Anioł Stróż i Anioł Krzyś: nasz najlepszy „dream team”!

„ Ludzie marzą o aniołach, myśmy jednego trzymali w ramionach”

Ten piękny w swojej prostocie i prawdzie cytat krąży mi w myślach odkąd dowiedziałam się, że obchodzimy dziś (tj. 02.10) Dzień Anioła Stróża. Pewnie kiedyś ta wiadomość nie wywarłaby na mnie większego wrażenia, dziś za to zatrzymała myśli codzienne na chwilę i wpuściła pewną refleksję.

Cofnęłam się wspomnieniami w kierunku pojęcia „anioł”. Najpierw znamy go z dziecięcych najprostszych pacierzy, potem zdarza nam się zbierać aniołkowe figurki i pieczołowicie ustawiać je na komodzie, niekiedy na własnym ramieniu ulotnie poczujemy uścisk niewidzialnej aniołowej dłoni, gdy być może zbyt raptownie chcemy wbiec na ruchliwą ulicę… Ja tak miałam… Miałam też swój swoisty aniołkowy bunt, kiedy nosząc już Krzysia pod serduszkiem, słyszałam: „Jak tam ma się Twój aniołek?”. W głowie nie pasowało mi równanie dziecko = aniołek, denerwowałam się, bo wiedziałam, że dwójka krzysiowego rodzeństwa jest już aniołkami w niebie. Krzyś przecież miał aniołkiem nie być. Miał być z nami. Obok. Tu. Na ziemi. Los (którego charakterystykę pozostawiam w przemilczeniu) jednak bywa przewrotny…

Bo Los podarował mi Anioła na ziemi…. Tak, dziś jestem w stanie z przekonaniem i dumą stwierdzić, że Krzyś będąc z nami miał w sobie coś niesamowitego, coś nieopisanego, coś anielskiego… Ten wzrok… Jego głębia… Bijąca z niego mądrość, mimo, że był tylko malutkim, bezbronnym chłopczykiem. Ten spokój… mimo cierpienia. Ta przenikająca bezwarunkowa miłość, którą się czuło całym sobą, mimo, że nie potrafił  jej wyrazić słowem, ani uśmiechem. Znamy jeszcze wiele takich niezwykłych dzieci. Większość niestety podobnie jak Krzyś swoją anielskość ukazuje w chorobie, często w szpitalu, ale zawsze wśród kochających najbliższych. TE ich oczy… I jakkolwiek górnolotne to przekonanie może się komuś wydawać, myślę, że Rodzice anielskich dzieci – czy to ziemsko, czy niebiańsko anielskich dzieci – wiedzą doskonale o czym piszę. Świadczy o tym choćby to, że przecież doskonale znacie powyżej przytoczony cytat…

Teraz też mam swojego Anioła, tyle że już nie na ziemi, a w niebie… Oprócz Stróża, który pewnie miałby mi wiele do powiedzenia jak bardzo jest już zmęczony nadążaniem za mną 🙂 , jest także zwinny i radosny nasz prywatny Aniołek Krzyś. Może przypadkiem, a może celowo, ostatnio wracając z lotniska autostradą, gdzie radio nie łapało zasięgu natrafiliśmy na audycję o aniołach… Słuchaliśmy w milczeniu. O ich opiece nad nami, o ich mądrości, o ich miłości – takiej czystej i bezgranicznej. Nie chcę się tu wdawać w polemiki religijno-poglądowe, ale chcę przytoczyć tylko jedno zdanie z usłyszanej audycji:

„Gdyby przyrównać do siebie najmądrzejszego człowieka i najgłupszego anioła, to i tak ten anioł byłby o wiele mądrzejszy…”

My – ludzie przecież wiemy tak mało, a tak bardzo się martwimy o przyszłość, usilnie snujemy plany, przekonujemy do jedynych właściwych, bo własnych racji… Ja też tak robię. Z tą różnicą tylko teraz, że może nie bez powodu szepcąc poranne „dzień dobry” i pełne nadziei wieczorne „dobranoc”, mimochodem, pełne ufności spojrzenie i uśmiech wędrują w stronę naszego ulubionego krzysiowego zdjęcia…  Czuwaj Aniołku, czuwaj! :-*

ImageImage

Polemika z astronomem…

Ostatnio pisaliśmy o naszym zupełnie odwróconym pojęciu tęsknoty…  Wcześniej, to wieczory stawały się bezlitośnie puste, za długie… Dziś za to zdecydowanie gorzej nam się funkcjonuje w ciągu dnia… gdzie letni klimat wakacyjnych uniesień nie pokonuje naszego poczucia pustki, a uwydatnia tęsknotę… Rozbudzają się wówczas zakazane rewiry naszej wyobraźni stawiające jeszcze bardziej zakazane pytania: „Czy mogłoby być tak pięknie…?”, „A co byśmy robili… tu, teraz, o tej porze… z Krzysiem?”. Pytania pozostają bez odpowiedzi, pustka bez wypełnienia, a tęsknota? Tęsknota znajduje swoje marne, ale przyjemne ukojenie… właśnie wieczorem.

Bo wieczorem uwielbiamy siadać na balkonie w naszym zacisznym krakowskim ogrodzie i patrzymy w Górę… Rozmawiamy z synkiem. Czujemy go. Staramy się słuchać. Niby go nie słychać, ale przecież już przyzwyczailiśmy się do jego wielu ważnych lekcji, których nam udzielił milcząc. Chcemy, by o nas wiedział… że o nim myślimy, że się go radzimy w wielu sprawach, że tęsknimy, że kochamy, że jesteśmy… Dlatego nawet będąc na cmentarzu co dnia, nigdy nie staramy się patrzeć w dół. Zawsze patrzymy tylko ku Górze pytając: „Krzysiu, jak się dziś masz?”

A dziś niebo jest szczególne. Rozbłyski Perseidów sieją na niebie niekończącą się liczbę spadających gwiazd. Choć mówią, że te gwiazdy to łzy św. Wawrzyńca, my mamy swoją bardziej optymistyczną teorię nie obawiając się bojkotu ze strony znawców astronomii. Niech sobie myślą uczeni, że to ogon jakiejś tam komety, że meteoroidy, że pył… Dla nas dziś w Niebie panuje święto: małe aniołki postanowiły dać o sobie znać jeszcze wyraźniej! Krzyś i reszta aniołkowych mniejszych i większych zastępów postanowiła przyjrzeć się nam z bliska: odsłonili grube kotary niebiańskich komnat, wzięli lornetki odbijające od siebie promienie niewidocznego nam już słońca i skrzą się z oddali dając znać: jesteśmy, czuwamy, też Was kochamy! Widzicie, ilu ich tam jest?!
I jakże to niebo jest wesołe, pełne magii, pełne dobrej energii. Prawdziwe świetlne widowisko! A my wiemy, że tam jest Krzyś i czujemy się szczęśliwi wierząc, że skoro niebo nas zachwyca od tej strony, to jak pięknie musi wyglądać po tej drugiej… Dziś w nocy też posłuchamy Krzysia co chce nam powiedzieć… A może zrzuci ku nam cząstkę gwiezdnego pyłu z własnej lornetki… tego słonecznego blasku, który ochroni, doda sił, utuli.

I na szczęście, nie tylko my w to wierzymy. Inna Aniołkowa Mama również widzi w Niebie więcej niż to, co się śni astronomom…

skrzydła zostawione
przed drzwiami

aureola wciśnięta
między czapkę i szalik

przyszedłeś tylko na chwilę
niczym gość z krótką wizytą

zabrałeś książkę
z ulubionymi wierszami
i tego brązowego misia

cichutko zamknąłeś
za sobą drzwi

a na niebie rozbłysła
nowa gwiazda

(http://sylwetka74.blogspot.com)

Trąć skrzydłem…

Są wakacje. Są dni spokojne, aż nudne, aż za normalne… Ostatnie dni jednak  były u nas małym przełamaniem rutyny: są wakacje, więc mieliśmy cudownych gości i okazję spędzenia wspólnie magicznego czasu. Wiemy, że są to Przyjaciele przez wielkie „P”, na banalne „dobre i złe”, które czasem tak wiele znaczy. Cieszymy się, widząc ich szczęście, mamy przyjemność w sprawianiu małych wielkich radości ich dzieciom, przecież też je kochamy… tak po swojemu – po „ciociu-wujkowemu” i ze szczerym podziwem przyglądamy się ich nieudawanej ufności, nieskrywanej spontaniczności, beztroskiej codzienności. Przełamujemy kolejne bariery udając się na place zabaw, znajdujemy uśmiech w kręceniu się na karuzeli wśród innych maluchów. Nie mamy z tym problemu, że inne dzieci są, że się śmieją, że grymaszą, że biegają, skaczą, rozrabiają… Przecież są najpiękniejszą ozdobą czasem tak bardzo nudnego i smutnego świata dorosłych, taką iskierką i sensem, co pcha te nasze osobiste karuzele do przodu…

Jednak mamy ciągle ten sam, niekończący się problem: nieporadność odpowiedzenia sobie na pytanie, które towarzyszy nam od chwili, gdy dowiedzieliśmy się, że nasz Synek jest nieodwracalnie chory, a tym bardziej nie daje ono nam spokoju od równych dwóch miesięcy, gdy naszego Synka zabrakło…: „Dlaczego nie ma na tym placu zabaw z nami Krzysia?” Czy to tak zbyt wiele… ? Zbyt wygórowane marzenie? Tak zwyczajnie chcemy, żeby po prostu był, żeby się bawił i cieszył tym życiem, którego dane mu było zaznać tak krótko i tak nie w pełni… Ciągle ta sama pretensja: czemu nasze dziecko nie mogło, nie może i nigdy móc nie będzie cieszyć się jak inne dzieci…? I ta pretensja wraca do nas od ponad roku jak bumerang, uderza gdzieś tam głęboko i to dość mocno. Mamy wrażenie, że mimo upływu czasu, coraz mocniej.

I jak jeszcze miesiąc temu najtrudniejsze do zniesienia były wieczory, tak teraz niełatwe stały się dni… Długie, słoneczne, przepełnione szczebiotem dziecięcych figlów, eleganckich spacerówek schowanych w parkowych cieniach, rodzinnych pikników na bulwarach… Też tak byśmy chcieli. A nawet nie tyle szczęścia nam trzeba. Rzeczywistość nauczyła nam miarkować rozmach naszych „chcieć”. Właściwie to brakuje nam najbardziej tych najzwyklejszych codziennych obowiązków. Marzymy, by w tych złotych promieniach słońca móc jeszcze raz przewinąć Krzysia, dać mu jeść, pić gdy gorąco, nakryć wózeczek moskitierą i werandować, a wieczorem, kiedy chłodniej – pójść na spacer do ulubionego parku, na ulubioną ławkę. Wyobrażamy sobie, w co byśmy go dziś ubrali, żeby mu było chłodno i wygodnie… Marzymy, by jeszcze raz móc mu ugotować zupkę, przetrzeć jabłuszko, wykąpać, odmierzyć leki… odessać, zmienić rurkę, sondę… No właśnie. I tutaj pojawia się lekkie opamiętanie. Bo jeśli Krzysiowi nie dane było żyć jak innym dzieciom – beztrosko, zdrowo i swobodnie, to czy chciałby teraz być otoczony wakacyjnym klimatem swobody, na którą nigdy by sobie nie mógł pozwolić…? Wtedy, zaczynamy znów próbować zrozumieć dlaczego wakacyjny czas zdecydował się spędzić nie jeszcze TU, ale już TAM. I zaczyna nam być głupio, jak bardzo jesteśmy egoistyczni myśląc tylko „Jak bardzo MY byśmy chcieli…”. A czego chciał Krzyś? Chciał tego samego, o czym powyżej. Chciał się bawić, rozrabiać, śmiać i kręcić na karuzeli. Skoro nie mógł tu. Może tam… może.

Synku, przepraszamy Cię za ten egoizm. Bądź szczęśliwy na tej swojej aniołkowej karuzeli.

A jeśli widzisz, że nam smutno, smutniej i czasem jeszcze bardziej smutno… trąć mocno skrzydłem… przytul, pocałuj i bądź. Choćby niewidzialnie.

Image

Małżeńska arytmetyka

Dziś późny wpis, bo właściwie przed chwilą dopiero urządziliśmy sobie nietypowe oczepiny… Tak, bo te nasze prawdziwe, radosne i zupełnie beztroskie obchodziliśmy dokładnie 3 lata temu…
Dziś, patrząc wstecz, mamy wrażenie, że od tego „tak na zawsze” minęło może 3 tygodnie, a czasem wydaje się, że upłynęło 30 lat…
Ale z całej tej subiektywnej artmetyki, jedno jest pewne: mieliśmy niezwykłe szczęście przeżyć najpiękniejsze i najbardziej wartościowe 3 miesiące małżeńskiego, rodzinnego życia… z łóżeczkiem obok własnego; z synkiem w ramionach.
To nic, że choroba, że rurki, że sprzęt: wtedy kocha się bardziej… Naprawdę!
I taką niecodzienną Lekcję tej bezinteresownej Miłości w najczystszej postaci podarował nam Krzyś.
I choć wciąż z tej Lekcji piszemy sprawdzian co dnia, to chcieliśmy dziś jakoś ją przypieczętować, wręczyć wspólny prezent…
I oto o północy powiesiliśmy na (słynnej od uczuciowych uniesień) Kładce Bernatka naszą własną kłódkę… Niby banał, ale kluczyk powędrował w głąb Wisły.
A niewielka kłódka zamknęła w sobie wszystko to, co dla nas najważniejsze: moc bogatych wspomnień oraz „kocham, szanuję, jestem… mimo wszystko”.
Ciężka ta nasza kłódka: od nadmiaru przeżyć, emocji, radości i łez. I choć Krzysia już z nami nie ma, to nijak nie ma się to do zimnych praw fizyki: jest nas mniej, a przez to jakże ciężej, co dnia…
Na szczęście mamy siebie i pomocne ramię obok. Bo małżeństwo przecież polega na sile wsparcia i właściwej równowagi… Może dlatego słowo  „małżeństwo” ma w swoim środku „ż”, to samo, które „mąż” kończy, a „żona” zaczyna. Ot, taka ta nasza nocna arytmetyka :-*

image

image

„BO ŻYCIE KOCHANIE TRWA TYLE CO TANIEC”.

” Sucha kostucha – ta Miss Wykidajło
wyłączy nam prąd w środku dnia.
Pchajmy wiec taczki obłędu, jak Byron,
bo raz mamy bal!”

Ta nuta siedzi mi w głowie od kilku dni. Szczególnie, po usłyszeniu emocjonalnej i oryginalnej aranżacji (zbeszczeszczonego obecnie popowymi fajerwerkami) szlagieru „Niech żyje bal”, który miałam szansę usłyszeć z okazji ” Krakowskich Miniatur”, podczas niecodziennego spektaklu-musicalu „Nie jesteś sama…” dyktowanego fabułą piosenek Agnieszki Osieckiej…
I podczas tego wieczoru pełnego uniesień: radości, smutku, nostalgii, nadziei.., że „nie jesteś sama”, zaczęłam wyobrażać sobie ten „jedyny bal, na który nas proszą”…
W ostatnim czasie bawię się na nim kiepsko. Pod ciężarem minionych miesięcy i związanych z nimi niełatwych przeżyć jakoś ciężko nam trzymać ramę i dryfować w tańcu kręcąc piruety. Może chwilowo jakieś drobne momenty radości, ciche szczęście mocy wspomnień wysuwają nas lekko jakimś walczykiem do przodu tylko po to, aby niewidzialny podmuch rzeczywistości zawrócił nas z powrotem do kąta. I tak cicho w nim siedzę, przyglądając się światu, feerii jego barw i świateł, każdej pojedynczej, tak różnej twarzy. Czasem się zachwycam, zazdroszczę, a czasem współczuję temu nieogarniętemu freestyle’owi pędzącemu bezpowrotnie… po co? Niby śmieszny ten wyścig, ten chaos, ten kicz… ale jednak dusza rwie się na ten bal. W końcu drugi raz nie zaproszą nas wcale. Ale z kolei ciało zaniemogło: stale dokucza mocno kręgosłup. Jakby tego było mało, odnowiła się kontuzja kolana i unieruchomiła na długie, nudne dni… Więc tu ciągle każą stać w kącie i się przyglądać, zamiatając parkiet jedną nogą.
Wtedy wtulam myśli pod skrzydła mojego dobrego Anioła: wspominam Krzysia.
I tak sobie myślę, doświadczając tych niby drobnych, a jak mocno dokuczliwych kontuzji, jak bardzo cierpiące ciało ograniczało naszego synka w ruszeniu do najpiękniejszego tańca: pełnego dziecięcego szczebiotu, nieudawanej radości i beztroski, uroczych piruetów… Krzyś był od początku postawiony z boczku, przycupnął cichuteńko w kąciku i patrzył… tymi swoimi mądrymi czarnymi koralikami. Co widział? Może kiedyś opowie. Ze względu, że był jeszcze malutki i, że dostał dość kiepską miejscówkę na tym balu, z biletem ulgowym, zdecydował się dość wcześnie opuścić naszą przepastną balową salę… Poszedł na zdecydowanie piękniejszy bal…
A tam, z rozmachem wiruje na samym środku niebieskiej sali…, a trzepot jego skrzydeł otula mnie, z każdym taktem, co dnia… :-*

0000000000.-girl-in-Gallery

Gdybym miała choć raz…

Dziś minął miesiąc. Podobnie jak ubiegłe tygodnie – najdłuższy miesiąc jaki kiedykolwiek pamiętamy.
Za to, czemu ten pierwszy, gdy byliśmy w domku i kolejne dwa zleciały jak jeden dzień…? Nie rozumiem. Nie mam siły pojmować.
Pora na jakieś bilanse? Nasuwa mi się tylko jeden. I znów z pomocą ostatnio na nowo odkrytego filmu „Miasto Aniołów”.

Krzysieńku, syneczku,

Gdybym miała choć raz…
– poczuć Twoje serduszko tuż pod własnym, bijące z taką siłą!
Gdybym miała choć raz…
– spędzić noc na walecznym zliczaniu pierwszych kropel naturalnego mleka dla Ciebie, pachnących w jeden, niepowtarzalny sposób.
Gdybym miała choć raz…
– masować Twój brzuszek, tak, by nie dokuczał; całować Twoje czółko, by myślało sobie tylko miłe rzeczy; czesać włoski, tak, by Ci się podobała Twoja fryzurka.
Gdybym miała choć raz…
– zanurzyć Cię w żółtej ulubionej wanience, by zobaczyć Twoje czarne koraliki najpierw zdziwione, potem najszczęśliwsze każdego wieczora około 19-tej.
Gdybym miała choć raz…
– stać w kolejce do kasy trzymając w ręku paczkę pampersów dla Ciebie i czuć przy tym rozpierającą dumę!
Gdybym miała choć raz…
– ścisnąć maleńką, kruchą rączkę, która prowadziła nas przez najcudowniejszy z możliwych świat od listopada 2011… kiedy dowiedzieliśmy się, że jesteś.
Gdybym miała choć raz…
– bać się o Twoje życie prawie 9 miesięcy, a potem dowiedzieć się, że jesteś nieuleczalnie chory i nic z tym nie możemy zrobić, tylko przy Tobie być, opiekować się całodobowo i specjalistycznie, i walczyć o każdy kolejny jeden „choć raz”: najpierw w domu, potem w łóżeczku, w wózku na balkonie, potem na spacerze…

Nigdy niczego bym nie zmieniła. Nie odwróciła. Nie cofnęła.

Swoim 11-miesięcznym „choć raz” zdziałałeś Kochanie więcej niż niejeden dorosły, starszy umierający człowiek. Zmieniłeś nas i nie tylko nas.

Wolałabym choć raz trzymać Twoje bardzo chore ciałko w ramionach mocno przytulając i patrzeć w Twoje najmądrzejsze czarne koraliki, niż zaznać długiego, łatwego i w sumie niewiele znaczącego życia, jakie dzieje się przeciętnie wokół.

Niczego nie żałuję. Mam nadzieję, Krzysieńku, że myślisz sobie teraz to samo… Że warto było. Choć raz.

Tylko teraz… wolałabym choć tylko jeszcze raz podarować Ci największego i najbardziej milusiego Kubusia Puchatka z możliwych, niż ozdabiać takiego, jakiego zanieśliśmy Ci dziś:

image

A Ty co lubiłeś najbardziej, syneńku?

Film „Miasto Aniołów”… Od zawsze mój ulubiony, najmądrzejszy, najpiękniejszy film. Może z sentymentu, że był on pierwszą oryginalną płytą dvd we własnej kolekcji, może przez kwestię gustu do niekoniecznie szczęśliwych i banalnych zakończeń, może przez nietuzinkową i prosto, acz pięknie opowiedzianą fabułę, może przez tematykę… Po prostu – ulubiony. Oglądałam go już dziesiątki razy, znałam na pamięć.

Ostatnio sięgnęłam po obraz w reżyserii Brada Silberlinga po raz kolejny… Ale dopiero teraz po raz pierwszy dostrzegłam zupełnie inny jego wymiar, głębszy, dla wtajemniczonych: wymiar niezwykle cienkiej granicy życia i śmierci, wymiar jaki stawia pytanie: „Co jest potem?”, wymiar, który bez proszenia dał tyle łez jak nigdy i tyle pytań… jak nigdy.

Krzysieńku,

Czy Ty też na zgodę z Twoją i – Bóg jeden wie kogo – wolą jeszcze uśmiechnąłeś się, gdy nikt z nas tego już nie widział?
Czy Ty też Kochanie bez żadnego strachu spojrzałeś Komuś prosto w oczy, z tylko Tobie zrozumiałą ufnością?
Co sobie myślałeś, gdy stojąc już obok łóżeczka, patrzyłeś na nas tulących Twoje najmilsze ciałko, które tyle zdążyło dać Ci popalić…?
Czy Twoja najmądrzejsza główka tak samo nie mogła tego wszystkiego pojąć jak nasze dorosłe umysły?
Czyja ręka odprowadziła Cię gdzieś Tam… po raz ostatni tym nowoczesnym, znienawidzonym korytarzem Oddziału…?

Co odpowiedziałeś na pytanie: „Co lubiłeś najbardziej?”

Chciałabym wiedzieć, synku.

Czy to mogła być:

– huśtawka… – która została Ci podarowana na szczęście wcześniej niż przewidywał urodzinowy kalendarz. Przez miesiąc mieliśmy wielką przyjemność patrzenia na Twoją przesłodką minkę, gdy byłeś usadzany w wygodnym foteliku, który przy dźwiękach śpiewu ptaków spokojnie bujał Cię i kołysał… A Ty… nagle uspokajałeś rączki, wyciszały się napady drgań, skupiałeś oczka i… rozpływałeś się w tej sielance z radości, którą widzieliśmy w odbiciu Twoich czarnych koralików.
– werandowanie… – oj, jak Ty uroczo wyglądałeś w swoim eleganckim wózku skąpany w promieniach słoneczka… Wiedziałeś chyba, że te pieszczoty ze słonkiem przynoszą hormony szczęścia, dają siłę i pozytywną energię. Ta ostatnia przydawała się, by po dłuższym zawsze czasie pokazać odpowiednie grymasy alarmujące nas: „Goląco juz mi!”
– zasypianie w objęciach… – na nic medycyna, oddechowe wspomagania i wyciszające leki… Zawsze nasz Krzysiulek wyczuwał, kiedy Rodzice idą spać i urządzając sobie grymaśną pobudkę około północy pragnął… wzięcia na rączki, położenia się obok w „rodzicowej” pościeli, przytulenia i szeptania do maleńkiego uszka „kołysanki o Okruszku”… Wtedy dopiero dzieciątko mogło czuć się bezpiecznie, szczęśliwie i zasnąć spokojnie… do rana.
– pidżamkę… – tę Twoją jedyną taką, która została ciągle z nami w sypialni. Tę bawełnianą ze stopkami, w gwiazdki, od której odleciał jeden guzik… Wiemy, że czułeś się w niej dobrze, najlepiej z całej garderoby. Dzięki niej, my teraz ciągle czujemy Ciebie.

Kochanie, gdy kiedyś nas zapytają, co lubiliśmy najbardziej,
Bądź pewny, odpowiemy bez wahania,
że Ciebie…

21.06.2012 10:03

Kochany Krzysiu…
Dokładnie o tej godzinie, dokładnie o 10:03 równy rok temu przyszedłeś powitać ten świat… Wtedy jeszcze ani pewnie Ty, ani tym bardziej my, nie byliśmy świadomi jak bardzo świat ten wyda Ci się trudnym, niesprawiedliwie trudnym. Ktoś zdrowy albo znawca medycyny mógłby nawet powiedzieć: nie do przejścia.
A Ty Kochanie szedłeś… Mimo że ciągle pod górkę, najczęściej czarnym szlakiem- szedłeś bez zająkniecia z nami przez ten świat prawie rok… Zabrakło 16 dni. Zabrakło 16 dni do wielkiej fety w ogrodzie, z mnóstwem balonów i gości. I Ty… ubrany jak prawdziwy dżentelmen w swojej ulubionej huśtawie, która notabene została Ci kupiona na Tę Okazję, na szczęście podarowana dużo wcześniej…
Krzysieńku Najdroższy, nie mamy dziś dla Ciebie prezentu oprócz tych marnych kwiatów ułożonych w tort i pęku kolorowych 12-tu baloników…
Ale wiedz Kochany, że to Ty nam podarowałeś najpiękniejszy prezent o jakim nawet nie śmielismy marzyć: Twoją codzienną obecność z nami przez prawie rok… Wbrew wszystkim i wszystkiemu.
I jeśli te kolejne 16 dni miałyby Ci tylko dostarczyć zbyt wiele cierpienia, nie mamy pretensji, że powiedziałeś „dość”. Zrozumiemy… Z czasem… Obiecujemy.
Mamy tylko jedną prośbę: miej piękne przyjęcie urodzinowe. Takie na jakie zasłużyłeś. Zaproś Lenkę, Maję, Marysię, Malwinkę, Pawełka, Pradziadków też – będzie im miło. I mam nadzieję, że tam w Niebie wiedzą jak się lepi figurki marcepanowe z Kubusiem Puchatkiem… Takie same, jakie to my chcieliśmy postawić na Twoim torcie.
Balujcie Kochanie… Niech sypie się złoty kurz.
Sto lat Ci Skarbie nie śpiewamy, to już bez sensu.
Bądź szczęśliwy Syneńku.

Mama z Tatą.

image

Specjalna truskawka urodzinowa dla Krzysia – made by Mama.

image

„Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść… Niepokonanym.”

Zgadujemy jaki był Krzysia plan… Był z nami na Dzień Ojca (2 dni po porodzie), był na Dzień Matki (całkiem niedawno), był na Dzień Dziecka… Może chciał, aby było sprawiedliwie, aby Mamie kiedyś nie było przykro, że to Tata świętował z synkiem swój Dzień więcej razy… Bzdura… Dzień Dziecka natomiast zapamiętamy na długo… i nie tylko ze względu na jego „pierwszy raz” z Krzysiem, ale bardziej ze względu na ogrom lęku jaki nam wtedy towarzyszył… po raz pierwszy… jak nigdy dotąd.

Pewnie wielu z Was zadaje sobie pytanie: „Co takiego się podziało, skoro pisali, że już było lepiej…?”. Jeszcze dzień przed Dniem Dziecka trwały negocjacje z lekarzami z innego oddziału, aby Krzyś mógł opuścić Intensywną Terapię, bez drenu w brzuszku i znaleźć się o krok bliżej domu, na obserwacji pediatrycznej, z mamą i tatą na leżaku obok… Było stabilnie. Załamanie metaboliki, z którym stawiliśmy się na Izbie Przyjęć opanowane.

Dzień Dziecka… Jak to przy okazji innych Świąt w szpitalu: Św. Mikołaj, urodzinki Krzysia… zawsze nasz Dzielny Pacjent dostawał jakiś prezent taki mało zabawkowy, bo to była albo nowa rurka tracheo, albo kolejne echo serduszka, albo… z okazji 1-szego czerwca nasz synuś „dostał” szczegółowe badanie usg brzuszka z wielką ekipą lekarzy wokół… Taki obrazek zastaliśmy idąc tego popołudnia w odwiedziny do Krzysiaczka. Poczuliśmy pierwszy niepokój… A potem? Potem lawina złych wiadomości: „stan Krzysia się gwałtownie pogorszył”, „płyn zbiera się w jelitach”, „bakteria w moczu, we krwi”, „zmiany zapalne w płucach”, „mniej siusia”, „wodonercze”, „ciężka bradykardia” (spadki tętna)… Pękliśmy… z szoku, bólu, niedowierzania i pytania: „skąd?”, „dlaczego?” W sumie te dwa ostatnie pytania zadajemy od samych narodzin Krzysia. Jednak tego dnia zrozumieliśmy, że chyba nadszedł ten moment, kiedy organizm naszego Małego Kochanego Człowieczka powiedział pierwsze „dość”.

Dostaliśmy zapewnienie, że medycyna w tym momencie robi wszystko (kroplówki, silne antybiotyki, żywienie pozajelitowe, dodatkowe wejście do tętnicy), aby mu pomóc i (o co zabiegaliśmy najbardziej) aby nie bolało…

Mimo tego, że Krzyś był niby bezpieczny, jakaś niewyobrażalna siła pomogła nam wycedzić przez łzy pytanie: „czy możemy wezwać księdza?” Krzyś dostał sakrament chorych w piątek. W sobotę, za propozycją przekochanego księdza Lucjana, synek został wybierzmowany… Dostał imię Józef. Krzysiu, Franiu, Józiu… :-*

W niedzielę po raz ostatni pozwolono mi trzymać synka w ramionach… I niestety nie było to taką pieszczotą jaką zazwyczaj znał Krzyś… Widzieliśmy, że każdy ruch, czy niewygodna pozycja z powodu poprzypinanych sprzętów przynosi Krzysiowi cierpienie, zamiast dawnej radości… Wtedy zrozumieliśmy, że najlepiej będzie jak Krzyś sam zdecyduje…

W poniedziałek usłyszeliśmy: „W długi weekend bardzo dużo złego się nagle podziało z Państwa synkiem. Właściwie siadło mu wszystko. Nie wiemy czy uda mu się z tego wykaraskać.” Ale nic nie wskazywało na to, że przy stabilności ciężkiego stanu, który się utrzymywał przez kolejne dni, Krzyś zdecyduje tak szybko.

Przez ostatnie dni Krzyś wysłuchał wszystkich naszych próśb: pokazał jak pięknie się potrafi przeciągać, wysłuchał całego repertuaru swoich piosenek, słodko co chwilka ziewał, robił rozbrajające ruchy mimiczne usteczkami, jakby chciał coś nam powiedzieć… Może „Mamciu, Tatko, nie mam już siły… Kocham Waś Lodzice, Pseplasam…”?

We wtorek w nocy nie spaliśmy, a właściwie robiliśmy wszystko, by nie spać… Tuż po 3 w nocy zadzwonił telefon Taty Krzysia. Ze szpitala. Był to najgłośniejszy i najbardziej bolesny sygnał, jaki nam dane było usłyszeć w nieubłagalnej ciszy ciemnego, pustego mieszkania… Mimo, że telefon był ponoć wyciszony. Najpierw niedowierzanie, potem krzyk rozpaczy, potem mało czasu na myślenie, jedziemy…

Po raz ostatni przytuliliśmy, pocałowaliśmy, powiedzieliśmy „dziękuję” i „do zobaczenia”…

Pani doktor i nocna zmiana przyznali, że do tej pory nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Jeszcze nigdy podobno nie widzieli czegoś takiego, aby dzieciątko tak szybko zgasło. Zazwyczaj dzieci odchodzą powolutku, z godziny na godzinę słabną. Natomiast u synka naszego z prawidłowych parametrów na monitorze, podczas króciutkiej drogi z dyżurki na salę Krzysia, zaświeciły się nagle dwa zera… Widać jak miał malutko już wszelkich rezerw. A mimo wszystko, skoro nikt nic nie przeczuwał tej nocy, to znaczy, że był bardzo silny i dzielny do samego końca nie pozwalając się zorientować ani nam, ani lekarzom, że coś jest nie tak… Krzyś odfrunął szybciutko, cichutko jak ptaszek, we śnie… Przez to wierzymy, że właśnie to on sam z Niebem podjął decyzję, że już Tam chciał… Może czas nam pomoże zrozumieć, że była to decyzja słuszna. Odszedł najpiękniej jak tylko mógł, bez bólu i cierpienia. Wiemy, że nie tylko godnie żył, ale i godnie zgasł.

I teraz spoglądając wstecz, z ludzkiego punktu widzenia – na całe króciutkie, a z medycznych rokowań – bardzo długie życie naszego Rycerzyka, wiemy, że właśnie na takie odejście sobie zasłużył. W pełni.

W myśl tak znanej sentencji wiersza ks. Twardowskiego: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…”, wiemy, że śpieszyliśmy się kochać Krzysia z każdym dniem, z każdym kolejnym ofiarowanym nam miesiącem, a w ostatnich dniach wiedzieliśmy, że tego czasu możemy mieć jeszcze mniej niż kiedykolwiek wcześniej… Śpieszyliśmy się kochać… Ale i tak odszedł za szybko…

image

Zaczarowane Miejsce na skraju Lasu…

„Wtedy znów Krzyś, który, z podbródkiem opartym na dłoni, dalej patrzył na świat, zawołał nagle:
– Puchatku!
– Co? – zapytał Puchatek.
– A kiedy ja… Puchatku… kiedy ja…
– Co, Krzysiu?
– Kiedy już przestanę nic nie robić…
– Już zupełnie?
– No, w każdym razie nie tak bardzo…
Puchatek czekał na dalszy ciąg, lecz Krzyś zamilkł znowu.
– Co, Krzysiu? Powiedz! – rzekł Puchatek.
– Powiedz, Puchatku, kiedy ja już… rozumiesz… kiedy ja już przestanę nic nie robić, czy będziesz tu czasami przychodził?
– Ja?
– Tak, Puchatku.
– A czy ty też tu będziesz?
– Będę, Puchatku, będę naprawdę, przyrzekam ci.
– To dobrze – powiedział Puchatek.
– Puchatku, przyrzeknij mi, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Nawet kiedy będę miał sto lat.
Puchatek pomyślał troszkę.
– A ile lat ja wtedy będę miał? – zapytał.
– Dziewięćdziesiąt dziewięć.
Puchatek kiwnął łebkiem.
– Przyrzekam – odpowiedział.
Z oczyma ciągle zwróconymi na świat Krzyś wyciągnął rękę i poszukał łapki Puchatka.
– Puchatku – rzekł Krzyś poważnie – jeśli ja… jeśli ja już nie będę… – tu urwał i zaczął znowu – ty zrozumiesz, prawda?
– Co zrozumiem?
– Ach, nic! – zaśmiał się Krzyś i zerwał się na nogi.
– Chodźmy!
– Dokąd? – spytał Puchatek.
– Wszystko jedno dokąd – odpowiedział Krzyś.
* * *
I poszli, trzymając się za ręce. I dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, mały chłopczyk i jego Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Zaczarowanym Miejscu na skraju Lasu.”
Image