„Bo każdy anioł ma skrzydła pełne roboty.”

Zupełnie przypadkiem, a może nie-przypadkiem (czyt. Krzyś podsunął 😉 ) odkryłam wczoraj wieczór w internetowej otchłani taką jedną, niedługą, inną niż wszystkie, bliską nam (w końcu aniołkową) bajkę… Przeczytałam: „piękna” – pomyślałam. A zaraz potem przyszła kolejna myśl: „chciałabym, żebyście ją też poznali”… Chętni? 🙂

NAJMNIEJSZY ANIOŁ

„Pewnie już wiesz o tym, że daleko stąd, jest takie miejsce, w którym mieszkają anioły. Każdy inaczej widzi Niebo Aniołów. I to jest w nim najpiękniejsze. Panuje tam nieustający rozgardiasz. Bo każdy anioł ma skrzydła pełne roboty.
Co jakiś czas Tadeusz Anioł zwołuje nieopierzone jeszcze anioły do magazynu i daje każdemu po parze skrzydeł. Właśnie grupa aniołów skończyła 10 lat. To czas, by nabierać wprawy w anielskiej sztuce. Młode anioły są dość niewinne, by kochać całym sercem a zarazem dość już samodzielne, by wyruszyć na ziemię.

Na wołanie Tadeusza Anioła, dziewczęta i chłopcy ustawili się pod drewnianymi drzwiami magazynu zgodnie z tradycją: od największego, do najmniejszego. Ile było tam oczekiwania! Na samym końcu stanął Najmniejszy Anioł.

Tadeusz Anioł rozdawał skrzydła, zdejmując je z półek. Każdą parę układał delikatnie na plecach małych aniołów. I tak, para za parą, anioł za aniołem. Aż, kiedy dotarł na sam koniec kolejki, zdziwił się Tadeusz Anioł. Raz jeszcze przejrzał dokładnie wszystkie półki i w końcu poddał się.

-„Nie ma”- powiedział.

-„Nie ma”- powtórzyły anioły.

-„Nie ma czego?”- zapytał najmniejszy.

Słowa utknęły staremu aniołowi w gardle jak ciężkie kamienie. Ale nie mógł już dłużej ukrywać tego, co i tak już wszyscy zauważyli.

-„Nie ma już żadnej pary skrzydeł” – odpowiedział Tadeusz Anioł.

-„Zawsze są”- odparł Najmniejszy Anioł i poszedł ich szukać.

Kiedy wrócił z magazynu, nikt nie spojrzał mu w oczy. Starali się coś mówić, ale czymże są słowa bez skrzydeł?

Odszedł płacząc.
Wieczorem z daleka obserwował, jak jego przyjaciele z coraz większą wprawą szybują po niebie. Anioły były jeszcze bardzo młode i żaden nie wiedział, jak teraz rozmawiać z Najmniejszym, jak bawić się z nim.

Dlatego Najmniejszy Anioł poszedł po radę do Pana Stanisława, który był jedynym człowiekiem w anielskim niebie. On wiedział już co się stało, więc utulił malca, a potem zapytał:

-„Masz odwagę?”

-„Mam” – odparł anioł.

-„Masz rozum?”

-„Mam” – odparł raz jeszcze.

-„Masz serce?” – pytał dalej

-„Mam” – powiedział coraz bardziej zdziwiony chłopiec

-„To masz skrzydła!”- wykrzyknął Pan Stanisław.

Najmniejszy Anioł zerknął za siebie. Ale od słów nawet jedno piórko mu nie urosło. Odszedł więc.

Ranek obudził się wcześnie. To właśnie teraz anioły miały odbyć swój pierwszy lot. Najmniejszy chciał ich pożegnać. Usiadł więc na skraju nieba i patrzył, jak jego rówieśnicy skaczą w przestrzeń rozprostowując skrzydła.
Aż nagle usłyszał w sobie pierwsze pytanie: „Masz odwagę?” Czuł ją w sobie teraz i zrobił coś zarazem odważnego, jak i szalonego. Uchwycił się długiej sukienki przyjaciela i sfrunął razem z nim. Trudno opisać to, co czuł.

Anioły, które frunęły teraz obok niego fikały koziołki, bawiły się i chwytały ptaki za skrzydła. Ale Najmniejszy starał się być uważny. Rozglądał się więc wokół. I wtedy zauważył coś, co najpierw go zainteresowało a potem zaniepokoiło. Tuż obok przelatywał niewielki samolot. A właściwie krztusił się i kasłał usiłując złapać równowagę. Najmniejszy Anioł zaczął wołać przyjaciół, ale jego słaby głos ginął w świście wiatru. Wtedy usłyszał w sobie po raz drugi głos: „masz rozum?”. Skoczył więc na kadłub samolotu. Spojrzał jeszcze w przerażone oczy pilota i sięgnął do wszystkich swoich anielskich umiejętności. Powstrzymał awarię na tyle, by samolot mógł wylądować bezpiecznie na najbliższym lotnisku. Najmniejszy pomachał przyjaźnie zdumionemu pilotowi i zeskoczył na dach, nad którym przelatywali. Przez właz na jego szczycie wszedł do budynku. Przechodząc białym, cichym korytarzem domyślił się, że jest w szpitalu. Szedł więc spokojnie i kiedy mijał kolejne drzwi, usłyszał płacz. Drzwi skrzypnęły, kiedy wchodził do małego pokoju. Leżała tam dziewczynka, która zauważyła go dopiero, gdy usiadł na skraju łóżka.

-„Nie mogę zasnąć. Boję się, że już nigdy nie obudzę się po operacji”- zwierzyła się ufnie.

Anioł był jeszcze taki młody i nie wiedział, co może powiedzieć ciężko choremu dziecku. Wtedy po raz trzeci usłyszał w sobie znajomy głos pytający go: „masz serce?”.

-„Jeśli wypoczniesz, będziesz miała więcej siły, żeby wyzdrowieć. Będę więc siedział tu przy tobie i trzymał Cię za rękę tak długo, aż zaśniesz.”- obiecał.

I tak się stało. Opowiedział dziewczynce wszystkie bajki, które znał, zaśpiewał wszystkie kołysanki, które pamiętał. I usnęła spokojnie.

Zostawił na jej czole anielski pocałunek, który nazywają anielskim błogosławieństwem i poszedł dalej.

Jeszcze tego dnia pomógł staruszce znaleźć okulary, opatrzył małemu kociakowi zranioną łapkę i przeprowadził przez kładkę nad rwącą rzeką dwoje dzieci.

Słońce z wolna zaczerwieniło się, dając znać, ze zbliża się wieczór. To znak dla wszystkich małych aniołów, które po zachodzie muszą wracać do domu. Wtedy na ziemię zlatują doświadczeni, dorośli anielscy ratownicy. Najmniejszy ruszył więc tą samą drogą, którą przyszedł. Wszedł do budynku szpitala. Na znajomym korytarzu zatrzymał się. Znów zaskrzypiały drzwi, kiedy wchodził do pokoju. Dziewczynka spała uśmiechając się przez sen. Na stoliczku obok łóżka znalazł kartkę:

„List do mojego Anioła.

Operacja udała się.
Postanowiłam wyzdrowieć.

Dziękuję”.

Zabrał kartkę z sobą, na znak, że tu był i poszedł dalej wspinając się po schodach na dach. Właśnie nad budynkiem przelatywał samolot. Pilot wracał szczęśliwie do domu i tym razem nie zdziwił się widząc, jak na skrzydło samolotu wskakuje drobna postać. Jego oczy były radosne i wdzięczne. Już za chwilę Najmniejszy Anioł usłyszał szum skrzydeł: to jego przyjaciele wracali do domu. Jeden podfrunął blisko, żeby zabrać w podniebną podróż do domu bezskrzydłego anioła.

To był naprawdę ciężki dzień. Wszystkie młode anioły opowiadały o tym, czego doświadczyły a Najmniejszy czuł się jednym z nich.

Zanim położył się spać, odwiedził Pana Stanisława. Staruszek czekał na niego w progu. Tym razem nie zapytał, tylko stwierdził:

-„Masz odwagę, masz rozum i masz serce”

-„Mam skrzydła”- odpowiedział uśmiechając się Najmniejszy Anioł.”

/autor: Ewa Król – Czechowice-Dziedzice; źródło: http://bajki.wnaszychrekach.pl/ba/1.html /

Na koniec spytałam się tylko siebie cichutko: „a jak tam z moimi skrzydłami?” Są maleńkie – jak odwaga; są chwiejne – jak to z tym moim rozumkiem bywa; są kruche – jak zmęczone tęsknotą serce… Ale są. I byle były. One pozwalają latać – choćby niziutko, ale jakże fajne to uczucie! 🙂

Na dobranoc dla siebie, dla Dzieciaków, polecamy Wam inne bajki z serii „Bajki w naszych rękach”, które przepięknie, dziecięcą ręką zilustrowane znajdziecie TUTAJ. Projekt ten powstał z pięknej inicjatywy Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Wadami Rąk „W Naszych Rękach” w celu wsparcia dzieci niepełnosprawnych – brawo!

Kochani: WYSOKICH LUB NIŻSZYCH LOTÓW! 🙂

Image

Otwieramy TE drzwi jeszcze szerzej…

Jeśli faktycznie postanowienia noworoczne istnieją tylko po to, by po magicznej północy móc zacząć je z szelmowskim uśmiechem łamać – nie robimy w tym roku żadnych postanowień, żadnych „must have”, „must be”, „must do”. Ale… nie wyrzucamy kalendarzyka! Na pewno będzie on inny od zeszłorocznego, na pewno bez tych najważniejszych spotkań, planów, bez swojego „epicentrum”, wokół którego wszystko się kręciło i kręcić by się chciało, a któremu na imię było Krzyś.

Bez epicentrum naszych działań jest pustka, jest tylko czas przeszły, jest teraźniejsze „nic”. A właściwie nie tyle „jest”, co „mogłoby być”. Bo NIE jest. Bo kto powiedział, że Epicentrum ma się znajdować tuż obok, że ma być widoczne, że ma mówić głosem lub kwileniem, że ma dotykać rączką…?! Wierzcie lub nie: Krzyś udowadnia, że niewidzialnie można więcej – wie się więcej, widzi się więcej, czuwa się lepiej… Jedyne co jest mu trudniej: przekonać, że JEST naprawdę, udowodnić, że KOCHA jak nigdy dotąd…

Nasze Epicentrum jest nadal – bezszelestnie, a czasem krzyczy głośne „tjak tseba”; nienamacalnie, a mała rączka zdecydowanie nas prowadzi po drodze bez drogowskazów; niepoliczalnie w liczbie zajętych krzeseł przy stole, a tak bardzo wyczuwalnie, gdy pytamy przestraszone: „co dalej?” , czujemy wewnątrz taki dziwny spokój, że zaraz będziemy wiedzieć co dalej…

To „dalej” z Krzysiem trwa w naszym prywatnym życiu już ponad pół roku. To częściowo wytyczone „dalej” dokonuje się także na Waszych oczach tutaj na blogu…

Tak więc dziś nie będzie żadnych postanowień, a jedynie kilka przekazanych nam „wytycznych” jakie czujemy się zobowiązani realizować: tak, ciągle nie potrafimy zamknąć tych raz na zawsze otwartych DRZWI, nie chcemy zamykać, a wręcz przeciwnie – skoro to nam właśnie było przez nie przejść, z przekorą OTWORZYMY je jeszcze szerzej…

Na 2014 mamy kilka pomysłów na „wytrych” do tych ciężkich, niemalże pancernych, często niekolorowych, omijanych w feerii barw zwykłej codzienności DRZWI, za którymi kryje się świat, w którym nic nie przychodzi łatwo: ani beztroski uśmiech dziecka, ani postępy, ani zdrowie, ani rodzicielskie szczęście… Ale jak już przyjdzie – a prędzej, czy później – przychodzi – warte jest wszystkich trudów, emocji, łez – bo to trakt do największego szczęścia, przez wielkie „SZ”, w które innym nawet trudno uwierzyć, że takie istnieje – naprawdę!

Dziś skrótowa zapowiedź instrukcji obsługi… naszego wytrychu:

– mimo ciągłego zarzekania się, że kończymy; dalej piszemy bloga – Wasze każde otrzymane przez nas„dziękuję” za taki, czy inny wpis dodaje skrzydeł wyobraźni, myślom, natchnieniu… Sami po troszce dyktujecie co mamy pisać, a nawet o tym nie wiecie 😉

– jeśli posty się będą pojawiać ciut rzadziej, to tylko dlatego, że siedzimy i majstrujemy coś dużego, nowego – coś „nieblogowego”, ale chyba fajnego, co nam czas wolny zabiera zupełnie, a doby nie chce wydłużyć…, pracy na parę miesięcy! Tradycyjnie, nie chcemy zapeszać i się za wcześnie chwalić – wszystko jeszcze w pieleszach! Jak tylko się staną to bardziej realne pielesze, którymi będziemy się chcieli z Wami podzielić – natychmiast się o tym dowiecie – słowo!

– trwają rozmowy z Wydawnictwem, które zainteresowało się większym nakładem wydania „Rycerzyka” – w tej kwestii  (bo sami do tych rozmów nas nakłoniliście i wiemy jak bardzo czekacie na książkę) będziecie na bieżąco – słowo!

– Rycerzykowi Akcja Pomocy jeszcze nie raz zaRAPuje – będziemy pomagać dzieciakom, bo już nie jesteśmy z tych, co mogą powiedzieć: „nas to nie dotyczy” i nie pozwolimy innym tak mówić – za to pozwolimy dzielić się dobrem, serduchem, wsparciem. Szczegóły – wkrótce! Na pewno możecie sobie zaznaczyć każdy 21-szy dzień miesiąca – Krzyś dalej będzie „świętował” swoje urodzinki… chcąc podarować prezent innemu Dzieciątku.

– a sam Krzyś… jeszcze nie raz nas odwiedzi bardziej dosłownie niż zazwyczaj – przecież nasz Maluszek zasługuje na lepsze „ku pamięci” niż kilka zdjęć w galerii…

Jeśli tylko macie ochotę – drzwi nasze są póki co tylko lekko uchylone, ciężkie, a wytrych wielki – pomóżcie nam nim się posługiwać, złapmy go razem i wierćmy, kręćmy, by posypały się odpryski satysfakcji, radości, dumy, DOBRA… Co Wy na to?:-)

A za rok… Niech nie przeglądanie kalendarza, nie stan konta, nie nowe foldery zdjęć na dysku będą naszą kwintesencją zadowolenia, satysfakcji, radości z tego „dalej”, które będzie wtedy już za nami. Jestem przekonana, że wystarczy będzie stanąć przed lustrem z samym sobą lub wokół swoich radosnych, kochanych najbliższych i spytać się w duchu: „udało się?”. Ja za rok chciałabym stanąć przed zdjęciem Krzysia – nie będę mu opowiadać co wyprawialiśmy, bo przecież będzie wiedział – ale zapytam tylko: „Synuś, jesteś z nas dumny?”… 🙂

url

Oszaleli Anieli… na urodzinach u Szefa ;-)

„Oszaleli anieli, cali w bieli od chmur.
Gdy na ziemię spłynęli, niby śnieg białych piór…
I jak ziemia szeroka, wszędzie nowa epoka…
Oszaleli anieli, anieli…”.

Już na nami kolejne Boże Narodzenie… Była Wigilia z kolędą w tle, było magiczne przygaszenie światła o pasterskiej półncy nad maleńkim żłóbkiem, był świąteczny obiad, familijne filmy, spacery… Niby co roku tak samo. W tym roku jednak w każdym momencie tych Świąt pojawiało się nasze prywatne upewnienie się: Krzyś jest z nami – „siedzi” przy wigilijnym stole, słucha kolęd, zapamiętuje opłatkowe życzenia… Ciągle był i jest z nami – TUTAJ. Aż w pewnym momencie pojawiła się inna myśl, a zaraz za nią zapytanie: a jeśli jest jednak TAM…? Jak TAM TERAZ jest? W końcu to najważniejsze święto w Niebie: Urodziny! Urodziny Szefa! I nasza wyobraźnia pofrunęła… na anielskich skrzydłach 🙂

Zastanawialiście się kiedyś jak może wyglądać Boże Narodzenie z punktu widzenia znad chmur? Przecież to najważniejsze, najradośniejsze Święto w Domu Ojca. Czy sam Gospodarz wyprawia wielki bal? Nie dla Niego „sto lat”, bo przecież ma ich już ponad dwa tysiące… „Ile w takim razie ustawić świeczek na urodzinowym torcie?” – zastanawiały się młodsze Aniołki… „A jakież On może pomyśleć życzenie przy ich zdmuchiwaniu?” – zastanawiali się starsi Domownicy…

W tym roku na Urodzinach Boga gościł także nasz Krzyś – pierwszy raz po tej drugiej stronie… Wyobrażamy sobie jak założył odświętna parę skrzydeł ze złotą poświatą, pradziadek wypolerował mu aureolkę. Jego koleżanki i koledzy także pięknie się wystroili, dziewczynki kazały prababciom zapleść sobie warkocze…

W wigilijną noc jeszcze nie świętowali, ale przyglądali się uważnie maleńkim światełkom na ziemi zdobiącym najróżniejsze, największe i te całkiem maluśkie szopki, w epicentrum których stał maleńki, jeszcze pusty żłobek. Najmłodsze aniołki, wśród których był także i nasz Krzyś, nauczyły się wielu ważnych słów: co to jest „stajenka”, „Betlejem”, „pastuszek”, a za kilka dni poziom trudności wzrośnie, gdy trzeba będzie zapamiętać imiona: „Kacper”, „Melchior” i „Baltazar”, a także nauczyć się wymawiać wyraz „mirra”… Tak, myślimy, że po raz kolejny Gospodarz opowiedział im, jak to się wszystko zaczęło…

A potem? A potem: 25.12.2013 był bal, urodzinowy bal. Były tańce, był śmiech, były korowody Staruszków, zastępy Dorosłych i wirujące koła Maluszków. Przy najdłuższym stole świata siedziały obok siebie duszyczki różnych ras, poglądów, wyznań, ze wzystkich zakątków ziemi… Czy śpiewali kolędy? A może najnowsze hity? Na pewno śpiewali radośnie, głośno, we wszystkich językach świata… I tak przy tym pląsali, że aż na ziemi – w górach (w końcu bliżej nieba) odczuć można było „silny powiew” ich roztańczonych piór…  A sam Jubilat nie siedział na żadnym tronie, ale krążył pośród Gości… Wysłuchiwał życzeń… Kropek życzył Mu, żeby wreszcie przypomniał sobie jak się robi nad Polską śnieg… 8-letnia Laney życzyła, by posłuchał z nią najpiękniej zaśpiewanych kolęd… Krzyś życzył Mu, by nie był zły, gdy często urządza sobie „wychodne” do Mamy i Taty… A wszyscy razem, zgodnie, chórem, słowami czy w myślach życzyli Mu, by był szczęśliwy patrząc w Dół, bo czasem właśnie wtedy wydaje im się bardzo smutny…

W Boże Narodzenie niebo było rozświetlone lampionami, feerią słonecznych świateł. Nie pomyśleli jedynie w tym roku o śniegowym konfetti… Potem była chwila odpoczynku, a dziś – poprawiny? 🙂

Czy tak może tam wyglądać 25.12 w Niebie? Prawdopodobnie wygląda jeszcze zupełnie inaczej, niż podpowiada nam najśmielsza wyobraźnia naznaczona wyraźnym przymrużeniem oka… Tutaj – u nas, co roku obchodzimy rocznicę, pamiątkę Bożego Narodzenia. W końcu dokładnie 2013 lat temu zatrzymał się świat – zaczął liczyć się na nowo czas… Dzięki temu, właśnie co roku, mamy pięknie podarowaną nam szansę zacząć wszystko znów od nowa: jeszcze raz zmienić nasz czas, myśli, serca, marzenia, świat… Niech maleńkie Dziecię położone wczoraj o północy w żłobku nam o tym przypomina, niech pomaga, wskazuje właściwy kierunek tego „od nowa”.

A jakie marzenie może szeptać nad swoim niebiańskim tortem wczorajszy Jubilat? Krzyś nam podpowiada, bo przecież był i słyszał… „Nie będziecie zaskoczeni” – twierdzi nasz spryciulek, aniołkowy szpieg –  „bo przymykając oczy myśli sobie dokładnie to, co ja, Ty, Mama, Tata, Ona, On, Oni: ‚Chcę być szczęśliwy'”.

Image

 

 

P.S. Niniejszy tekst nie ma na celu obrazy jakichkolwiek uczuć religijnych, ani zaakcentowania naszego irracjonalizmu 🙂 Wpis ten powstał z dala od teologicznych zadum, powagi kazań, wyższych lub niższych słuszności wyznań. Po prostu… czasem fajnie spojrzeć na naszą wiarę przez pryzmat małego, niewiele rozumiejącego, a jednocześnie prostego i szczerego dziecka. W Boże Narodzenie każdy sobie może pozwolić na takie właśnie „bycie dzieckiem” 🙂

 

 

 

W ciszy Tego Spojrzenia słychać najwięcej… Słyszysz?

Zanim przyszliśmy na świat, podobno mieszkaliśmy z aniołami w rajskim ogrodzie. Kiedy zapadła decyzja o naszym narodzeniu, Anioł Stróż położył nam palec na ustach, byśmy nie opowiadali o tym, co przeżyliśmy w niebie. Ślad jego dotyku ma każdy z nas – to podłużne wgłębienie pomiędzy nosem a górną wargą…

Pamiętacie Krzysiulka oczy? Te wielkie, ciemne oczka, które pieszczotliwie nazywamy „czarnymi koralikami”…? 🙂 To właśnie to spojrzenie, patrzące na nas spod pięknych wywiniętych rzęs, których wiele kobiet (w tym i ja) mogłyby mu pozazdrościć, było dla nas swojego rodzaju busolą… Za pomocą krzysiowego spojrzenia, wiedzieliśmy doskonale kiedy jest szczęśliwy, kiedy coś go boli albo gdy ma po prostu kapryśny humorek. To te oczy, kiedy usta nie były w stanie, mówiły nam szczebiocące „dzień dobry”, zmęczone „dobranoc”, zupełnie codzienne: „jestem głodny”, zupełnie niecodzienne, bo najgłośniejsze: „kocham Was”.

Ale często też te oczy nie były zwrócone ku nam, a wówczas zawsze były skierowane ku górze… Ku Górze? Tak, ośmielamy się znów snuć jakieś mistyczne domysły, gdyż właśnie jakieś niespotykane i ciągle nas zdumiewające „coś” dostrzegaliśmy i dostrzegamy wciąż (przeglądając fotografie) w oczach Krzysia.

Krzysiowi i innym chorym dzieciom nie jest często dane powiedzieć nawet najkrótszego słowa… A przecież zazwyczaj mają wyraźny ślad pomiędzy noskiem a górną wargą. Czy przyszło Wam kiedyś do głowy, że może właśnie tym sposobem strzegą jakiejś nam niepojętej tajemnicy…? My mówimy, krzyczymy, czasem pyskujemy; jesteśmy zdrowi, więc mamy wystarczająco dużo atrybutów, by nie myśleć o własnej podświadomości, o pewnym – gdzieś tam istniejącym – drugim wymiarze życia. A może specjalnie nam wymazano tę przypuszczalną, magiczną „pamięć”…?

Czyżby zatem nasz Krzyś doskonale wiedział i pamiętał wszystko, ale umówił się, że całą Tajemnicę zamknie w swoich oczach? To być może stąd ta niespotykana głębia, powaga, tajemnicza zaduma, zadziwiający spokój i przebłysk skrytej radości…? Nie raz Tata Krzysia żartował, że zamiast bajek, będzie mu czytał encyklopedię PWN. Nie raz, pierwsze co komentowali Przyjaciele Krzysia: „ach, to jego spojrzenie… człowiek przy nim czuje się taki malutki”.

I nie piszę o tym bez powodu. Otóż nie pierwszy i nie jedyny Krzyś ma takie oczy…

Pomysł na ten wpis zrodził się w mojej głowie już w miesiącu lipcu, kiedy to mieliśmy zaszczyt poznać osobiście Krzysiowego kolegę – Adasia (Małego Księcia). Pierwsze co wtedy powiedziałam: „Te oczy… niesamowite. To samo spojrzenie, jakie miał Krzyś”.

Bo właśnie bardzo wiele chorych dzieciaczków, które spotkaliśmy na naszej drodze wywoływało nasze zdumienie i zatrzymywało szczególną uwagę na ich głębi spojrzenia… Te oczy – ciągle skierowane ku Górze, a jeśli nie ku Górze, to zdające się przeszywać wszystkich i wszystko wokół tę niepojętą głębią, spokojem, mądrością. Krzyś, Kubuś, Adaś, Nadia… Wszystkie te Maluchy ciągle, czasem nieprzerwanie patrzą ku Górze i mają to niesamowite, wielkie, nie do nazwania słowami „coś” w oczach.

Może i medycyna ma na to swoje wytłumaczenie, nie chcę wnikać. Mnie to wyjątkowe spojrzenie chorych dzieci skojarzyło się znów z ostatnio opisanym tu fragmentem „Poczwarki” Doroty Terakowskiej – może one ciągle pertraktują ze swoim Ogrodem i z Głosem…? Może proszą „jeszcze nie teraz…”, może są trochę tu, a trochę Tam… Może Mały Książę dba z oddali o „swój kwiat, na swojej planecie” bo mu się tak dosłownie (na szczęście i dzięki Bogu!) do nich wcale nie śpieszy? Pewnie nigdy nie znajdę odpowiedzi na te pytania.

Jednak samo stawianie takich pytań i pojawienie się w ogóle takich przemyśleń, pozwala mi wierzyć w to, co opisywała Terakowska: chore dzieci, mimo okaleczonych chorobą ciał, mają niesamowicie bogate, w ogromnej części nam niezrozumiałe wnętrze. Nie słyszymy ich słów, ale nie słyszymy też ich myśli… A przecież po coś tak walczą, po coś trwają przy nas mimo ich bólu, po coś opuścili choć na chwilę ten swój Ogród…

Jeśli zatem ich oczy wyrażają ich myśli – tu tkwi odpowiedź dlaczego te nasze Maleństwa tak bardzo się kocha… Nasze uczucia reagują wtedy przeciwstawnie: wyłączają wzrok, wzmacniają serce. Przestajemy widzieć chore ciało, zapominamy medyczno-neurologiczne regułki, a widzimy jedynie niewiarygodnie bogate, wartościowe, przyciągające nas z niezwykłą i tylko nam zrozumiałą siłą – wnętrze…
Bo przecież: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Dobrze widzi się tylko sercem”. Jestem pewna, że te Dzieci (według Terakowskiej: „Dary Pana” – o tym wkrótce) właśnie to czyste, wielkie serce chowają w głębi swojego spojrzenia. A z kolei, to ich spojrzenie łączy nas z Kimś, kto ich do nas zesłał. A od czasu do czasu, one same prowadzą dialog z Tym, co dla nas jest jeszcze wciąż Tajemnicą…

Wczoraj obejrzany piękny i, na szczęście, mocny w przekazie film: „Chce się żyć” (wkrótce postaram się napisać o nim więcej) tylko utwierdził mnie w przekonaniu, by napisać ten wpis… Dzięki oczom, te Dzieci widzą, słyszą i czują świat. Dzięki oczom, my mamy szansę pokazać im ten świat. Dzięki oczom, chcą krzyczeć: „Ja nie roślina”. Szkoda, że często nikt ich nie słyszy…

 

– „Życie było piękne, Myszko! Ale nie żałuj, że się kończy. Wszystko musi się skończyć, nie tylko radość, ale i ból. Tu będzie Ci dobrze, tu nie ma bólu (…)”.

 Dary Pana tańczyły i Myszka zapragnęła dołączyć do ich kręgu, gdy znowu usłyszała surowy Głos:

– Pozwalam Ci ostatni raz zejść na dół. Na chwilkę…

– Na chwilkę – powtórzyła pokornie i szeroko otworzyła oczy. (…)”

 

/D.Terakowska, „Poczwarka”/

Image

Z cyklu: opowieści Krzysiowo-Kropkowe

Wczoraj wieczór spotkał nas miły zaszczyt: zagościliśmy w opowieści Mamy Kropka! 🙂 Co więcej, Krzyś został w niej dość pierwszoplanowym bohaterem – znawcą „sznurowadełek” i nowym (jednym z najmłodszych) kompanem Aniołkowej Bandy… Jedno jest pewne: dzięki takiemu wsparciu, Mama Krzysia ze szpitala zachowała (o dziwo!) same dobre wrażenia…
A czytając opowieść – wzruszyliśmy się radośnie, więc śmialiśmy się i płakaliśmy na przemian… 🙂 Poznajcie ją także (za pozwoleniem Autorki) tutaj sami:

Kropek właśnie spacerował sobie po niebieskiej łące, gdy na jednej z chmurek zobaczył swojego nowego przyjaciela Krzysia, obłożonego stosami grubych książek i czytającego w wielkim skupieniu.

– Krzysiu, a co ty tak czytasz? – zapytał się Kubuś.

– Uczę się Kropku o więzadłach – odpowiedział Krzyś.

– Krzysiu, a po co Ci wiedza o sznurówkach? Przecież w Niebie nie mamy bucików – dociekał z wielkim zainteresowaniem Kubuś.

– Kropek!!!! Ja nie uczę się o sznurówkach, tylko o więzadłach… takich co człowiek ma w nodze – wyjaśnił koledze roześmiany Krzyś

– Bo wiesz, moja mamusia idzie do szpitala, słyszałem jak mówiła, że czas naprawić sobie nogę. I powiem ci w tajemnicy Kropku, że chociaż moja mamusia niczego się nie boi, to za szpitalami nie przepada. Więc postanowiłem, że muszę być z mamą i pilnować żeby wszystko się udało – opowiadał przejęty Krzyś.

– Krzysiu, nie martw się!!! Już wołam Aniołkową Bandę i wszyscy razem pouczymy się o tych kolanowych sznurówkach, to znaczy więzadłach i będziemy razem z tobą pilnować twojej mamy – zapewnił przyjaciela Kubuś.

W jednej chwili, na Krzysiowej chmurce pojawiły się małe Aniołki i zabrały się do wertowania książek.

Nadszedł dzień, kiedy Mama Krzysia pojawiła się w szpitalu. Wokół niej zgromadziła się cała Aniołkowa Banda.

– Słuchajcie teraz uważnie Aniołki. Nie możemy wszyscy wejść razem z Krzysiową Mamą, tam, gdzie doktor będzie reperował nogę – powiedział Kubuś.

– Kubusiu, to się nazywa sala operacyjna – podpowiedział cicho Krzyś.

Zróbmy tak… dziewczyny, wy zaopiekujecie się Krzysiowym Tatą, żeby się nie denerwował. Krzyś, ja i trzy Aniołki, które wiedzą małe co nieco o szpitalach, pilnujemy Mamy Krzysia. Reszta czeka w poczekalni razem z książkami, bo może trzeba będzie coś podpowiedzieć – Kropek szybko wyznaczył Aniołkowej Bandzie zadania do wykonania.

Nagle na sali operacyjnej pojawili się lekarze i mama Krzysia. Zaczęła się operacja. Krzyś, bardzo przejęty, usiadł przy Doktorze–Chirurgu i podpowiadał mu do ucha co ma robić.

– Kropek, a to więzadło to tak miało iść? – zapytał Krzyś.

 – Chyba tak… Lepiej nie gadajmy, tylko pilnujmy lekarzy, żeby nic nie zepsuli – odpowiedział Kropek.

 – Tylko się tak nie nachylajmy, bo nam aureole na stół spadną i wtedy dopiero zrobimy zamieszanie – dodał Krzyś.

– Może powinniśmy nasze aureolki zostawić w szatni, wtedy na pewno nic by nam z główek nie spadło – roześmiał się Kubuś.

Cały zespół operacyjny był bardzo zdziwiony, bo jeszcze żadna operacja nie przebiegała tak szybko i sprawnie.

– To dziwne, wydaje mi się, jakby ktoś do ucha mi szeptał co mam robić. A narzędzia, jakby mi same wskakiwały do ręki – powiedział Doktor-Chirurg. No, zrobione…

 – Proszę Pani, kolano jest już jak nowe – powiedział po skończonej operacji Doktor-Chirurg.

– Operacja przebiegła pomyślnie. Jakby pilnowały Pani dobre anioły – dodał wychodząc z sali.

– Panie Doktorze, żeby pan wiedział… –  zaśmiała się cichutko Krzysiowa Mama.

– Synku, dziękuję Ci bardzo, że byłeś przy mnie i tobie Aniołkowa Bando też dziękuję – Mama Krzysia szepnęła cichutko zapadając w sen.

*****

Niebywałe, jak kilka niewinnie wymienionych komentarzy pod wcześniejszym szpitalowym wpisem może rozbudzić wyobraźnię, kreatywność i emocje Aniołkowych Mam… Dziękujemy Sylwii – Mamie Kropka (Kubusia)! :-* Jestem pewna, że duet K&K jeszcze nie raz tutaj powróci, gdy tylko zaskoczą pomysłami, które wrzucą cichaczem do naszej głowy 🙂  Mamy nadzieję, że się wtedy uśmiechniecie (cichutko przez łzy lub głośno i radośnie) razem z nami! 😉 Hmm?

I malutka uwaga dla skrajnych racjonalistów: opowieści o „Aniołkowej Bandzie” są może i całkowicie nieracjonalne, dyktowane wyłącznie naszą wyobraźnią, sercem, pragnieniem choć chwilowego pocieszenia, utwierdzeniem naszego przekonania, że „oni są!”…. Może i są szalone, ale tworzymy je po to…, aby nie oszaleć 🙂 :-*

ImageA jeśli Przyjaźń Kubusia z Krzysiem przechodzi właśnie swoją drugą młodość… w Aniołkowie? 😉

Krzysiu, jak TAM jest?…

Już za nami… świętowanie w Niebie. Nie wiedzieć czemu, ale wczoraj mieliśmy dziwne, wręcz optymistycznie nas prześladujące przeczucie, że tam na Górze dzieje się coś dobrego, radosnego… Czy nasze światełka zniczy pełnią rolę miliona lampionów na pewnym, niepojętym przez nas balu…? Czy sypał się złoty kurz? Czy nie bez powodu, bez naszej wiedzy, ale za pełną aprobatą, na Krzysiowych kwiatach zawisły kolorowe baloniki? Czy nasze Aniołki Dzieciaczki przybrały wczoraj najpiękniejsze stroje galowe, czy może Ktoś zezwolił im na sporą dozę fantazji fundując wielką garderobę i zezwalając na dziecięcy Bal Przebierańców? 🙂 Nie wiemy, nie mamy pojęcia co się Tam wczoraj działo, ale jakoś tak ciepło nam się robiło na serduchu… Może Krzyś się mocno wtulał swoim skrzydłem szepcąc niesłyszalnie: „Jestem naplawdę scęśliwy!”.

Dlaczego wierzymy, że nasz Krzyś i inne maleńkie Dzieciaczki mają pełne prawo do wczorajszego świętowania…? Dlatego, że każdy mądry ksiądz nam wręcz każe tak wierzyć. „O niego się nie martwcie, On jest już bezpieczny; martwcie się o siebie” – przypomina się z kazania z pogrzebowej mszy. Te Maluchy już są zbawione, już hasają radośnie po raju i – jak to pisał ks. Twardowski – „znają prywatny adres Pana Boga”. Nie trzeba odmawiać za nich „wieczny odpoczynek”, nie trzeba śpiewać „anielski orszak”, nie trzeba za nich odprawiać mszy. Bo nie trzeba modlić się za nich, ale do nich… Tak, mamy swojego maleńkiego, prywatnego Świętego… o wielkiej mocy. Doktrynalnie, przepisowo – łatwizna. Emocjonalnie – to wciąż silny nokaut.

Dziś Święto Zmarłych… czyli tych dobrych, ale też bardziej rogatych duszyczek. Dziś też jeszcze częściej zastanawiamy się „jak to jest po tej drugiej stronie, skoro my świętymi, w tak oczywisty sposób jak Dzieci, pewnie nigdy nie będziemy…?”. Na nic nasze wyobrażenia, na nic mniej lub bardziej teologiczne mędrkowanie, na nic wysłuchiwanie świętych, czy świeckich recept na kartę wstępu do Raju… Coś tylko cicho podpowiada: bądź dobrym człowiekiem… Bądź Człowiekiem.

„Jak Tam jest?”

Jako mały chłopiec z babcią umówiłem się,

Że kiedy umrze, to mi powie:

Jak Tam jest,

I czy warto dobrze żyć?

Minęło kilka lat,

O nieroztropnej obietnicy zapomniałem.

Babcia umarła…

Wkrótce w nocy przyszedł do mnie jej duch.

Bardzo bałem się,

Ale w końcu, to przecież babcia.

Nieśmiało zadałem pytanie: czy jest Bóg?

Głową skinęła poważnie.

– Babciu, a sąsiedzi są w niebie?

– To tajemnica – nie mogę ci odpowiedzieć.

– A jak Tam jest?

– Inaczej niż sobie wyobrażasz, ale warto dobrze żyć.

/Ks. Lucjan Szczepaniak SCJ, „Bo byłem chory… Poezje szpitalne”/

 

Image

Ale cisza jakaś inna…

Przyniosę Ci Kochanie promyk,

Który niebawem zgaśnie,

Przeciwnie do Nadziei, którą Oboje tak dobrze znamy.

Przyniosę Ci Kochanie kwiaty,

Które wkrótce wyschną,

Szybciej, niż smak pocałunków, które dostawałeś od Taty i Mamy.

Image

Przyniosę Ci Kochanie ciszę,

Którą tak często oboje rozmawialiśmy,

Ale cisza jakaś inna, bo brakuje taktu jednego serca bicia.

Przyniosę Ci Kochanie biel,

Wciąż tęsknotą i smutkiem przybrudzoną,

Nijak niepodobną do barwy Twojej ulubionej pidżamki bez guzika.

Image

Przyniosę Ci Kochanie wspomnienie,

Które zasnąć co noc pozwala, a rano każe wstawać,

Jednak nie potrafi oszukać, że Ktoś najdroższy tak na zawsze nie znika.

Przyniosę Ci Kochanie wiarę,

Której sam nas nauczyłeś zaufać,

Daleką od pompatycznych kazań, bo szepcącą: „psecies jestem obok”,

Image

Przyniosę Ci Kochanie uśmiech,

Przez który zawsze łza przeleci,

Jednak sam go malujesz dając znać, jak wesoło dziś balują Ty i Twoi Koledzy –

Mali Wielcy Wszyscy Święci.

Image

[*]

O umieraniu… wszystkich Małych Wielkich Świętych

To będzie trudny i inny niż zwykle wpis. Może niełatwy do zrozumienia, na pewno trudny do przebrnięcia. Dziś będzie o umieraniu… O śmierci dzieci. A właściwie o podjęciu przez nich decyzji odejścia. Bo takiej właśnie decyzji doświadczyliśmy i jej ciężar dźwigamy do dziś. Najwięcej w nim waży wszelka próba zrozumienia. A właściwie to ból niezrozumienia.

Dziś, kiedy pojawia się coroczny szał doboru wielkości chryzantem, kolorów zniczy, dywagacji nad sztuczną, czy prawdziwą wiązanką; kiedy panie szukają najpiękniejszych kozaków, a panowie szorują samochody…, myśli powinny krążyć tam, gdzie na co dzień mózg nie zagląda, gdy to kolorowy i tętniący świat je przyćmiewa, gdzie odrobina smutku i refleksji jest passé…

Może zabrzmi to dziwnie, ale śmierć staruszków już mnie nie rusza albo rusza mniej; przyjmuję o niej wiadomość ze smutkiem, pokorą, ale i zrozumieniem… Faktycznie, taka kolej rzeczy. Przeżyli swoje, zaznali wiele miłości, radości, nudy lub spontanicznej codzienności; często też wiedzą co to cierpienie, co to tęsknota, co to ból. Takie jest życie: mieszanką odczuć, zdarzeń, emocji, przeżyć, które tworzy całość. Nigdy nie uważałam, że powinno być tylko szczęśliwie, tylko łatwo, tak mdło… No to mam za swoje?

Przyszło nam się zmierzyć twarzą w twarz z odejściem własnego dzieciątka. Nie do przejścia, pomyślałabym kiedyś. Przeżyliśmy. Najpierw udźwignęliśmy krzyż niesprawiedliwego wyroku jego choroby, potem codziennej walki o jego życie, a teraz ciągniemy za sobą ogromną tęsknotę i jeszcze większe niezrozumienie zadające pytanie: „dlaczego On?”. Przecież był chory. „Dlaczego był chory…?”. O tym może kiedy indziej.

Dziś zadaję sobie pytanie: „Gdzie On teraz jest?”, „Co robi?”, „Jak się czujesz, Krzysiu?”.
I dziś, w tej zadumie z okazji zbliżającego się 1-szego Listopada, sięgnęłam po książkę Doroty Terakowskiej „Poczwarka”. Czytałam dość dawno, ale opisane tam misterium śmierci malutkiej, chorej genetycznie dziewczynki – Myszki (córeczki małżeństwa – Adama i Ewy) utkwiło mi w pamięci mocno i mam wrażenie jakby chciało dziś przynieść pewną otuchę w postaci mniej lub bardziej oczywistych i realnych odpowiedzi na moje pytania.

„Wtedy jednak, gdy bała się najbardziej, usłyszała Głos. Ten sam, który miał w sobie ogrom samotności i który wcześniej pytał, nie oczekując odpowiedzi, a echo Jego wątpliwości odbijało się bezradnie o pnie drzew w Ogrodzie. Ten, który miał w sobie surowość dojrzałego mężczyzny, śpiewną miękkość kobiety, wieloznaczny syk Węża, ciepły i głęboki oddech wiatru.

– Chodź do mnie, Myszko…

– Idę – odparła potulnie, nie otwierając ust. – Ale tam, gdzie mnie zabierzesz, nie będzie mamy i taty.

– Miłość nie musi nosić imion – odparł Głos, śpiewnie i ciepło.

– A co jest tam, gdzie z Tobą pójdę? – spytała Myszka.

– Strych, a potem Ogród – rzekł Głos surowo i z męską rzeczowością.

(…)

Myszka spłoszyła się i na jej twarzy pojawił się wyraz niepewności.

– Ona się czegoś boi – powiedział z bólem Adam.

– Odchodzenie zawsze łączy się ze strachem – szepnęła Ewa.

– Tam będzie Strych ze wszystkimi tajemnicami, marzeniami i cudownością tego świata. Tam będą wszystkie odpowiedzi i całkiem nowe pytania – rzekł melodyjny, ciepły Głos.

(…)

– A jeśli już obejdę wszystkie zakamarki Strychu i cały Ogród? – spytała Myszka

– Strychy nie mają Końca, tak jak nieskończone są tajemnice i marzenia, i nieskończony jest lęk – odparł Głos.

– Nie chcę się już bać – szepnęła Myszka.

– Nie bój się Myszko. Pewnego razu trafisz na Strych, na którym nie będzie już nic oprócz miłości – uspokoił ją ciepły, melodyjny Głos

(…)

– Mój Ogród nie ma końca – stwierdził surowy Głos i nie było w nim cienia wątpliwości.

– To dobrze – ucieszyła się Myszka.

– Ona się uśmiecha – szepnął Adam.

– Może tylko nam odchodzenie wydaje się straszne? Może bardziej cierpią ci, co zostają? – powiedziała Ewa.

(…)

– Myszko, idziemy – powiedział stanowczo Głos.

– Idziemy – szepnęła bez słów, zastanawiając się, czyja dłoń jest taka duża, dobra i bezpieczna.”

(„Poczwarka”, Dorota Terakowska)

 I jeszcze tylko na koniec takie chyba ważne spostrzeżenie… Coś jest jednak pięknego w tym pakcie umierających Dzieci z Niebem. Ta niewidzialna i niesłyszalna dla nas forma rozmowy i pertraktacji z Głosem z Ogrodu. Mam wrażenie, że one wszystkie proszą, żeby wrócić jeszcze na tę ostatnią chwilkę, aby się pożegnać, aby jeszcze uśmiechnąć się do Mamy i Taty. A potem…? A potem mówią swoje ostateczne „już” i odlatują cichuteńko, aby sprawić wszystkim wokół jak najmniej przykrości, a także może aby im nie przeszkadzać odejść… Wszystkie dzieci, które poznaliśmy, a które już odeszły – Krzyś, Lenka, Maja, Marysia, Emilka, Kubuś – na swoje „wejście do Ogrodu” wybrały  moment, gdy Rodziców nie było obok; czy to w domu, czy to w szpitalu, czy to w momencie snu w ciemności nocy. Nie chcieli sprawiać bólu, przykrości. A wtedy nastąpił czas ich powrotu do Krainy szczęścia, beztroski, bez bólu, bez chorób i łez. Dlatego chciały, byśmy zapamiętali tylko ich spokój i uśmiech – Malutkich Dzielnych Wielkich Męczenników – Wszystkich Świętych. Bo faktycznie: „może tylko nam odchodzenie wydaje się straszne? Może bardziej cierpią ci, co zostają?”.

I tak w najbliższy piątek udekorujemy Krzysiowi grobek najpiękniejszymi, samodzielnie ułożonymi kwiatami. Ale robimy to nie tylko dla niego konkretnie, bo także dla nas. Przede wszystkim w tych kwiatach, chcemy Krzysiowi podarować choć okruszynkę naszego wyobrażenia Jego pięknego Ogrodu. A jednocześnie, sami pragniemy w tym Dniu wpatrywać się w namiastkę tego, co nasz Synek w swoim Ogrodzie ma tuż obok, ma na co dzień, ma na wieczność.

Image

Hej, to mój balonik!

Dziś DDU. Dzień Dziecka Utraconego. A raczej Ukochanego (jak to napisała Mama Kropka), gdzie my się pod tym podpisujemy i popieramy – w końcu nie zgubiliśmy Krzysia na tych kilku spacerach, skąd więc taka nazwa?!
Rodzice Krzysia też przyłączyli się do tych radosno-smutnych obchodów. Radosnych, bo mogliśmy sprawić trochę radości Krzysiowi i jego rodzeństwu (nienarodzonemu, które nawet jeszcze nie zdążyło otrzymać imion). Smutne, bo jednak w smutnych okolicznościach wstępuje się do „Klubu Rodziców, Których Dotyczy DDU”.
Wczoraj po mszy św. w Bazylice Mariackiej wysłaliśmy w niebo setki białych baloników z imionami dzieci. Wzięliśmy 2 baloniki: jeden dla Krzysia, bo jest już dużym chłopcem i mu się należy balonik tylko dla niego; drugi dla dwójki jego rodzeństwa, a ponieważ są mniejsi dostali jeden balonik na spółkę, co by im było łatwiej go utrzymać w rączkach.

I tak sobie pomyśleliśmy, ile radochy musiało być wczoraj i dziś w Niebie, kiedy aniołki dostały swoje baloniki. Ile okrzyków „hej, to mój balonik!”, „ej, nie deptaj mojego balonika!”, „zamienimy się?” 🙂
Jedno jest pewne, św. Piotr na pewno ma nas rodziców na jakiś czas dość za bałagan, jaki zrobiliśmy mu w Niebie 🙂

ImageImage

Kolejny Aniołek – Kubuś (*)

Dziś dotarła do nas bardzo smutna wiadomość: nagle i niespodziewanie odszedł we śnie Krzysiowy starszy kolega – Kubuś (19 miesięcy).

Kubusia poznaliśmy podczas naszych długich, wielomiesięcznych szpitalnych wyczekiwań na wyjście do domu. Tak samo my, jak i Rodzice Kubusia, wspólnie walczyliśmy o lepsze diagnozy, o dobór najlepszych specjalistów, o jak najszybszy wypis… Wspólnie spędzaliśmy Wigilię przy barszczu z automatu na szpitalno-korytarzowej sofie, wspólnie życzyliśmy sobie „lepszego Nowego Roku”, wspólnie płakaliśmy z radości, gdy nasze dzieci w końcu trafiły do domu, wspólnie długimi rozmowami dzieliliśmy się swoimi obawami, radościami, doświadczeniami. Kubuś w domku miał się nieźle i stabilnie. Podziwialiśmy dzielność jego i jego Rodziców, którzy nie ustawali w walce o zdrowie dla synka i potrafili grube kilometry pędzić samochodem wypakowanym sprzętem do Warszawy, by neurolodzy mogli się zająć Kubusiem. Były mniejsze i większe sukcesy; były neurologiczne postępy; były długaśne spacery, które Kubuś uwielbiał; były huczne urodziny, chrzciny; były oczy pełne łez – często ze szczęścia, czasem ze strachu. Były… Teraz są najważniejsze i najdroższe w życiu wspomnienia, których nikt nigdy Wam nie odbierze. A coś niestety już o tym wiemy.

I znów pojawiają się tzw. „sposoby na pocieszenie”. Jak mantrę powtarzamy „już nie cierpi”, „widocznie tak miało być”, „tak jest lepiej”. Tylko powtarzamy, a często łapiemy się na tym, że sami w to nie do końca wierzymy… Bo jak ma być lepiej, gdy w domu pustka… Tyle planów, marzeń niezrealizowanych. I oczywiście nie śmiem nawet mieć tu na myśli udanego wspólnego plażowania, wycieczki do Disneylandu, basenu z kulkami na podwórku… Nasze marzenia to zwalczenie padaczki, samodzielny oddech, jedzenie buzią, kolejne jutro i kolejny spacer.

I tak się zastanawiamy Panie Boże, czemu zderzasz nas z tak okrutnym losem. Czy to całkiem normalne, że jako dwudziestoparolatkowie mamy kroczyć za trumienką własnego dziecka…? Czy w myśl zasady: „każdy dostaje taki krzyż, jaki jest w stanie unieść…” mamy uważać, że nasze kręgosłupy wytrzymają jeszcze wiele? Bo już mocno bolą. Tak, jestem zła. Jestem zła, że odszedł Krzyś, że odszedł Kubuś. Że odeszło jeszcze kilkoro dzieci, które mieliśmy zaszczyt poznać. Mali Herosi. A to tylko kropeleńka w morzu tego absurdu.

Pojawia się jeszcze wiele brutalnych pytań. Pytań, co przychodzą same… A w nucie nieśmiałego oczekiwania na najmniejszą podpowiedź, głucha, bezlitosna cisza…

Z perspektywy czasu, jedyne pocieszenie, jakie powraca nam sercem do głowy, to jedno proste zdanie, które kiedyś już przywoływałam: „Czasem trzeba odejść, by stale być blisko”. Nawet nie sądziłam jak często będzie mi dane tej bliskości Krzysia nadal nieustannie doświadczać… co dnia. Teraz jestem pewna, że nasz Krzyś trzyma mocno Kubusia za rączkę ( w końcu Kubuś i Krzyś to stumilowi najlepsi przyjaciele) i go oprowadza po beztroskiej krainie szczęścia… ich szczęścia, gdzie już nic nigdy nie boli. A podczas tego spaceru udziela mu wszelkich wskazówek i instrukcji jak to jest „odejść i być blisko” swoich Rodziców i wszystkich, którzy Go pokochali.

58667_1378822765684485_1356121632_n