Rycerzyka… Księga pamięci

Tęsknota to także forma życia…

                                   (D.Terakowska)

Ten tydzień milczeliśmy. Bo czasem warto pomilczeć, szczególnie gdy towarzyszy nam zaduma kolejnych popogrzebowych wspomnień – w poniedziałek uczestniczyliśmy w Ostatniej Drodze Kubusia. Tym samym, wróciły widma naszych obrazów z najgorszego czerwcowego dnia w naszym życiu, ale wraz z nimi wróciły też, niczym echo, Wasze słowa, Wasza obecność.

I dlatego dziś dopiero postanowiliśmy pochwalić się naszym kolejnym osobistym projektem z cyklu: „Ku pamięci Krzysia”. Mimo, że czasownik „pochwalić” brzmi tu dość absurdalnie, jesteśmy w pełni świadomi jego znaczenia. Niedługo po pogrzebie Krzysia, zdecydowaliśmy zatrzymać przy sobie jak najbliżej Waszą obecność: ciepło, serdeczność i dobroć, które nas wtedy utuliły. Poza tym, byliśmy ogromnie dumni z tego, jak bardzo bliskim oraz ważnym stał Wam się nasz synek. Musieliśmy to… hmm… „unieśmiertelnić”… I co wymyśliliśmy?

Przez kilka wieczorów, podczas których nie dało się nie szczędzić łez, czytaliśmy i zbieraliśmy w jedno wszystkie Wasze słowa, prywatne wiadomości, sms-y, e-maile, komentarze. Po prostu wszystko! Posegregowaliśmy źródłem pochodzenia. Opatrzyliśmy bliską naszemu sercu grafiką. Wydrukowaliśmy na kredowym papierze. Oprawiliśmy u introligatora. Nadaliśmy tytuł: „Księga pamięci Rycerzyka”.

A potem nie mogliśmy wyjść ze zdumienia, jednocześnie przepełnieni ogromnym wzruszeniem i dumą, gdy zorientowaliśmy się, że Księga liczy… 84 strony! Tak, nasz Rycerzyk był prawdziwym bohaterem! A Wy jesteście cudowni!:-* Gdy nam smutno, często do Waszych słów wracamy i znajdujemy tam ogromną dawkę dobroci, serdeczności i prawdy. Wiemy, że ani wtedy, ani teraz nie jesteśmy sami. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziliśmy, że blog będzie tak często odwiedzany jak teraz. Dziękujemy, że pokochaliście naszego synka tak mocno! Dziękujemy Jemu, że otoczył nas tak dobrymi ludźmi!

I może nawet, gdy ktoś pochopnie oceni nas, że za bardzo żyjemy przeszłością, nie będziemy się zbytnio tłumaczyć. Wiemy dość dobrze co teraz i tu, coś tam wymyślamy na kiedyś, ale to, co nam się przytrafiło kroczy obok… Rycerzyk wyrył w naszych sercach i myślach niezatarty czasem ślad, z którym uczymy się na nowo żyć. Nasza przeszłość jest piękna. Nie chcemy jej zapominać w najmniejszym szczególe: ani tym przykrym, ani tym radosnym. Stąd „Księga Pamięci”.

Dziękujemy Wam za to, że mogła powstać… :-*

ImageImageDSC_0509

ImageImage

Reklamy

Anioł Stróż i Anioł Krzyś: nasz najlepszy „dream team”!

„ Ludzie marzą o aniołach, myśmy jednego trzymali w ramionach”

Ten piękny w swojej prostocie i prawdzie cytat krąży mi w myślach odkąd dowiedziałam się, że obchodzimy dziś (tj. 02.10) Dzień Anioła Stróża. Pewnie kiedyś ta wiadomość nie wywarłaby na mnie większego wrażenia, dziś za to zatrzymała myśli codzienne na chwilę i wpuściła pewną refleksję.

Cofnęłam się wspomnieniami w kierunku pojęcia „anioł”. Najpierw znamy go z dziecięcych najprostszych pacierzy, potem zdarza nam się zbierać aniołkowe figurki i pieczołowicie ustawiać je na komodzie, niekiedy na własnym ramieniu ulotnie poczujemy uścisk niewidzialnej aniołowej dłoni, gdy być może zbyt raptownie chcemy wbiec na ruchliwą ulicę… Ja tak miałam… Miałam też swój swoisty aniołkowy bunt, kiedy nosząc już Krzysia pod serduszkiem, słyszałam: „Jak tam ma się Twój aniołek?”. W głowie nie pasowało mi równanie dziecko = aniołek, denerwowałam się, bo wiedziałam, że dwójka krzysiowego rodzeństwa jest już aniołkami w niebie. Krzyś przecież miał aniołkiem nie być. Miał być z nami. Obok. Tu. Na ziemi. Los (którego charakterystykę pozostawiam w przemilczeniu) jednak bywa przewrotny…

Bo Los podarował mi Anioła na ziemi…. Tak, dziś jestem w stanie z przekonaniem i dumą stwierdzić, że Krzyś będąc z nami miał w sobie coś niesamowitego, coś nieopisanego, coś anielskiego… Ten wzrok… Jego głębia… Bijąca z niego mądrość, mimo, że był tylko malutkim, bezbronnym chłopczykiem. Ten spokój… mimo cierpienia. Ta przenikająca bezwarunkowa miłość, którą się czuło całym sobą, mimo, że nie potrafił  jej wyrazić słowem, ani uśmiechem. Znamy jeszcze wiele takich niezwykłych dzieci. Większość niestety podobnie jak Krzyś swoją anielskość ukazuje w chorobie, często w szpitalu, ale zawsze wśród kochających najbliższych. TE ich oczy… I jakkolwiek górnolotne to przekonanie może się komuś wydawać, myślę, że Rodzice anielskich dzieci – czy to ziemsko, czy niebiańsko anielskich dzieci – wiedzą doskonale o czym piszę. Świadczy o tym choćby to, że przecież doskonale znacie powyżej przytoczony cytat…

Teraz też mam swojego Anioła, tyle że już nie na ziemi, a w niebie… Oprócz Stróża, który pewnie miałby mi wiele do powiedzenia jak bardzo jest już zmęczony nadążaniem za mną 🙂 , jest także zwinny i radosny nasz prywatny Aniołek Krzyś. Może przypadkiem, a może celowo, ostatnio wracając z lotniska autostradą, gdzie radio nie łapało zasięgu natrafiliśmy na audycję o aniołach… Słuchaliśmy w milczeniu. O ich opiece nad nami, o ich mądrości, o ich miłości – takiej czystej i bezgranicznej. Nie chcę się tu wdawać w polemiki religijno-poglądowe, ale chcę przytoczyć tylko jedno zdanie z usłyszanej audycji:

„Gdyby przyrównać do siebie najmądrzejszego człowieka i najgłupszego anioła, to i tak ten anioł byłby o wiele mądrzejszy…”

My – ludzie przecież wiemy tak mało, a tak bardzo się martwimy o przyszłość, usilnie snujemy plany, przekonujemy do jedynych właściwych, bo własnych racji… Ja też tak robię. Z tą różnicą tylko teraz, że może nie bez powodu szepcąc poranne „dzień dobry” i pełne nadziei wieczorne „dobranoc”, mimochodem, pełne ufności spojrzenie i uśmiech wędrują w stronę naszego ulubionego krzysiowego zdjęcia…  Czuwaj Aniołku, czuwaj! :-*

ImageImage

Krzysiowe pozdrowienia z wakacyjnego Nieba!

ImageP.S. Pozwolimy sobie do tych nietypowych pozdrowień tylko dodać, że z Krzysiem niemożliwe okazuje się możliwe: urlopu miało w tym roku nie być – z różnych względów – ale jednak był: króciutki, nieplanowany, a bardzo udany. Wreszcie mogliśmy pozbierać myśli, rozświetlić spojrzenie promieniami słońca, pobyć sam na sam z własnymi uczuciami, tęsknotami, zadać wiele pytań pt.”co dalej?”. Chociaż i tak coraz bardziej odczuwamy, że w tych wszelkich naszych pomysłach na przyszłość, Krzyś macza swoje anielskie paluszki… Za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni! :-* I tak nieskromnie dodam: synek troszkę podkoloryzował…: wydaje nam się, że nie musiał pędzić za samolotem, tylko siedział sobie wygodnie w środku u nas na kolanach… Czuliśmy go tam… serduchem! 🙂 Bo… „psecies zawse latem – za ląckę!” Choćby niewidzialnie! 🙂 :-*

Image

Będę z Tobą…

Deszcz mocno uderza o szyby, a ja tak się w niego bezczynnie wpatruję i myślę, co by dziś tutaj napisać… I nagle, z nie wiadomo skąd, w głowie wyraźnie rozbrzmiewa ta znajoma nuta:

Ze swojej drogi zejdę,
będę z Tobą.
I w najlepszej z chwil, i najgorszej też,
będę z Tobą
Jak i w pierwszym, tak i w ostatnim dniu,
będę z Tobą…
Z Tobą.

I jakby to było wczoraj, przypomniało mi się jak śpiewałam tę prostą, prawdziwą i piękną piosenkę mojemu Krzysiowi… Najczęściej jak byliśmy tylko we dwoje, jak czekaliśmy jak Tata wróci z pracy. Dużo i często sobie śpiewaliśmy.

Dziś ta sama nuta w myśli powraca, a ta myśl tak sobie kombinuje: może to role się odwróciły; może to teraz Krzyś śpiewa mi cichutko, a wyraźnie te same słowa; może teraz to on czuwa i przekonuje, że… „mamcia, będę z Tobą; tatko, z Tobą”.
I tym samym, właściwie sam Krzyś i jego piosenka szeptana mi w głowie zdecydowali o czym dziś Wam napiszę…

Jakieś zdjęcie dostaje BUZIAKA, co dnia!

Fotografie to kęsy czasu, które można wziąć do ręki.
/ Angela Carter /

Dzisiejszy wpis powinien powstać już dawno, bo będzie o czymś, co stworzyliśmy już jakiś czas temu. Tylko potrzebowaliśmy chwili, aby projektem bardzo osobistym podzielić się tutaj… Pomysł zrodził się niedługo po odejściu Krzysia, właściwie w momencie największej rozpaczy, gdy pakowaliśmy jego rzeczy z sypialni i musieliśmy pokonać własną, niełatwą i wyjątkowo długą, prywatną „drogę krzyżową” na strych, aby postawić w kącie łóżeczko, wanienkę, pudła ubranek i zabawek… Wróciliśmy do pokoju i narodził się bunt: zaraz, przecież nie można tak łatwo „posprzątać” i pozwolić, by nasze najpiękniejsze 3 miesiące życia – z synkiem w domu – pokryła niepamięć i gruby kurz…

Wówczas zrodziła się myśl dyktowana towarzyszącym nam bez przerwy przekonaniem: przecież Krzyś jest. Zawsze obok. W tym pokoju również. To jego pokój i jego pokojem pozostanie.

Było trudno, bardzo trudno otworzyć foldery z tysiącami zdjęć w laptopie, gdzie z każdego spoglądał na nas synek – sam, bądź w towarzystwie bliskich. Gdy oglądamy zdjęcia z najlepszego nam okresu, gdzie gdyby nie te sprzęty, nasz Krzyś wydawał się zupełnie zdrowym dzieciątkiem, serce się zaciska, pięść też… Dlaczego on? Jednak, gdy zbliżamy się do końcowych zdjęć, gdy było naprawdę źle, gdzie buzia Rycerzyka jest zmęczona, smutna, staramy się znaleźć jakieś własne opamiętanie.

Nie dało się więc nie emocjonalnie, ale udało się wybrać nam najpiękniejsze i najbliższe sercu zdjęcia naszego Krzysia. Przeznaczyliśmy na ten ważny nam projekt całą, największą, centralną ścianę sypialni. Oprawiliśmy zdjęcia w białe ramki, a te z kolei wszystkie ułożyliśmy w kadrze grubej ramy. A pomiędzy powiesiliśmy specjalnie wyszukane bieszczadzkie anioły… niech strzegą pamięci tych chwil.

No właśnie… Bo to o te chwile się rozchodzi najbardziej. Chwile dla nas najważniejsze, będące kwintesencją minionego trudnego, ale najpiękniejszego roku. I te kolorowe obrazki tych najistotniejszych życiowo momentów, dni, miesięcy są dla nas namacalnym dowodem minionych przeżyć; dowodem, że mogliśmy tulić, kąpać, całować, być obok Krzysia. Bo… czas mija, pamięć pozostaje, ale często walczy z trudnym do odparcia wrażeniem, że to, co nam się zdarzyło, to był jakiś  przepiękny sen, z którego brutalnie nas obudzono… I teraz życie stara się jakoś toczyć normalnie dalej, jak gdyby nigdy nic.

A wolelibyśmy na odwrót: chcielibyśmy teraz zbudzić się z okropnego koszmaru samotnych Rodziców i znów utulić naszego synka, zaśpiewać kołysankę…  Dlatego dziś, przy każdym „dzień dobry” i „dobranoc” jakieś zdjęcie dostaje buziaka. To nic, że zimna szybka, to nic, że zabrudzona odciskiem ust… Mamy swoją prywatną „ścianę pamięci” i niech nam udowadnia co dnia, że taka Miłość zdarzyła nam się naprawdę!

Bo przecież…

ŚMIERĆ TO ZBYT MAŁY POWÓD, ABY PRZESTAĆ KOCHAĆ.

Image

Image

Cuda się nie zdarzają

Dziś minęło dokładnie 3 miesiące odkąd odszedł od nas Krzyś. I cóż mam napisać… Bezlitośnie długie 3 miesiące. I chociaż co dzień zaklinam rzeczywistość głęboko wierząc, że on nam towarzyszy nieustannie i właściwie wiem, że synek nawet bardziej może wszędzie z nami być niż kiedyś… Ale dzisiaj… Dzisiaj, tak samo jak w innych wielu chwilach słabości inaczej zaklinam tę rzeczywistość… Stoję patrząc na przepiękny pomnik na Krzysiowym grobku i modlę się, aby to arcydzieło nagle pękło w drobny mak i żeby wyszedł z niego nasz cały i zdrowy Krzyś.

Cuda się nie zdarzają. Nie zdarzyły się nawet w minionym roku wtedy, gdy tak bardzo ich potrzebowaliśmy.

Tymczasem… głaszczę kamienną pupcię rzeźby na pomniczku i przypominam sobie ten piękny wiersz: (zachowana oryginalna pisownia tłumaczenia):

Edward Estlin Cummings

„Te dzieci, które śpiewają w kamieniu”

Te dzieci które śpiewają w kamieniu to
milczenie kamienia te
małe dzieci owinięte kwiatami
w kamieniu rozchylony

zawsze te milczące ma
leńke dzieci są płatkami ich
piosenka jest kwiatem na
wieczność ich kwiaty

z kamienia są
milczącym śpiewaniem
piosenki bardziej cichej
od ciszy wiecznie te same

dzieci na zawsze
śpiewające w wieńcu śpiewających
kwiatów dzieci z
kamienia z oczami

w kwiatach
wiedzą czy któreś
najmniejsze
drzewo dosłyszy

za zawsze na wieczność te dzieci śpiewające na zawsze
piosenkę złożoną
z milczącego jak kamień milczenia

/przełożył Artur Międzyrzecki/

20130901_184827

Nowa kołderka Krzysia…

Już jest! Wreszcie nastał ten dzień. Odwiedzając Krzysia na cmentarzu, nie patrzymy już na usypaną z ziemi mogiłkę. Wreszcie nasz synek doczekał się nagrobka. I chyba warto było czekać…

Jako że nasz Skarb był kimś dla nas wyjątkowym, postanowiliśmy podarować mu jedyne co jeszcze mogliśmy – wyjątkowy, pełen symboliki, indywidualnie zaprojektowany nagrobek.

Często słyszeliśmy, że nasz chłopczyk (niestety ze względów medycznych) jest jedynym takim na świecie… Tym razem, oprócz przykrej kombinacji genotypu, ma jeszcze jedyny taki pomnik na świecie – samodzielnie wykonany ręką przemiłego rzeźbiarza, w stronę którego przesyłamy wielki ukłon podziękowań i uznania.

W pomniczku Krzysia jest wszystko to, co wyryło się w naszej pamięci w ciągu tych prawie dwunastu miesięcy spędzonych razem. Wszystko, co chcieliśmy uwiecznić na zawsze…

– jest „Rycerzyk”, którym to w pamięci naszej i Waszej nasz Krzyś pozostał do dziś,

– jest mieczyk, który już może leżeć z boku, wystarczy walki…,

– jest „odpoczywaj”, bo przecież Krzyś nie śpi, tylko podbija swoim wdziękiem chmurkowe krainy,

– jest zdjęcie z takim Krzysiem, jakim go zapamiętaliśmy: z jego i tylko jego minką i tym zawadiackim, a jednocześnie ciekawskim spojrzeniem,

– jest słodki, niesforny kędziorek, który potrafił często wymykać się na wolność podczas układania fryzurki,

– jest nieodłącznie nam towarzyszące „kubusiowe koło ratunkowe” dla naszej tęsknoty: „jeśli się kogoś kocha, to ten drugi ktoś…”,

– jest serce, takie o jakie chodziło: takie nie wprost, otulające nas i wtedy, i teraz bezpieczną, bezwarunkową miłością,

– są też skrzydła, które tulą…

Gdyby kiedyś za kilkadziesiąt lat, przyszło mi napisać jakąś książkę o naszym życiu, nieważne co się w nim jeszcze wydarzy, już dziś wiem, jaki nadałabym jej tytuł… „Pod skrzydłami dobrego Anioła”…

ImageImageImageImageImageImageImage

A całość prezentuje się następująco:

Image

Nie odległością mierzy się oddalenie

Kochani Przyjaciele,

Pewnie zastanawiacie się co u nas, piszecie na priv, dzwonicie, odwiedzacie codziennie w bardzo mile zaskakującej liczbie naszego bloga, dzięki któremu dajemy znać, że jesteśmy, a przede wszystkim, że jest z nami Krzyś! I o to przecież chodzi. Dziękujemy Wam bardzo za wszystko! I choćby to miało najbanalniej zabrzmieć, cieszymy się i dziękujemy za to, że jesteście :-* W końcu już tyle razem przeszliśmy… To nic, że tylko wirtualnie. Przecież w myśl słów Antoine de Saint-Exupéry’ego „to nie odległością mierzy się oddalenie” i Krzyś w najdoskonalszy sposób z możliwych nam to w każdej chwili udowadniał, udowadnia i udowadniać będzie nieustannie…

Zastanawialiśmy się nad przyszłością tego bloga. Nie chcemy w kółko pisać o tym samym, nie chcemy Was zadręczać naszymi lepszymi bądź gorszymi nastrojami. Blog powstał we właściwie jedynym celu: udowodnić, że życie jest piękne, wbrew wszystkiemu; udowodnić, że Krzyś był i jest naszym największym Szczęściem, jakie nam było zaszczyt spotkać po dość beztroskiej i łatwiej drodze życia.

Po wielu przemyśleniach, po niezliczonych słowach uznania z Waszej strony, zdecydowaliśmy: kontynuujemy „misję Krzyś”. Blog dalej będzie istniał, będziemy starać się systematycznie pisać, jak tylko będziemy mieli o czym. Już jakiś czas temu wyznaczyliśmy sobie granicę bezwzględnej intymności niektórych przeżyć pomiędzy tymi, którymi chcemy się z Wami dzielić. Na razie i tych pierwszych, i tych drugich nie brakuje. A gdy kiedyś zabraknie natchnienia, zabraknie pomysłów, zaczniemy ocierać się o sztampę i nieprzemyślane, codzienne banały, napiszemy właściwe symboliczne pożegnanie. Mamy nadzieję, że czas i nasze dalsze ścieżki życia same dadzą znać, kiedy nastąpi ten moment.

Póki co, nasza ścieżka wciąż wydeptywana jest śladami małych, krzysiowych stópek tuż obok naszych… Widzimy nasze dorosłe i dziecięce odbicia stóp po dość wyboistej drodze już za nami. Potem chwilowo ciągnął się tylko ślad maleńkich nóżek, kiedy to synek musiał nas podźwignąć na swoich skrzydłach, gdy zabrakło nam sił i chęci aby iść dalej. A teraz? Teraz zdajemy się stać w miejscu, a przed nami widzimy wyraźnie tak dobrze nam znane małe, kochane stópki prowadzące naprzód pewnym i zdecydowanym krokiem w konkretną stronę. Mamy wrażenie, że Krzyś ze swoim zalotnym kędziorkiem, spogląda na nas przekornie, zapięty w swojego kolorowego pampersa, ciągnie nas za rączkę, wybiega boso do przodu i mówi: „Mamcia, Tatko, no chodźcie za mną! Pokaze i powiem Wam wsystko! Jest tyle do zlobienia!”. Kierunkowi temu mówimy „tak”, odgadujemy każdy drogowskaz, a drogę tę nazywamy „misja Krzyś”.

I obiecujemy systematycznie przed Wami odkrywać kolejne karty tego przedsięwzięcia. Będzie mniej tajemniczo niż teraz, będzie konkretnie, ale dopiero jak będziemy pewni skuteczności i dokończenia wszelkich pomysłów. Póki co, „misja Krzyś” zakłada stworzenie siedmiu projektów: mniejszych, większych; łatwych, bardziej rozbudowanych; całkiem prywatnych oraz dedykowanych wszystkim chętnym w nich uczestniczyć…

Towarzyszą jej ważne, namacalne cele: pomóc sobie, pomóc innym dzieciom, pomóc innym Rodzicom. Chcemy je spełnić. Z pomocą Krzysia, wierzymy, że się uda.

Mam nadzieję, że będziecie dalej z nami, że będziecie dalej wspierać, dopingować lub po prostu towarzyszyć. Może kiedyś ta droga przed nami zapełni się innymi odciskami wielu, bardzo wielu stóp… Bo przecież „nie odległością mierzy się oddalenie”.

Image

Pobierając kiedyś przy kąpieli odcisk krzysiowej stópki – na pamiątkę jej uroczego rozmiaru – nie sądziliśmy, że będzie kiedyś naszą najważniejszą, prywatną busolą…

Tryb „airbag” włączony!

Dziś, ot tak, króciutko. Tak prawie niezauważalnie, w locie, jak toczą się nasze myśli, okruszki i okruchy wspomnień, rozmowy co dnia, co chwilka przywołując pamięcią specjalnie, bądź zupełnie podświadomie naszego synka. On z nami jest. A my z nim. I nieustannie rozmawiamy ze sobą, dyskutujemy… Prosimy Krzysia o pozamiatanie chmurek na niebie, gdy potrzebujemy słonecznej pogody na weekend; załatwia nam zielone światło, gdy się śpieszymy; przytula mocno ramieniem taty lub mamy, gdy to drugie z nich potrzebuje bliskości i utulenia…

I może to się wydawać śmieszne, niedorzeczne, naiwne, nie chcemy tego zmieniać. W takim podejściu znajdujemy swoją poduszkę powietrzną, która słabiej lub mocniej wystrzela w zderzeniu z tęsknotą, pustką i pytaniami, które nie mają już najmniejszego sensu. Taki tryb <airbag> działa stale,  niezawodnie oraz jest wielokrotnego użytku! I nieustannie robimy tak jak powyżej, a czasem tak nieopatrznie rozmawiamy jak poniżej:

Mama Krzysia:

Uważaj na szafkę, bo się uderzysz!

Tata Krzysia:

Przecież wysoko wisi, co ja tak nagle urosłem?!

Mama Krzysia:

Widocznie jakiś wyższy się zrobiłeś. Bo teraz już nosisz Krzysia w sobie. Dlatego czujesz się Wielki (…)

Image

Polemika z astronomem…

Ostatnio pisaliśmy o naszym zupełnie odwróconym pojęciu tęsknoty…  Wcześniej, to wieczory stawały się bezlitośnie puste, za długie… Dziś za to zdecydowanie gorzej nam się funkcjonuje w ciągu dnia… gdzie letni klimat wakacyjnych uniesień nie pokonuje naszego poczucia pustki, a uwydatnia tęsknotę… Rozbudzają się wówczas zakazane rewiry naszej wyobraźni stawiające jeszcze bardziej zakazane pytania: „Czy mogłoby być tak pięknie…?”, „A co byśmy robili… tu, teraz, o tej porze… z Krzysiem?”. Pytania pozostają bez odpowiedzi, pustka bez wypełnienia, a tęsknota? Tęsknota znajduje swoje marne, ale przyjemne ukojenie… właśnie wieczorem.

Bo wieczorem uwielbiamy siadać na balkonie w naszym zacisznym krakowskim ogrodzie i patrzymy w Górę… Rozmawiamy z synkiem. Czujemy go. Staramy się słuchać. Niby go nie słychać, ale przecież już przyzwyczailiśmy się do jego wielu ważnych lekcji, których nam udzielił milcząc. Chcemy, by o nas wiedział… że o nim myślimy, że się go radzimy w wielu sprawach, że tęsknimy, że kochamy, że jesteśmy… Dlatego nawet będąc na cmentarzu co dnia, nigdy nie staramy się patrzeć w dół. Zawsze patrzymy tylko ku Górze pytając: „Krzysiu, jak się dziś masz?”

A dziś niebo jest szczególne. Rozbłyski Perseidów sieją na niebie niekończącą się liczbę spadających gwiazd. Choć mówią, że te gwiazdy to łzy św. Wawrzyńca, my mamy swoją bardziej optymistyczną teorię nie obawiając się bojkotu ze strony znawców astronomii. Niech sobie myślą uczeni, że to ogon jakiejś tam komety, że meteoroidy, że pył… Dla nas dziś w Niebie panuje święto: małe aniołki postanowiły dać o sobie znać jeszcze wyraźniej! Krzyś i reszta aniołkowych mniejszych i większych zastępów postanowiła przyjrzeć się nam z bliska: odsłonili grube kotary niebiańskich komnat, wzięli lornetki odbijające od siebie promienie niewidocznego nam już słońca i skrzą się z oddali dając znać: jesteśmy, czuwamy, też Was kochamy! Widzicie, ilu ich tam jest?!
I jakże to niebo jest wesołe, pełne magii, pełne dobrej energii. Prawdziwe świetlne widowisko! A my wiemy, że tam jest Krzyś i czujemy się szczęśliwi wierząc, że skoro niebo nas zachwyca od tej strony, to jak pięknie musi wyglądać po tej drugiej… Dziś w nocy też posłuchamy Krzysia co chce nam powiedzieć… A może zrzuci ku nam cząstkę gwiezdnego pyłu z własnej lornetki… tego słonecznego blasku, który ochroni, doda sił, utuli.

I na szczęście, nie tylko my w to wierzymy. Inna Aniołkowa Mama również widzi w Niebie więcej niż to, co się śni astronomom…

skrzydła zostawione
przed drzwiami

aureola wciśnięta
między czapkę i szalik

przyszedłeś tylko na chwilę
niczym gość z krótką wizytą

zabrałeś książkę
z ulubionymi wierszami
i tego brązowego misia

cichutko zamknąłeś
za sobą drzwi

a na niebie rozbłysła
nowa gwiazda

(http://sylwetka74.blogspot.com)