twarz z odejściem własnego dzieciątka. Nie do przejścia, pomyślałabym kiedyś. Przeżyliśmy. Najpierw udźwignęliśmy krzyż niesprawiedliwego wyroku jego choroby, potem codziennej walki o jego życie, a teraz ciągniemy za sobą ogromną tęsknotę i jeszcze większe niezrozumienie zadające pytanie: „dlaczego On?”. Przecież był chory. „Dlaczego był chory…?”. O tym może kiedy indziej.

Dziś zadaję sobie pytanie: „Gdzie On teraz jest?”, „Co robi?”, „Jak się czujesz, Krzysiu?”.
I dziś, w tej zadumie z okazji zbliżającego się 1-szego Listopada, sięgnęłam po książkę Doroty Terakowskiej „Poczwarka”. Czytałam dość dawno, ale opisane tam misterium śmierci malutkiej, chorej genetycznie dziewczynki – Myszki (córeczki małżeństwa – Adama i Ewy) utkwiło mi w pamięci mocno i mam wrażenie jakby chciało dziś przynieść pewną otuchę w postaci mniej lub bardziej oczywistych i realnych odpowiedzi na moje pytania.

„Wtedy jednak, gdy bała się najbardziej, usłyszała Głos. Ten sam, który miał w sobie ogrom samotności i który wcześniej pytał, nie oczekując odpowiedzi, a echo Jego wątpliwości odbijało się bezradnie o pnie drzew w Ogrodzie. Ten, który miał w sobie surowość dojrzałego mężczyzny, śpiewną miękkość kobiety, wieloznaczny syk Węża, ciepły i głęboki oddech wiatru.

– Chodź do mnie, Myszko…

– Idę – odparła potulnie, nie otwierając ust. – Ale tam, gdzie mnie zabierzesz, nie będzie mamy i taty.

– Miłość nie musi nosić imion – odparł Głos, śpiewnie i ciepło.

– A co jest tam, gdzie z Tobą pójdę? – spytała Myszka.

– Strych, a potem Ogród – rzekł Głos surowo i z męską rzeczowością.

(…)

Myszka spłoszyła się i na jej twarzy pojawił się wyraz niepewności.

– Ona się czegoś boi – powiedział z bólem Adam.

– Odchodzenie zawsze łączy się ze strachem – szepnęła Ewa.

– Tam będzie Strych ze wszystkimi tajemnicami, marzeniami i cudownością tego świata. Tam będą wszystkie odpowiedzi i całkiem nowe pytania – rzekł melodyjny, ciepły Głos.

(…)

– A jeśli już obejdę wszystkie zakamarki Strychu i cały Ogród? – spytała Myszka

– Strychy nie mają Końca, tak jak nieskończone są tajemnice i marzenia, i nieskończony jest lęk – odparł Głos.

– Nie chcę się już bać – szepnęła Myszka.

– Nie bój się Myszko. Pewnego razu trafisz na Strych, na którym nie będzie już nic oprócz miłości – uspokoił ją ciepły, melodyjny Głos

(…)

– Mój Ogród nie ma końca – stwierdził surowy Głos i nie było w nim cienia wątpliwości.

– To dobrze – ucieszyła się Myszka.

– Ona się uśmiecha – szepnął Adam.

– Może tylko nam odchodzenie wydaje się straszne? Może bardziej cierpią ci, co zostają? – powiedziała Ewa.

(…)

– Myszko, idziemy – powiedział stanowczo Głos.

– Idziemy – szepnęła bez słów, zastanawiając się, czyja dłoń jest taka duża, dobra i bezpieczna.”

(„Poczwarka”, Dorota Terakowska)

 I jeszcze tylko na koniec takie chyba ważne spostrzeżenie… Coś jest jednak pięknego w tym pakcie umierających Dzieci z Niebem. Ta niewidzialna i niesłyszalna dla nas forma rozmowy i pertraktacji z Głosem z Ogrodu. Mam wrażenie, że one wszystkie proszą, żeby wrócić jeszcze na tę ostatnią chwilkę, aby się pożegnać, aby jeszcze uśmiechnąć się do Mamy i Taty. A potem…? A potem mówią swoje ostateczne „już” i odlatują cichuteńko, aby sprawić wszystkim wokół jak najmniej przykrości, a także może aby im nie przeszkadzać odejść… Wszystkie dzieci, które poznaliśmy, a które już odeszły – Krzyś, Lenka, Maja, Marysia, Emilka, Kubuś – na swoje „wejście do Ogrodu” wybrały  moment, gdy Rodziców nie było obok; czy to w domu, czy to w szpitalu, czy to w momencie snu w ciemności nocy. Nie chcieli sprawiać bólu, przykrości. A wtedy nastąpił czas ich powrotu do Krainy szczęścia, beztroski, bez bólu, bez chorób i łez. Dlatego chciały, byśmy zapamiętali tylko ich spokój i uśmiech – Malutkich Dzielnych Wielkich Męczenników – Wszystkich Świętych. Bo faktycznie: „może tylko nam odchodzenie wydaje się straszne? Może bardziej cierpią ci, co zostają?”.

I tak w najbliższy piątek udekorujemy Krzysiowi grobek najpiękniejszymi, samodzielnie ułożonymi kwiatami. Ale robimy to nie tylko dla niego konkretnie, bo także dla nas. Przede wszystkim w tych kwiatach, chcemy Krzysiowi podarować choć okruszynkę naszego wyobrażenia Jego pięknego Ogrodu. A jednocześnie, sami pragniemy w tym Dniu wpatrywać się w namiastkę tego, co nasz Synek w swoim Ogrodzie ma tuż obok, ma na co dzień, ma na wieczność.

Image

„To też będziemy razem”

I jeśli znajdę się

Sam nie wiem nawet gdzie

To też będziemy razem

Już zawsze na zawsze…

/Krzyś/

*) „A gdy dzień się kończył, Krzyś nie pamiętał już, że miał powiedzieć Puchatkowi coś ważnego…”

Jako że często zdaję się być takim Małym Głupiutkim Misiem, tak właśnie wyobrażam sobie teraz naszego Krzysia… Beztroskiego, trzymającego nas za rączkę, śpiewającego, radośnie podskakującego! „Już zawsze, na zawsze” miało się dziać z nami, tutaj, w domku… Widocznie Krzyś zdążył powiedzieć wszystko Puchatkowi… Niech zatem będzie szczęśliwy – już zawsze, na zawsze…

Hej, to mój balonik!

Dziś DDU. Dzień Dziecka Utraconego. A raczej Ukochanego (jak to napisała Mama Kropka), gdzie my się pod tym podpisujemy i popieramy – w końcu nie zgubiliśmy Krzysia na tych kilku spacerach, skąd więc taka nazwa?!
Rodzice Krzysia też przyłączyli się do tych radosno-smutnych obchodów. Radosnych, bo mogliśmy sprawić trochę radości Krzysiowi i jego rodzeństwu (nienarodzonemu, które nawet jeszcze nie zdążyło otrzymać imion). Smutne, bo jednak w smutnych okolicznościach wstępuje się do „Klubu Rodziców, Których Dotyczy DDU”.
Wczoraj po mszy św. w Bazylice Mariackiej wysłaliśmy w niebo setki białych baloników z imionami dzieci. Wzięliśmy 2 baloniki: jeden dla Krzysia, bo jest już dużym chłopcem i mu się należy balonik tylko dla niego; drugi dla dwójki jego rodzeństwa, a ponieważ są mniejsi dostali jeden balonik na spółkę, co by im było łatwiej go utrzymać w rączkach.

I tak sobie pomyśleliśmy, ile radochy musiało być wczoraj i dziś w Niebie, kiedy aniołki dostały swoje baloniki. Ile okrzyków „hej, to mój balonik!”, „ej, nie deptaj mojego balonika!”, „zamienimy się?” 🙂
Jedno jest pewne, św. Piotr na pewno ma nas rodziców na jakiś czas dość za bałagan, jaki zrobiliśmy mu w Niebie 🙂

ImageImage