Bo jak śmierć potężna jest miłość… Miłość Matki!

Mamo, mamusiu, mamcia, mateńko… Jest taki dzień, kiedy te słowa wymawia się częściej, głośniej, świadomiej… Jest taki dzień, kiedy brzmią one tonem cieniutkich, dziecięcych głosików albo powagą, rozrzewnieniem dojrzałego głosu… Bo wszyscy jesteśmy dziećmi. Bo spora większość z nas najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa zawdzięcza Mamie. Bo absolutnie każdy dochodzi kiedyś do wniosku, że „mama” to nie tylko więź rodzina, to nie tylko rola do odegrania, to nie tylko praca na pełen etat poza tą zawodową… Ale to nie będzie wpis jakich wiele z okazji dzisiejszego Święta. Nie będzie o wychwalaniu Mam i nawoływaniu dzieci, by kochały je nie tylko od święta… Będzie za to o znaczeniu słowa „Mama”, kiedy to nazwanie Kogoś nim jest największym wyróżnieniem, jakie nas – kobiety może spotkać .

Mamo, mamusiu, mamcia, mateńko… A co jeśli zamiast tego zwrotu, często okraszonego słodkim grymasem, prośbą o pomoc albo najszczerszym uśmiechem słyszymy ciszę?… Niełatwo jest być Aniołkową Mamą. Niełatwo mijać place zabaw i w wyobraźni jedynie domyślać się ulubionej karuzeli Krzysia… Niełatwo wspominać najnaturalniej jak potrafimy o swoim dziecku w większym gronie, gdy zapada niezręczna cisza… Niełatwo swobodnie, po prostu rozmawiać o dzieciach i rodzicielskich problemach z innymi, jeśli jesteśmy świadome, że wzbudzamy zakłopotanie: bo nie wypada zagadnąć o synka, skoro go nie ma…, bo nikt nie chce wywoływać łez albo się dziwi, że jest ich zbyt mało… A zamiast nich? Radosna, pełna emocji i przejęcia opowieść o jednej z naszych np. „krzysiowych” przygód. Tak… my Aniołkowe kochamy rozprawiać o swoich brzdącach – przecież byłyśmy w ciąży i miałyśmy humory, smaki, lęki; nie spałyśmy po nocach walcząc z zasadami laktacji; wędrowałyśmy po forach szukając który wózek, jaki kocyk, gdzie po najlepsze pampersy… Tak, jesteśmy naznaczone zdecydowanie zbyt krótkim stażem macierzyństwa. A po to by rachunek się zgadzał – dostałyśmy bardzo ciężki bagaż doświadczeń na start, aż do mety – przy której tak bardzo nie chciałyśmy widzieć żadnych chorągiewek, że to już… Tak, nasze dzieci czasem nie powiedzą nam dziś standardowych życzeń, nie wręczą laurki, nie zaśpiewają piosenki… Za to nasze dzieci spełnią nasze życzenia – nie tylko dziś, ale zawsze. Bo nasze dzieci są – tylko w takiej innej, może niewygodnej dla niektórych, a dla nas ciągle najważniejszej postaci. Są nasze. A my jesteśmy dalej mamami, takimi na 100%, mając okazję się spełniać zawsze w naszej roli – myślą, wiarą oraz dyskusją – o naszym wyjątkowym dziecku, laktacji, wózku, pampersach…

Mamo, mamusiu, mamcia, mateńko… A co jeśli słowa te wypowie cichy szept? Co wtedy poczujemy? Co czujemy myśląc sobie „jestem Matką”? Ktoś mądry powiedział mi ostatnio, że to nie tylko matka rodzi dziecko, ale dziecko rodzi matkę… Jakim był Krzyś – wiem. Jaką on mnie widział – nie mam pojęcia. Jednak gdy jakaś rola człowiekowi jest dana, a potem zabrana, to zawsze lubimy ją podsumowywać. Szczególnie, jeśli chodzi o intensywny, a relatywnie krótki odcinek czasu. I cofając się myślami wstecz już wiem, że bycie mamą, to nie tylko danie życia…, a raczej to nie tylko danie jednego życia… Dajemy także szansę sobie na drugie, inne, bogatsze życie. Bo bycie mamą uczy pokory: wtedy, gdy zamiast własnych zajęć, trzeba gotować zupkę lub wtedy, gdy pierwsze kroczki zajmują trochę więcej czasu, niż byśmy sobie tego życzyli… Bycie mamą uczy determinacji: nieodgadnione siły walczą o lepiej napisany sprawdzian w szkole albo o jedną konsultację specjalisty więcej w szpitalu… I wreszcie – bycie mamą uczy miłości: tej największej, gdy zaczynamy kochać właściwie już „w ciemno” głaszcząc powiększający się brzuch, a potem opiekujemy się bezwarunkowo, aż do końca jego/jej albo swoich dni…

I już dziś wiem, że kiedy to moje dużo dłuższe niż Krzysia życie skończy swój bieg; nieważne co wyryją mi na płycie: specjalista, inżynier, zdobywca takiej czy owakiej nagrody, profesor czy „no name”… Najważniejsze, że w moim sercu pozostanie zawsze najważniejsza rola życia pt. „Mama Krzysia”. I nieważne co kiedykolwiek, gdziekolwiek się jeszcze wydarzy – zawsze to z niej jestem i będę bardzo dumna! I właśnie dziś chcę to wykrzyczeć. I takiej dumy właśnie życzę każdej Mamie… Dumy Bycia Mamą.

Synu, syneczku, synku… dziękuję Ci za zaszczyt dania Ci życia i dziękuję za życie, które Ty mi dałeś… Nie zamieniłabym go na żadne inne.

 

Mamcia.

 Image

 

 

Reklamy

Z tarczą, czy na tarczy…?

Wibrujący dźwięk budzika, szybki makijaż, pachnąca kawa, rogalik, torebka złapana w biegu, dzień się do nas otwiera – trzeba go wziąć w ramiona i mocno przytulić albo po prostu złapać i ciągnąć za rogi. Jak kto woli. Do tego idzie wiosna – ogólna ekscytacja, że zaraz się zrobi znów zielono, znów cieplej, znów radośniej. Czyż nie jest cudownie? Prawie jak w reklamie, prawda? Bo tak stoję sobie na tym przystanku czekając na autobus do pracy, niby najzwyczajniej w świecie przeżywam ten, czy poprzedni albo każdy kolejny dzień i tylko jedna wiercąca myśl kołacze mi się po głowie: przecież nic nie jest takie samo jak ponad 2 lata temu. Nie jest do końca normalnie. Nie jest „jak gdyby nigdy nic…”. Nie może tak być.
I co dzień obiecuję sobie, że zrobimy wszystko, aby to „jak gdyby nigdy nic” nie zwyciężyło. Ono nie nastanie nigdy – w naszych sercach, myślach i działaniach.

Bo takiej wiosny jak poprzednia nie będzie… Bo tamtej wiosny byliśmy zupełnie inni niż przedostatniej i jeszcze inni niż teraz. Byliśmy wszyscy razem – w trójkę – w domu i przeżywaliśmy ją tak intensywnie jakby 50 wszystkich wiosen przyszło do nas naraz… 50 najważniejszych lekcji życia, 500 najgłośniejszych uśmiechów Mamy i Taty, 5000 łez… szczęścia. A teraz normalność, zwykła codzienność, która wraca do nas, a my wracamy do niej… z tarczą, czy na tarczy?

Z tarczą…

Zawsze rozśmieszały mnie egzaltowane wywiady kobietek-celebrytek, które zaraz po tym jak opuściły porodówkę, na wszystkich kolorowych okładkach obwieszczały: „macierzyństwo zmienia”. A teraz ze skruchą własnej kpiny napiszę dokładnie tak samo: macierzyństwo zmienia. Ekstremalne macierzyństwo zmienia… ekstremalnie. Bo czymże może być kolejny długi dzień w pracy, stresująca rozmowa, nadmiar obowiązków w porównaniu… z kolejnym dniem, kiedy przez długie miesiące wyruszaliśmy na oddział Intensywnej Terapii nie wiedząc nigdy przenigdy co nas czeka, jakie diagnozy, jak bardzo bezpośrednie stąpanie cierpkim słowem po cienkiej granicy życia i śmierci… własnego dziecka – kochanego nad życie.

Daliśmy radę. Daliśmy radę zmierzenia się ze sromotnym upadkiem naszych planów, drastycznym pogrzebaniem w sumie najprostszych marzeń, rozsypaniem się naszego życia na drobny pył… Nikt nas nie pytał o zdanie, czy i dlaczego tak właśnie miało być… Za to my pytaliśmy wielokrotnie. Ciągle pytamy. Jakoś jednak nie możemy znaleźć odpowiedzi. Więc zamiast tego, wzięliśmy ten pył w dłonie i zaczęliśmy przesiewać te wszystkie ziarenka, rozdmuchane przez nieznajomy dotąd, a jakże silny wiatr pokory, bezwarunkowości uczucia, bezgraniczności wiary… Zebraliśmy je razem (choć łatwo nie było) i sami byliśmy zdumieni jak wiele udało się zbudować… z piasku. Ale na skale. A skałą naszą – zawsze, wciąż i niepodważalnie: Krzyś.

Na tarczy…

No to idzie ta wiosna… No to znów pojedzie po chodnikach więcej wózków, przylecą bociany, za oknem będziemy słyszeć szczebiot wracających z przedszkola dzieciaków. A my nie będziemy tej wiosny stać w oknie z naszym Krzysiem jak uwielbialiśmy to robić rok temu. Nie odbiorę go po pracy ze żłobka, czy nie skorzystam z urlopu wychowawczego. Za to o Krzysiu dalej mogę rozprawiać godzinami, a we mnie buduje się ciągle niesamowite uczucie: przeogromna duma bycia Mamą takiego dzielnego Rycerzyka! I gdy tak patrzę sobie na spacerującą młodą mamę na spacerze (nie z zazdrością, bo wciąż uwielbiam wszystkie dzieci), nie odganiam specjalnie nieustannej myśli: „Dla Ciebie to zwykły spacer – takich tysiące… Dla nas – był on dany jeden… na tysiąc”. I przypominam sobie wtedy jak ważne jest docenianie tego, co „tu i teraz” i że przyszłość zaczyna się dziś, nie jutro… Tylko, że „dziś” strasznie lubi tę prawdę gmatwać – planowaniem…jutra.

Mam przed sobą zdjęcie Krzysia – nieustannie, w domu, w torbie, w pracy… Czasem go cmokam, czasem się wpatruję, czasem „gadam” myślami, często puszczam „oczko”, bo wiem, że on przecież wie, o co chodzi… 🙂  Może mało to normalne, może ociera się o infantylność, może… a co mi tam, nieważne! Bo tyle sił, odwagi i takiego wewnętrznego spokoju daje Krzysiowa minka, spojrzenie, wspomnienie, że Rycerzykowi oprzeć się nie można i On zawsze utwierdza w jednym: „będzie dobrze Mamcia, czuwam”. I jesteśmy pewni, bo doświadczamy tego co dnia, że mamy teraz swojego prywatnego Aniołka, który nie pozwoli nam nigdy nikomu zrobić krzywdy; który prędzej, czy później ześle jeszcze lepsze dni; który stara się jak może, byśmy nie odczuli jego fizycznego braku, ale… Przecież mimo tego spokoju, wiary i szczęścia jakie budujemy teraz od nowa i po swojemu, zawsze zwycięża jedno przekonanie: „cena jaką przyszło nam za to zapłacić, była, jest i będzie ZAWSZE zbyt wysoka…”.

No to z tarczą, czy na tarczy?…

łóżeczko

„Bo każdy anioł ma skrzydła pełne roboty.”

Zupełnie przypadkiem, a może nie-przypadkiem (czyt. Krzyś podsunął 😉 ) odkryłam wczoraj wieczór w internetowej otchłani taką jedną, niedługą, inną niż wszystkie, bliską nam (w końcu aniołkową) bajkę… Przeczytałam: „piękna” – pomyślałam. A zaraz potem przyszła kolejna myśl: „chciałabym, żebyście ją też poznali”… Chętni? 🙂

NAJMNIEJSZY ANIOŁ

„Pewnie już wiesz o tym, że daleko stąd, jest takie miejsce, w którym mieszkają anioły. Każdy inaczej widzi Niebo Aniołów. I to jest w nim najpiękniejsze. Panuje tam nieustający rozgardiasz. Bo każdy anioł ma skrzydła pełne roboty.
Co jakiś czas Tadeusz Anioł zwołuje nieopierzone jeszcze anioły do magazynu i daje każdemu po parze skrzydeł. Właśnie grupa aniołów skończyła 10 lat. To czas, by nabierać wprawy w anielskiej sztuce. Młode anioły są dość niewinne, by kochać całym sercem a zarazem dość już samodzielne, by wyruszyć na ziemię.

Na wołanie Tadeusza Anioła, dziewczęta i chłopcy ustawili się pod drewnianymi drzwiami magazynu zgodnie z tradycją: od największego, do najmniejszego. Ile było tam oczekiwania! Na samym końcu stanął Najmniejszy Anioł.

Tadeusz Anioł rozdawał skrzydła, zdejmując je z półek. Każdą parę układał delikatnie na plecach małych aniołów. I tak, para za parą, anioł za aniołem. Aż, kiedy dotarł na sam koniec kolejki, zdziwił się Tadeusz Anioł. Raz jeszcze przejrzał dokładnie wszystkie półki i w końcu poddał się.

-„Nie ma”- powiedział.

-„Nie ma”- powtórzyły anioły.

-„Nie ma czego?”- zapytał najmniejszy.

Słowa utknęły staremu aniołowi w gardle jak ciężkie kamienie. Ale nie mógł już dłużej ukrywać tego, co i tak już wszyscy zauważyli.

-„Nie ma już żadnej pary skrzydeł” – odpowiedział Tadeusz Anioł.

-„Zawsze są”- odparł Najmniejszy Anioł i poszedł ich szukać.

Kiedy wrócił z magazynu, nikt nie spojrzał mu w oczy. Starali się coś mówić, ale czymże są słowa bez skrzydeł?

Odszedł płacząc.
Wieczorem z daleka obserwował, jak jego przyjaciele z coraz większą wprawą szybują po niebie. Anioły były jeszcze bardzo młode i żaden nie wiedział, jak teraz rozmawiać z Najmniejszym, jak bawić się z nim.

Dlatego Najmniejszy Anioł poszedł po radę do Pana Stanisława, który był jedynym człowiekiem w anielskim niebie. On wiedział już co się stało, więc utulił malca, a potem zapytał:

-„Masz odwagę?”

-„Mam” – odparł anioł.

-„Masz rozum?”

-„Mam” – odparł raz jeszcze.

-„Masz serce?” – pytał dalej

-„Mam” – powiedział coraz bardziej zdziwiony chłopiec

-„To masz skrzydła!”- wykrzyknął Pan Stanisław.

Najmniejszy Anioł zerknął za siebie. Ale od słów nawet jedno piórko mu nie urosło. Odszedł więc.

Ranek obudził się wcześnie. To właśnie teraz anioły miały odbyć swój pierwszy lot. Najmniejszy chciał ich pożegnać. Usiadł więc na skraju nieba i patrzył, jak jego rówieśnicy skaczą w przestrzeń rozprostowując skrzydła.
Aż nagle usłyszał w sobie pierwsze pytanie: „Masz odwagę?” Czuł ją w sobie teraz i zrobił coś zarazem odważnego, jak i szalonego. Uchwycił się długiej sukienki przyjaciela i sfrunął razem z nim. Trudno opisać to, co czuł.

Anioły, które frunęły teraz obok niego fikały koziołki, bawiły się i chwytały ptaki za skrzydła. Ale Najmniejszy starał się być uważny. Rozglądał się więc wokół. I wtedy zauważył coś, co najpierw go zainteresowało a potem zaniepokoiło. Tuż obok przelatywał niewielki samolot. A właściwie krztusił się i kasłał usiłując złapać równowagę. Najmniejszy Anioł zaczął wołać przyjaciół, ale jego słaby głos ginął w świście wiatru. Wtedy usłyszał w sobie po raz drugi głos: „masz rozum?”. Skoczył więc na kadłub samolotu. Spojrzał jeszcze w przerażone oczy pilota i sięgnął do wszystkich swoich anielskich umiejętności. Powstrzymał awarię na tyle, by samolot mógł wylądować bezpiecznie na najbliższym lotnisku. Najmniejszy pomachał przyjaźnie zdumionemu pilotowi i zeskoczył na dach, nad którym przelatywali. Przez właz na jego szczycie wszedł do budynku. Przechodząc białym, cichym korytarzem domyślił się, że jest w szpitalu. Szedł więc spokojnie i kiedy mijał kolejne drzwi, usłyszał płacz. Drzwi skrzypnęły, kiedy wchodził do małego pokoju. Leżała tam dziewczynka, która zauważyła go dopiero, gdy usiadł na skraju łóżka.

-„Nie mogę zasnąć. Boję się, że już nigdy nie obudzę się po operacji”- zwierzyła się ufnie.

Anioł był jeszcze taki młody i nie wiedział, co może powiedzieć ciężko choremu dziecku. Wtedy po raz trzeci usłyszał w sobie znajomy głos pytający go: „masz serce?”.

-„Jeśli wypoczniesz, będziesz miała więcej siły, żeby wyzdrowieć. Będę więc siedział tu przy tobie i trzymał Cię za rękę tak długo, aż zaśniesz.”- obiecał.

I tak się stało. Opowiedział dziewczynce wszystkie bajki, które znał, zaśpiewał wszystkie kołysanki, które pamiętał. I usnęła spokojnie.

Zostawił na jej czole anielski pocałunek, który nazywają anielskim błogosławieństwem i poszedł dalej.

Jeszcze tego dnia pomógł staruszce znaleźć okulary, opatrzył małemu kociakowi zranioną łapkę i przeprowadził przez kładkę nad rwącą rzeką dwoje dzieci.

Słońce z wolna zaczerwieniło się, dając znać, ze zbliża się wieczór. To znak dla wszystkich małych aniołów, które po zachodzie muszą wracać do domu. Wtedy na ziemię zlatują doświadczeni, dorośli anielscy ratownicy. Najmniejszy ruszył więc tą samą drogą, którą przyszedł. Wszedł do budynku szpitala. Na znajomym korytarzu zatrzymał się. Znów zaskrzypiały drzwi, kiedy wchodził do pokoju. Dziewczynka spała uśmiechając się przez sen. Na stoliczku obok łóżka znalazł kartkę:

„List do mojego Anioła.

Operacja udała się.
Postanowiłam wyzdrowieć.

Dziękuję”.

Zabrał kartkę z sobą, na znak, że tu był i poszedł dalej wspinając się po schodach na dach. Właśnie nad budynkiem przelatywał samolot. Pilot wracał szczęśliwie do domu i tym razem nie zdziwił się widząc, jak na skrzydło samolotu wskakuje drobna postać. Jego oczy były radosne i wdzięczne. Już za chwilę Najmniejszy Anioł usłyszał szum skrzydeł: to jego przyjaciele wracali do domu. Jeden podfrunął blisko, żeby zabrać w podniebną podróż do domu bezskrzydłego anioła.

To był naprawdę ciężki dzień. Wszystkie młode anioły opowiadały o tym, czego doświadczyły a Najmniejszy czuł się jednym z nich.

Zanim położył się spać, odwiedził Pana Stanisława. Staruszek czekał na niego w progu. Tym razem nie zapytał, tylko stwierdził:

-„Masz odwagę, masz rozum i masz serce”

-„Mam skrzydła”- odpowiedział uśmiechając się Najmniejszy Anioł.”

/autor: Ewa Król – Czechowice-Dziedzice; źródło: http://bajki.wnaszychrekach.pl/ba/1.html /

Na koniec spytałam się tylko siebie cichutko: „a jak tam z moimi skrzydłami?” Są maleńkie – jak odwaga; są chwiejne – jak to z tym moim rozumkiem bywa; są kruche – jak zmęczone tęsknotą serce… Ale są. I byle były. One pozwalają latać – choćby niziutko, ale jakże fajne to uczucie! 🙂

Na dobranoc dla siebie, dla Dzieciaków, polecamy Wam inne bajki z serii „Bajki w naszych rękach”, które przepięknie, dziecięcą ręką zilustrowane znajdziecie TUTAJ. Projekt ten powstał z pięknej inicjatywy Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Wadami Rąk „W Naszych Rękach” w celu wsparcia dzieci niepełnosprawnych – brawo!

Kochani: WYSOKICH LUB NIŻSZYCH LOTÓW! 🙂

Image

Kłódka zdobyta!

„Już zawsze na zawsze”… trwało znów za krótko. Tak, jeśli chodzi o nas, zdanie to ma sens dosłowny i dosłownie tyczy się trzech ważnych nam sytuacji:

Po pierwsze, najważniejsze i niepodważalne: głaszcząc kopiący brzuszek, zakładaliśmy, że Krzyś będzie z nami „na zawsze” – dopóki jako zadowolony z życia, spełniony kilkudziesięciolatek nie pożegna na wieczny odpoczynek swoich sędziwych wiekiem, szczęśliwych z życia Staruszków. Coś się Komuś chyba pomyliło dość drastycznie: scenariusz ten się zrealizował zupełnie nie tak, zupełnie na odwrót i zupełnie nie do zaakceptowania. I co gorsza, ofiarowane nam „zawsze”, „na zawsze” trwało niespełna rok…

Po drugie: podczas wielu miesięcy (8!) zupełnie niecodziennego życia przypominającego walkę z wiatrakami, czasem wojnę, a czasem dobrą partyzantkę pt. „chcemy wyjść z Krzysiem ze szpitala do domu!”, nigdy ani Krzyś, ani my nie wywiesiliśmy białej flagi. I tym samym – zwycięstwo, udało się – do domku wyszliśmy! A synek jak na każde dzieciątko przystało, poznał wreszcie domowy zapach, ciepło, zobaczył swój puchatkowy pokoik, spał we własnym kolorowym łóżeczku, często uwielbiał wędrować do pościeli rodziców…  A my każdą tę chwilę celebrowaliśmy tak bardzo, jak tylko medycznie i zdrowo-umysłowo było można, jednocześnie krzycząc odważnie marzeniem: „chwilo trwaj”, przeplatając z cichym i nieśmiałym: „już zawsze na zawsze…”. Tym razem „zawsze” zdecydowało się trwać 3 miesiące. I to 3-miesięczne „zawsze” już do końca naszego życia pozostanie tym najpiękniejszym, wywalczonym, najbogatszym „zawsze” jakie mogło nam się przytrafić – nic i nikt nigdy tego nie zmieni. Co najwyżej, na przekonaniu tym ciąży tylko/aż jedna sprzeczność słowa „zawsze”, które bardzo boli i boleć nigdy nie przestanie – „zawsze” nie trwa tylko 3 miesiące.

Po trzecie: gdy dwa pozostałe sensy „już zawsze na zawsze” zawiodły, postanowiliśmy uciec się do niego po raz ostatni, wierząc, że użyjemy tych słów już w najbardziej dosłownym sensie z możliwych. Pojawił się pomysł – to, co wydarzyło się pomiędzy nami: Krzyś, Mama i Tata Krzysia, skoro trwało tak krótko, a tak pięknie i tak intensywnie – trzeba to unieśmiertelnić, nadając naszemu najważniejszemu fragmentowi życia materialny wymiar. Może banalnie, może szalenie, może niezrozumiale – w trzecią rocznicę naszego ślubu powiesiliśmy na krakowskiej Kładce Bernatka naszą prywatną wygrawerowaną kłódkę. Pamiętacie, prawda? Niewielką, mieniącą się na złoto, przyozdobioną złotym aniołkiem, ciężką od emocji, przeżyć i wspomnień, które w niej zamknęliśmy na zawsze (kluczyki wrzucone do Wisły). Poczuliśmy się w jakiś tam sposób spełnieni, wierząc, że maleńka i niema myśl o Krzysiu gdzieś tam utkwiła w jego i naszym Krakowie.

ImageNiezmiernie nam było miło, gdy pisały do nas osoby poznające Krzysia dzięki TEJ kłódce. Wielokrotnie przechodząc kładką odwiedzaliśmy naszą kłódkę. Duma ta trwała krótko. Najpierw ofiarą innych przechodniów padał przyczepiony (na najmocniejsze kleje!) aniołek – dwa razy ratowaliśmy sytuację i wygląd całości nowym – bezskutecznie.

Kilka dni temu podczas wieczornego, przypadkowego spaceru dowiedzieliśmy się, że nasze kolejne „już zawsze na zawsze” bije nowy rekord krótkotrwałości… Na zawieszone na brzegu kładki kłódki zaczaili się krakowscy złomiarze… Nie sądzę nawet, że tym ostatnim przyszło do głowy, co dla kogo znaczy ten kawałek zawieszonego i podpisanego metalu. Za to jestem przekonana, że ten kawałek metalu dla nich oznacza kilka groszy (dosłownie!) mniej do puszki taniego piwa! Większość sąsiednich kłódek na „naszym” przęśle mostu była już „zdjęta”, a cała reszta (niewiele ich zostało), wraz z naszą – dość mocno już nadpiłowana.

ImageA my – kolejny raz nie daliśmy za wygraną. Skoro kłódka ma zniknąć z kładki, to niech przynajmniej zostanie z nami. Na drugi dzień zorganizowaliśmy odbijanie kłódki. Przyjechaliśmy z łomem, pilnikiem 😉 i za jednym draśnięciem – kłódka była nasza: „już zawsze na zawsze”?…

Image

Tamto „zawsze na zawsze” na kładce już minęło. I patrząc w domu na naszą kłódkę mamy nieodparte wrażenie, że kolejne „zawsze na zawsze” się rodzi… Po prostu obojgu nam przychodzi bezsilnie wyganiane z głowy skojarzenie, że teraz ta kłódka dość mocno przypomina nasze życie. Nam też Ktoś zabrał Aniołka… Nasza codzienność też teraz jest niejasno pomazana, nadrdzewiała… Nasze serca są ciągle dziurawe… A nasze życie też już nigdy się nie domknie…

Ale mamy jednak jedną pewność: nasze nowe „zawsze na zawsze” tym razem będzie trwać wiecznie – niewidzialny Krzyś nas nigdy nie opuści! Po odbiciu kłódki, chyba był ucieszony i chciał nam bardzo pogratulować… Zobaczcie, jakie nietypowe serduszko nas „spotkało”, gdy wracaliśmy z kładki z kłódką do samochodu:

Image

  Informujemy, że podczas „akcji” odbijania kłódki, żadna część kładki nie ucierpiała.

Z cyklu: opowieści Krzysiowo-Kropkowe

Wczoraj wieczór spotkał nas miły zaszczyt: zagościliśmy w opowieści Mamy Kropka! 🙂 Co więcej, Krzyś został w niej dość pierwszoplanowym bohaterem – znawcą „sznurowadełek” i nowym (jednym z najmłodszych) kompanem Aniołkowej Bandy… Jedno jest pewne: dzięki takiemu wsparciu, Mama Krzysia ze szpitala zachowała (o dziwo!) same dobre wrażenia…
A czytając opowieść – wzruszyliśmy się radośnie, więc śmialiśmy się i płakaliśmy na przemian… 🙂 Poznajcie ją także (za pozwoleniem Autorki) tutaj sami:

Kropek właśnie spacerował sobie po niebieskiej łące, gdy na jednej z chmurek zobaczył swojego nowego przyjaciela Krzysia, obłożonego stosami grubych książek i czytającego w wielkim skupieniu.

– Krzysiu, a co ty tak czytasz? – zapytał się Kubuś.

– Uczę się Kropku o więzadłach – odpowiedział Krzyś.

– Krzysiu, a po co Ci wiedza o sznurówkach? Przecież w Niebie nie mamy bucików – dociekał z wielkim zainteresowaniem Kubuś.

– Kropek!!!! Ja nie uczę się o sznurówkach, tylko o więzadłach… takich co człowiek ma w nodze – wyjaśnił koledze roześmiany Krzyś

– Bo wiesz, moja mamusia idzie do szpitala, słyszałem jak mówiła, że czas naprawić sobie nogę. I powiem ci w tajemnicy Kropku, że chociaż moja mamusia niczego się nie boi, to za szpitalami nie przepada. Więc postanowiłem, że muszę być z mamą i pilnować żeby wszystko się udało – opowiadał przejęty Krzyś.

– Krzysiu, nie martw się!!! Już wołam Aniołkową Bandę i wszyscy razem pouczymy się o tych kolanowych sznurówkach, to znaczy więzadłach i będziemy razem z tobą pilnować twojej mamy – zapewnił przyjaciela Kubuś.

W jednej chwili, na Krzysiowej chmurce pojawiły się małe Aniołki i zabrały się do wertowania książek.

Nadszedł dzień, kiedy Mama Krzysia pojawiła się w szpitalu. Wokół niej zgromadziła się cała Aniołkowa Banda.

– Słuchajcie teraz uważnie Aniołki. Nie możemy wszyscy wejść razem z Krzysiową Mamą, tam, gdzie doktor będzie reperował nogę – powiedział Kubuś.

– Kubusiu, to się nazywa sala operacyjna – podpowiedział cicho Krzyś.

Zróbmy tak… dziewczyny, wy zaopiekujecie się Krzysiowym Tatą, żeby się nie denerwował. Krzyś, ja i trzy Aniołki, które wiedzą małe co nieco o szpitalach, pilnujemy Mamy Krzysia. Reszta czeka w poczekalni razem z książkami, bo może trzeba będzie coś podpowiedzieć – Kropek szybko wyznaczył Aniołkowej Bandzie zadania do wykonania.

Nagle na sali operacyjnej pojawili się lekarze i mama Krzysia. Zaczęła się operacja. Krzyś, bardzo przejęty, usiadł przy Doktorze–Chirurgu i podpowiadał mu do ucha co ma robić.

– Kropek, a to więzadło to tak miało iść? – zapytał Krzyś.

 – Chyba tak… Lepiej nie gadajmy, tylko pilnujmy lekarzy, żeby nic nie zepsuli – odpowiedział Kropek.

 – Tylko się tak nie nachylajmy, bo nam aureole na stół spadną i wtedy dopiero zrobimy zamieszanie – dodał Krzyś.

– Może powinniśmy nasze aureolki zostawić w szatni, wtedy na pewno nic by nam z główek nie spadło – roześmiał się Kubuś.

Cały zespół operacyjny był bardzo zdziwiony, bo jeszcze żadna operacja nie przebiegała tak szybko i sprawnie.

– To dziwne, wydaje mi się, jakby ktoś do ucha mi szeptał co mam robić. A narzędzia, jakby mi same wskakiwały do ręki – powiedział Doktor-Chirurg. No, zrobione…

 – Proszę Pani, kolano jest już jak nowe – powiedział po skończonej operacji Doktor-Chirurg.

– Operacja przebiegła pomyślnie. Jakby pilnowały Pani dobre anioły – dodał wychodząc z sali.

– Panie Doktorze, żeby pan wiedział… –  zaśmiała się cichutko Krzysiowa Mama.

– Synku, dziękuję Ci bardzo, że byłeś przy mnie i tobie Aniołkowa Bando też dziękuję – Mama Krzysia szepnęła cichutko zapadając w sen.

*****

Niebywałe, jak kilka niewinnie wymienionych komentarzy pod wcześniejszym szpitalowym wpisem może rozbudzić wyobraźnię, kreatywność i emocje Aniołkowych Mam… Dziękujemy Sylwii – Mamie Kropka (Kubusia)! :-* Jestem pewna, że duet K&K jeszcze nie raz tutaj powróci, gdy tylko zaskoczą pomysłami, które wrzucą cichaczem do naszej głowy 🙂  Mamy nadzieję, że się wtedy uśmiechniecie (cichutko przez łzy lub głośno i radośnie) razem z nami! 😉 Hmm?

I malutka uwaga dla skrajnych racjonalistów: opowieści o „Aniołkowej Bandzie” są może i całkowicie nieracjonalne, dyktowane wyłącznie naszą wyobraźnią, sercem, pragnieniem choć chwilowego pocieszenia, utwierdzeniem naszego przekonania, że „oni są!”…. Może i są szalone, ale tworzymy je po to…, aby nie oszaleć 🙂 :-*

ImageA jeśli Przyjaźń Kubusia z Krzysiem przechodzi właśnie swoją drugą młodość… w Aniołkowie? 😉

„To też będziemy razem”

I jeśli znajdę się

Sam nie wiem nawet gdzie

To też będziemy razem

Już zawsze na zawsze…

/Krzyś/

*) „A gdy dzień się kończył, Krzyś nie pamiętał już, że miał powiedzieć Puchatkowi coś ważnego…”

Jako że często zdaję się być takim Małym Głupiutkim Misiem, tak właśnie wyobrażam sobie teraz naszego Krzysia… Beztroskiego, trzymającego nas za rączkę, śpiewającego, radośnie podskakującego! „Już zawsze, na zawsze” miało się dziać z nami, tutaj, w domku… Widocznie Krzyś zdążył powiedzieć wszystko Puchatkowi… Niech zatem będzie szczęśliwy – już zawsze, na zawsze…

Przechodzimy drugą stroną ulicy

Wpis autorstwa cioci Krzysia! 🙂

Mama Krzysia siedzi nad książką w fotelu i udając, że ją czyta, patrzy przez okno podziwiając dzisiejszą „złotą, polską jesień”.  Jednocześnie przypisuje synkowi, że pewnie posprzątanie chmurek z nieba to jego zasługa… 😉

Nagle pika telefon. Wiadomość od Cioci Agaty:

„Zobacz na co dosłownie dzisiaj wpadłam” + załącznik:

(przypatrz się poniżej druku, napisane pisakiem)

Image

Mama Krzysia: 😀

A nie mówiłam, że dziś nasz Chłopczyk zapracowany… Wysyła telegramy z nieba (patrz tutaj), sprząta chmurki, spaceruje po Krakowie 😉

Dzięki Ciocia! :-*

Ostry pstryczek w nos od Krzysia

Krzyś i „jego” zespół lekarski spisali się na medal 🙂 Już po.
Już po krzyku, ale nie po bólu. Już po zabiegu (diabeł jednak nie taki straszny…), ale przed trudną rehabilitacją, już po szpitalnym reality show „na żywo”, ale przed wielką niewiadomą na przyszłość… Bo cóż można zdziałać siedząc obolałym i unieruchomionym w objęciach stabilizatora u nogi przez najbliższych grubych kilka tygodni, a potem jeszcze dłużej będę „gnać” z koleżankami kulami na specjalne ćwiczenia…
Operacja nogi to była konieczna decyzja. Teraz stety niestety kilka miesięcy przestoju, pora zjechać na pit stop. A przecież było tyle planów mniej lub bardziej ważnych… Powrót do lubianej pracy, studia podyplomowe, wyjazdy, spotkania… W skrócie: powiedzenie zwykłej codzienności wreszcie jakiegoś w miarę serdecznego „dzień dobry” oczekując odwzajemnnienia tej przywróconej wieloma sposobami sympatii do świata… A tu trzeba wszystko znów odwrócić, odłożyć na bok, zapisać już w nowym kalendarzu. Bo noga…
Ale… zaraz, zaraz… Czuję nagły, wyraźny pstryczek w nos. Auć! „Mamcia, nie grymaś!”, woła nasz Krzysiu. I nawet nie kończąc tych moich smętów, wiem że ma Maluszek świętą rację…
Będąc w szpitalu, minuta po minucie, o ile nie częściej przemykały mi obrazy z krzysiowych oddziałów: wkłucia, znieczulenie, pilne zabiegi, antybiotyki, octenisept, opatrunki, bezsenność, okropny ból…
Z jedną, a właściwie dwoma zasadniczymi różnicami: po pierwsze, to nie tylko o głupią nogę chodziło, bo kaliber chorobowy był dużo większy – najczęściej – nieuleczalny; po drugie, pacjentem nie był wszystko niby rozumiejący, rozsądny, doświadczony dorosły, tylko malutkie, kruche, bezbronne dzieciątko…, a właściwie całe zastępy takich dzielnych, najsilniejszych, najmłodszych pacjentów – Rycerzy.
Bo wierzcie, popatrzyłam na siebie i na innych szpitalnych towarzyszy… Predzej byśmy sobie powyrywali te wszystkie rurki, cewniki, sprzęty i machnęli ręką pt.”a niech się dzieje” niż pokornie znosili taką walkę o życie, zdrowie jak znane nam Maluchy.
A jakby się odnieść do planów takich pacjentów? Przestałam się natychmiast użalać nad przesunięciem „na potem” swoich beznadziejnie przyziemnych i żałośnie prostych aspiracji. Bo moje „potem” istnieje, a przynajmniej mogę mieć na nie nadzieję… Natomiast w przypadku choćby naszego Krzysia oraz wielu jego aniołkowych przyjaciół, los nam udowodnił, że istnieje zakaz używania słów: „kiedyś…”, „potem…”, „za niedługo będę raczkować”, „wkrótce pobawię się w piaskownicy”, „jak będę duży, będę strażakiem”, „jak wygram ten konkurs, Zuzia da mi buzi”… My z Krzysiem jednak snuliśmy takie marzenia… Po cichutku. Jedyne „kiedyś” jakie ośmieliliśmy się zaśpiewać głośno naszemu Rycerzowi było proste, balladowe „kiedyś tam, będziesz miał dorosłą duszę…” każdej nocy przed snem, a nawet na końcu, podczas jego Ostatniej Drogi.
Jednak najgorsza jest chyba ta bezsilna świadomość, że mimo ogromnej wiary, wręcz heroicznej walki, tylko nam znanej determinacji… dla niektórych Maluszków robienie najdrobniejszych planów, pisanie kolorowych kalendarzy, dźwiganie plecaków do szkoły… jest po prostu (Bóg jeden wie dlaczego :-() zakazane…
I chyba poprzestanę tutaj w tych moich refleksjach, bo myśli i bunt niebezpiecznie się piętrzą, po prostu w głowie się nie mieszczą… A na szczycie tej piramidy pozostaje ciągle to samo, ciche, bolesne pytanie: „dlaczego właśnie dzieci?”…

P.S. Nic nie może być nam zakazane: planujcie – na jakieś „potem”, walczcie dopóki jest nadzieja (ona jest zawsze), nie bójcie się marzyć – z rozmachem! My połamaliśmy z Krzysiem wszelkie rozkazy i niczego nie żałujemy… Bo przecież to „kiedyś” może dziać się właśnie teraz, w Niebie, gdzie już nic nie boli. I np. Krzyś wygrał dziś konkurs na Najlepszego Szpitalnego Anioła Stróża Swojej Mamy i… może właśnie dostaje od zarumienionej Zuzi buziaka 🙂 Od Mamy oczywiście też!

image

No i znowu szpital :-(

Dziś odrobina prywaty. Krzyś wybaczy. Bo nadszedł ten dzień, którego obawiałam się przez całe wakacje. Ten dzień, w którym znów przyjdzie się nam zetknąć ze średnio ulubioną nam medycyną. Dzień, w którym trzeba będzie znów przekroczyć próg szpitala, a co gorsza, zostać w nim na chwilę dłużej i oby to jednak było „chwilę”, a nie „dłużej”. Dzień, w którym trzeba będzie przejść popularny, acz poważny zabieg. Ten pierwszy przymiotnik brzmi sympatyczniej. Ten dzień nastąpi jutro.

Troszkę aktywności fizycznej w to lato i niestety, moje kolano (dawno już nadszarpnięte wypadkiem i chirurgiczną poprawą doraźną) powiedziało „dość”. Tym samym wpakowało mnie w ciągłe uczucie bólu, towarzystwo niewygodnych kul i gdyby miało palec, to pewnie by nim pogroziło mówiąc kpiąco „nunu” w momencie wkładania nart, wsiadania na rower lub wyskoku na karimacie. A przecież jeszcze nie ten wiek, ani nie ten temperament, aby spędzić życie w fotelu lub na kanapie. Trzeba nóżkę podreperować i już, choć strach zaczyna pokazywać swoje niemałe oczy…

Tak, Mama Krzysia się boi szpitala, zabiegu, znieczulenia, stanu nogi jak już będzie po wszystkim. Dziwne, co? Przecież te szpitalne perypetie powinniśmy mieć w jednym palcu. No właśnie, i mamy, a nawet w głowie i pamięci. A tym samym wiemy wręcz za dużo, bo przecież albo nie omijały nas (Krzysia) albo występowały wokół te wszystkie możliwe infekcje, zakażenia, skutki uboczne, powikłania… a teraz w głowie siedzą, nie chcą wyjść, nie dają spać i każą obgryzać pazurki. Tym samym, słynne „nie chcę, ale muszę” nabrało bardzo dosłownego sensu.

Ostatni raz jako pacjentka byłam w szpitalu z Krzysiem. Siedział sobie wygodnie w wielkim brzuszku. I wtedy nie było marudzenia. I nieważne, że spędziliśmy tam długie tygodnie, że był upał, że ciągłe wkłucia, że towarzystwo mniej lub bardziej przyjaznych diagnoz i pomysłów, że seria nadprogramowych badań, że niepewność i strach… Nieważne, bo najważniejszy był Krzyś.

Dziś też ciągle Krzyś jest najważniejszy. A jego obecność dość nietypowa (niewidzialna okiem) obok nas, ale nieustannie silnie wyczuwalna daje nieoceniony wentyl bezpieczeństwa, poczucie spokoju, ukojenia, zdaje się szeptać „będzie dobrze”.

I jak to najodpowiedniej ujął ostatnio Tata Krzysia: „Nasz synek od co najmniej kilku dni studiuje tomy medycyny i ortopedii po to, żeby stał tam na sali w zielonym kitlu wśród chirurgów i dyktował im co mają robić. Więc o co Ty się, Mama martwisz?!” 🙂

Trzymajcie kciuki! Niech zatem Krzyś dobrze podyktuje, niech się lekarze go grzecznie słuchają, a ja… niech wezmę przykład z synka jakim trzeba być dzielnym pacjentem!

ImageCo to jest natomiast „zielony kitel” Krzyś nie musi studiować… „Dzięki” długiemu pobytowi na Intensywnej Terapii synek dokładnie wie, co to za ustrojstwo…

Hej, to mój balonik!

Dziś DDU. Dzień Dziecka Utraconego. A raczej Ukochanego (jak to napisała Mama Kropka), gdzie my się pod tym podpisujemy i popieramy – w końcu nie zgubiliśmy Krzysia na tych kilku spacerach, skąd więc taka nazwa?!
Rodzice Krzysia też przyłączyli się do tych radosno-smutnych obchodów. Radosnych, bo mogliśmy sprawić trochę radości Krzysiowi i jego rodzeństwu (nienarodzonemu, które nawet jeszcze nie zdążyło otrzymać imion). Smutne, bo jednak w smutnych okolicznościach wstępuje się do „Klubu Rodziców, Których Dotyczy DDU”.
Wczoraj po mszy św. w Bazylice Mariackiej wysłaliśmy w niebo setki białych baloników z imionami dzieci. Wzięliśmy 2 baloniki: jeden dla Krzysia, bo jest już dużym chłopcem i mu się należy balonik tylko dla niego; drugi dla dwójki jego rodzeństwa, a ponieważ są mniejsi dostali jeden balonik na spółkę, co by im było łatwiej go utrzymać w rączkach.

I tak sobie pomyśleliśmy, ile radochy musiało być wczoraj i dziś w Niebie, kiedy aniołki dostały swoje baloniki. Ile okrzyków „hej, to mój balonik!”, „ej, nie deptaj mojego balonika!”, „zamienimy się?” 🙂
Jedno jest pewne, św. Piotr na pewno ma nas rodziców na jakiś czas dość za bałagan, jaki zrobiliśmy mu w Niebie 🙂

ImageImage