RAP-ersko dla BARTUSIA!

Powoli gasną światła…

Wieczory coraz dłuższe, a światła w naszych domach zapalają się coraz wcześniej… Narzekamy na jesienną słotę, na krótkie dnie, na deszczowe poranki, na brak czasu… Właśnie, ciągle narzekamy. A gdybyśmy się dowiedzieli, że gdzieś koło nas jest Rodzina, której jest po prostu ciężko, bo… Synek walczy o życie, Jego Mama walczy o życie, ratują się wszelkimi siłami, zostają w między czasie okradzeni z wszelkich oszczędności… Jedyne, co im jeszcze zostało to miłość, determinacja i wiara, że… będzie dobrze!

Niewidoczny Dyrygent..

Nasz synek wybrał na jesienny RAP Rodzinę Bartka. Dlaczego? Bo daleko im od wyimaginowanej, modnej Rodzinki.pl. Bo śmiech się tam pojawia przez łzy; bo siły nie mierzy ciężar dźwiganej sztangi; bo słowo „życie” ma bardzo prawdziwie dosłowne znaczenie. Skądś to znamy, prawda?

Na scenie: BARTEK HADYŃSKI

Jest sobie wesoły, najzwyklejszy na świecie 5-letni Chłopczyk… W głowie mu zabawy z rówieśnikami-urwisami, przedszkolne perypetie, marzenie o nowym rowerze… W głowie siedzi coś jeszcze – wielki guz, wymiary 5×5 cm…, diagnoza: bardzo rzadka odmiana, złośliwa… Szybka operacja, na której się niestety nie kończy. Radykalna seria chemii, kolejna operacja. Strach i optymizm; lęk i wiara… od badania do badania. I kolejne złe wieści. I kolejne operacje, i kolejne okrutne diagnozy. Ciągle w główce Bartusia nie dzieje się dobrze. Na domiar złego, w wyniku stresu i przeżyć, Mama Bartusia rozchorowuje się w międzyczasie na obustronnego raka piersi, także musi przejść radykalne leczenie. Mało? Wówczas, gdy tak bardzo potrzebne są wszelkie oszczędności, aby móc stanąć do walki z podwójnym wrogiem (Mamy i Bartka), Tata zostaje doszczętnie okradziony przez własnego pracownika. Walczą dalej… Wszystkie siły kumulują na wyleczeniu synka. Szukają pomocy, która może nadejść ze Stanów, za… minimum 100 tys złotych. Wierzą, że się uda. Nie oczekują współczucia, nie chcą „będzie dobrze” – zdają się to wiedzieć. Proszą o pomoc, jednocześnie z rozbrajającą szczerością mówiąc:Nie mogę dojść do siebie po nagraniu telewizyjnym w TVP … i dopiero oglądając je zrozumiałem, że nasza historia rzeczywiście jest tragiczna.”

Poznajcie profil Bartusia na Facebooku: TUTAJ

Jeden z artykułów nt. sytuacji Rodziny Bartka: TUTAJ


Pora na RAP:

Jest sobie taka Rodzina z Poznania, która nie jada już razem wspólnego śniadania z rana.

Nawet jak występują razem w komplecie,

To zawsze im towarzyszy okrutnie złośliwy Rak Nieprzyjaciel, nieproszony – sami wiecie…

Onkologia, kroplówki, dni odliczanie,

To się w sercu nie mieści, że dotyczy kolejnego Dziecka, którego powinno dotyczyć tylko beztroskie śmianie!

Jeśli już bezlitosny pech parami chodzi,

to niech ich postawa optymizmu i przeogromnej siły tę nierówną walkę do zwycięstwa sprowadza.

Znów okazuje się, że życie, czy małe, czy duże, kosztuje bardzo wiele,

Zamiast „będzie dobrze”, „współczuje” – przelejmy na konto „piątaka” – Przyjaciele!

Bilet wstępu na nasz „koncert RAP”:

Jak zawsze – do “nabycia” bez wychodzenia z domu!

Koszt – 5 zł – nie mniej, nie więcej!

Czy pojedynczo, czy rodzinnie – jak tylko chcecie, jak możecie…

Gdzie nabyć?

Najprościej: wszelkie dane w „Informacjach” na facebookowym profilu Bartusia: TUTAJ

Bartek

/zdjęcie pochodzi z fb profilu Bartka/

Piosenka na dziś… „Wszystkim nam brakuje szczęścia…” – niektórym szczególnie!

Bo psecies się nie zgubiłem…

Ten tydzień blogowo przemilczeliśmy. Przemilczeliśmy z premedytacją… Przemilczeliśmy na przekór.
Dlaczego? Bo w środku tego tygodnia – czyli dokładnie 15 października – jest obchodzony Dzień Dziecka Utraconego.
I jakoś tak… nam z tym dziwnie.
Z pewnością punkt odniesienia do tego Dnia jest najbardziej intymny i indywidualny z możliwych, bo przecież jak można zmierzyć stopień „utracenia”?… Dlatego, żeby była jasność, nie opiniujemy, nie krytykujemy, nie zbywamy tematu…
Prawdopodobnie Mamy, które pożegnały swoje Dzieciątko nawet go nie widząc, często nawet nie czując, w wyniku poronienia, czekają na 15.10 – dzień społecznego przyzwolenia na wyrażenie swojego bólu, tęsknoty, przesłania emocji do Nieba – zamkniętych w białym baloniku.
Dobra strona organizowania Takiego Dnia to też taka, że Rodzice Osieroceni nie są, nie czują się sami… A przecież w ferworze codzienności, te otaczające nas sztucznie bądź prawdziwie uśmiechnięte twarze nie mają odwagi, ochoty słuchać naszych ważnych, a niekoniecznie łatwych i wesołych wspomnień… 15-tego października, w miejscu spotkań Takich Jak My – są dokładnie Tacy jak My – normalni, zwyczajni, czasem uśmiechnięci, czasem wzruszeni, czasem po prostu trochę smutni. Podjęliśmy przecież w zeszłym roku próbę takiego spotkania, było warto. Choć i wtedy, i teraz podtrzymujemy, że nazwa Dnia „Dziecka Utraconego” nie pasuje, nie podnosi na duchu, nie oddaje istoty przeżyć. Dlatego podpisujemy się obiema rękami pod modyfikacjami proponowanymi przez Mamę Kropka i mówimy tylko o „Dniu Dziecka Ukochanego”. „Utracone” klawiatura jeszcze przepuści, gardło już nie…
Wracając do tego roku, skąd u nas ten mały bunt „nieobchodzenia” DDU?

Troszkę czasu od odejścia Krzysia już minęło… Jest on naszym Dzieckiem Ukochanym każdego Dnia. Nie przestajemy o nim opowiadać w domu, w pracy, wśród zdrowego świata… Nie przeszkadza nam konsternacja tych „mniej doświadczonych”. Traktujemy, jakby Krzyś był z nami ciągle, wszędzie, z zupełnym luzem, żartem, a czasem nostalgią – zależy. On jest – tylko inaczej. I tym samym nie damy sobie wmówić, że gdzieś się zagubił, utracił, zniknął. Odszedł na inny wymiar.
Skoro dane było mu kroczyć z nami tutaj inną drogą niż przeciętna Rodzina, zdecydował pójść potem sam też inną drogą niż jego Rówieśnicy…
To, że nie mamy Go obok, w taki sposób jakbyśmy niewyobrażalnie bardzo pragnęli przypomina nam już wystarczająco wiele Dni: Wszystkich Świętych, Rocznica Śmierci… Dni, które dosłownie sprowadzają nas do parteru – parteru małej mogiłki. A potem się znów podnosimy… I znów na przekór – prawdziwie, z radością, najzwyczajniej dmuchamy kolorowe baloniki dla Krzysia na prawdziwy Dzień Dziecka (01.06), czy szykujemy kwiatowy tort na Jego Urodziny!
Ktoś mógłby powiedzieć, że to szaleństwo, że żyjemy w jakimś mirażu… Nie. To tylko nasze wyjście awaryjne. Zrozumieliśmy, że biczowanie się przeszłością nie ma sensu. Za to wyciąganie z niej Lekcji – tak! Dlatego wybieramy radość z pięknego słońca o poranku; z nadejścia kolejnego weekendu spędzonego razem; z planów, które się realizują; ze znaków, które niesamowicie mocno dają nam wierzyć, że: „Mama, Tatko, psecies się nigdzie nie zgubiłem!”.

Dziś niedziela… Mimo nadchodzącej jesieni, wciąż wita nas piękne słońce… Cały dzień przed nami! Spędźmy go tak… jakby jutro był… poniedziałek 😉 Dziś się cieszymy sobą, ręka w rękę realizujmy przyjemne plany dnia. Marudzić będziemy… dopiero jutro! 😉

image

A gdy w głowie powstawał ten wpis, podczas rowerowej przejażdżki po parku, spotkałam taki WPIS… od Dzieci Ukochanych! 🙂 Podpisały się pod powyższym? 😉 ❤

A… jak ANULA.

Kochani, przerywamy na chwilkę zapowiedziany niedawno nasz alfabet. Tak samo jak wczorajszy wieczór przerwała okrutnie prawdziwa i smutna wiadomość. Tak jak podczas słonecznej niedzieli przerwały się nasze serca – z bólu i niedowierzania. Tak jak wczoraj niektórych najbliższych serca pękły…, bo jedno z nich… zatrzymało się na zawsze. Za wcześnie. Nie to. Nie tutaj. Nie teraz. Znów świat się pomylił.

Albo nie. Nie przerywamy alfabetu. Zaczniemy go tylko inaczej niż planowaliśmy – bez scenariusza, wbrew planom, niespodziewanie…, czyli dokładnie tak samo, jakim okazał się wczorajszy wieczór… Wieczór, w którym jedno najważniejsze, najpiękniejsze, najwartościowsze „A” zgasło…

A jak Anula – fajna, wesoła, normalna Dziewczyna z Sąsiedztwa… Być może dlatego wczoraj zamiast cicho westchnąć czytając komunikat o jej odejściu, większość z nas wzięła w ręce telefon i przekazywała innym… dławiącym głosem, z kręcącą się łzą w oku, dokładnie tak, jakby to był nasz bliski.

A jak Ambasadorka szacunku do prywatności. A jak Autentyczna wielbicielka ludzi i życia. A jak Anioł z temperamentnym ognikiem w oku. A jak Autobiografia: pisana dystansem do siebie, miłością do świata i inteligencją idącą w parze z zewnętrznym i wewnętrznym pięknem…

A jak Autorytet Żony i Matki. I w tym miejscu Ania pewnie wykreśliłaby wszelkie pozostałe peany, zostawiając tylko ten punkt. Rodzina to jej piedestał – niepodważalny. Nigdy nie zachwiał nim żaden blichtr salonów, czerwień dywanów, czy propozycje „nie do odrzucenia”. Można by powiedzieć łatwo: „przecież jest takich tysiące matek…”. No właśnie, chwila zastanowienia: czy naprawdę jest takich tysiące, gdzie „ja” jest zawsze synonimem „my”? Ta rola Ani wychodziła najlepiej, choć wcale nie najprościej, w niej czuła największe spełnienie, sens i niekończący się cel… Pewnie nieświadomie zadawała też podobny, piękny cel innym. Zupełnie przypadkiem oglądając dawno kiedyś TEN wywiad, będąc w ciąży, nagrałam go sobie na pamiątkę i spuentowałam jednym zdaniem: „Chcę być właśnie TAKĄ Matką, TAKĄ Żoną”…

I wreszcie A jak Aktorka… Tę rolę przypisywała sobie jako ostatnią, choć wielu twierdzi, że jej półki powinno ozdabiać wiele cennych nagród filmowych. Wiele scenariuszy już odegrała, wiele na nią jeszcze czekało… Nagle podrzucono jej ten najtrudniejszy, ten prawdziwy, od Reżysera, któremu nie da się odmówić… I choć kiedyś nieopatrznie przepowiedziała sobie jego punkt kulminacyjny, to do końca wszyscy wierzyliśmy, że to będzie dobre zakończenie. Tymczasem jej nazwisko zamiast stać obok Wielkich – nominowanych do np. Oscara, dziś wspominane jest obok innych Wielkich – Patricka Swayze, Steve’a Jobsa – którzy tak samo jak ona, nie zdążyli odebrać nagrody…

No właśnie… Czytamy wszędzie: „przegrała/przegrali walkę z rakiem”. Jakie to smutne i niedorzeczne. Czy można mówić o przegranej na polu bitwy, gdzie spotyka się przede wszystkim nadludzkie siły, najprawdziwszy heroizm i najczystsze intencje życia…? Czy można mówić, że przegrali Ci, których zabrało tsunami albo przykryły gruzy WTC? Czy przegrał ten, którego śmiertelnie potrącił samochód? Czy przegranym jest naprawdę ten, na którego i jego najbliższych spada ciężar z góry nieuleczalnej choroby? Rak to zew natury, a właściwie akt jej ogromnego wynaturzenia – wbrew postępom, mądrym głowom, nowym lekom wciąż zbiera za duże żniwo – nie wybierając tylko tych gorszych dusz, od tych pełnych dobroci…, nie oddzielając pięknych serc, od tych, gdzie ich czasem właściwie brakuje… Dlatego nie mówmy o przegranej. Tak, życie to walka. Czasem walka o życie. A „walczyć” to znaczy „wierzyć do końca w wygraną” – wierzyć z dziecięcą naiwnością, wierzyć w ciemno, po swojemu… Ale umrzeć to nie przegrać. Przecież Ania wygrała. Dosłownie rozumując, być może wygrała kilka miesięcy dłużej, niż było jej dane. Jednak tak naprawdę największe zwycięstwo odniosła swoją sztuką życia – pełną szczerej radości, wypełnionej po brzegi miłością do bliskich, przypieczętowaną poczuciem świadomego spełnienia się.

Od wczorajszego wieczora może ktoś tak jak ja zatrzymał się na chwilkę, zresetował swoje „tu i teraz”, też przemknęło przez myśl: „a jeśli mnie wręczą też taki scenariusz?”… Jutro, pojutrze wszystko ucichnie, znikną nagłówki, wszystko wróci do normy, show must go on… Znowu zaczniemy narzekać, że zimno; że nie dostaliśmy podwyżki; że dziecko się przeziębiło, że wakacje daleko… Dopóty, dopóki znów świat nie zatrzyma się w popłochu czyjegoś odejścia, czy jakieś innej tragedii pytając: „gdzie ja jestem w moim życiu?”. My już przebrnęliśmy przez brutalną lekcję i bardzo dosłownie wiemy, co „tu” i co „teraz”.”Tu” – jest miłość, jest nas dwoje, jest dom, powoli odbudowywany z gruzów… „Teraz” – jest zdrowie, jest uśmiech, jest odwaga bycia optymistą…

A co „Tam”? Dziś przejeżdżając rowerem przez krakowskie Błonia, spojrzałam przed siebie: na horyzoncie rześka, tajemnicza mgła zmierzchu, wokół jeszcze jaskrawa zieleń już jesiennej trawy… I pomyślałam: „Krzysiu, Aniu…. Jak TAM u Was musi być pięknie…”. Odpoczywajcie… I opiekujcie się nami. Tu – Matka opiekuje się dziećmi, Rodzice – synkiem. Tam – Wasze role się zrównały – i Dorośli, i Dzieci opiekują się Tymi, co zostali… I niby powinno nam być z tym przekonaniem łatwiej, wręcz wygodniej żyć, wierząc, że Ktoś „odgórnie” o nas dba, że czuwacie… A jednak… Jarek musi znaleźć siły posprzątać gruz i zacząć budować Wasz dom na nowo. Oliwia, Szymuś i Jaś swoje wołanie „mama” odbiją echem od ścian… My Krzysiowego „Mamo” nie usłyszymy nigdy… A jednak… tak po ludzku smutno. A jednak… tak bardzo tęskno. A jednak… ten ból nie gaśnie.

1010781_744122825661430_8668341556514923266_n

P.S. Zamiast trzech linijek wspomnienia i współczucia zostawionych na facebooku, zostawiam może i trzysta… I to ciągle mało. I ciągle niezbyt zgrabnie. I ciągle niewystarczająco pięknie jak sobie na to (w moim przekonaniu) zasłużyła…

A… jak ALFABET

Depakine, Lignokaina, filterek Portex, obwód, niska wentylacja wydechowa, SpO2, Clonazepam, bolus, zgłębnik dożołądkowy, FL, Vtt, aspirat, posocznica, dekaniulacja, herpes, burleska, Costello, VSD, mioklonie, Keppra, vascuport…

Znacie wszystkie te słówka?… A Krzyś zna. Kosmos, nie? Prawdziwy mikro/makrokosmos, w którym tkwił nasz synek w ubiegłym roku. Najpierw w szpitalu – gdy medyczne głowy rzucały nad jego łóżeczkiem coraz to (także dla nas) dziwniejsze hasła. Musieliśmy uczyć się szybko. Ekspresowy kurs zapamiętywania. Potem w domu – mimo, że pojawiła się obok grzechotka, milusi miś, kolorowa karuzela, czułe słówka, nie uciekliśmy od rozbudowywania niechcianego, a jednak potrzebnego słownika pojęć nieznajomych zdrowemu światu. I słusznie, że nieznajomych. I nigdy nikomu nie życzymy, aby musiał się ich uczyć w takim trybie jak nasz. Jeśli ktoś ciekawy – zawsze lepiej kliknąć w Wikipedię.

W tym roku postanowiliśmy nadrobić zaległości. Powoli zapominamy, jakim roztworem przemywało się skórę wokół rurki, musielibyśmy sobie przypomnieć kolor używanych cewników, mylą nam się tak pożądane kiedyś nazwy lekarstw. Pamięć wypiera to, co złe. Tęsknota przynosi to, co dobre…

I tak zastanawiając się, o czym by chciał teraz przeczytać czy usłyszeć nasz Krzyś, zrodził się nowy pomysł na cykl wpisów pt. ALFABET.

Nie będzie w nich ani słowa o medycynie; ani słowa ze słownika pojęć zakazanych dla beztroskiego świata. Nasz Krzyś przekroczył już wszelkie limity wiedzy na temat zdrowia, a właściwie jej wszelkie obszary, gdzie może ono szwankować. Za dużo też nasłuchał się dorosłych rozmów o życiu i śmierci. Niepotrzebnie patrzył na sprzęty i czynności, które najlepiej by było, aby w ogóle nie musiały być nigdy wymyślone i potrzebne.

Tej jesieni, wierząc, że nasz Aniołek i tak doskonale wie, o czym sobie myślimy (niejednokrotnie nas w tym już utwierdził!), opowiemy Krzysiowi o wszystkim tym, o czym tak bardzo chcieliśmy mu powiedzieć jeszcze tutaj, bezpośrednio, ale nie zdążyliśmy… Nie wiemy jak on teraz widzi świat. Jednak wiemy jakim chcielibyśmy, aby go zobaczył, zapamiętał. Nasz świat – najzwyklejszy ze zwyklejszych, jemu jednak wciąż nieznany. Opowiemy w zaplanowanej kolejności – alfabetycznej. A opowieści nasze będą miały formę listów – listów do Nieba.

Zatem, „Listy do K.” już niebawem…

Dziękujemy, że jesteście ciągle z nami… :-*

Autumn-Swing-Small

Ostatni RAP tego lata… Delfinkowy!

Powoli gasną światła…

Światła na naszej scenie tworzą półmrok tuż przed rozpoczęciem koncertu… Wkoło natomiast zaświeciły się już dużo wcześniej niż w ubiegłych tygodniach… Dzień coraz krótszy, noce coraz chłodniejsze, w pobliżu znów częściej słychać pomruk narzekań niż srebrzysty śmiech letniej beztroski…

Niewidoczny Dyrygent..

Fakt, nasz Rycerzyk także silnie odczuwa ostatnie przebłyski lata i z nostalgią mówi im „papa”, bo przecież uwielbia (wraz z nami) wszelkie wakacyjne eskapady, letnie chwile zapomnienia i upalne przygody… Dla ochłody 😉 Ale Krzyś zna też receptę na nadchodzące jesienne smutki: zamiast narzekać, trzeba pomagać. Uśmiech wtedy wraca – serio, sprawdźcie sami!  🙂 A na ostatni RAP tego lata,  jako temat przewodni, na pocieszenie, Krzyś wybrał… DELFINY!

Na scenie: DAWIDEK SPAŁEK

Dawidek to także Krzysiowy Kumpel…  Choć nasi Chłopcy nigdy nie poznali się osobiście, łączy ich bardzo wiele: niemal w tym samym czasie przyszli na świat (Krzyś jest młodszy o niecały miesiąc), tak samo niespodziewanie świat ten okazał się dla nich okropnie trudny, taką samą przyjęli taktykę: „Nie ma czasu na obrażanie i żal, jest czas tylko na miłość”… Tak samo postanowili iść przez ten niełatwy świat – wbrew diagnozom, wbrew trudnościom, z wiarą i pomocą wszelką.
Choć Krzysiulek nie może już swemu Koledze dotrzymać kroku, to bardzo bardzo mu kibicuje ze swego Aniołkowa.
Dawidek, jak sam „twierdzi”, jest kiepski z matematyki… Na świecie pojawił się dużo za wcześnie. Zamiast w 40-tym tygodniu, urodził się w 22-gim. Zamiast ważyć zdrowe 3 kilo noworodka,  na wadze zaznaczył zaledwie… 450 gram. Zamiast bawić się w piaskownicy z rówieśnikami,  zakłada specjalne okularki, uczy się jeść, skupiać uwagę, słuchać i rozróżniać dźwięki… Dla nas przecież to nic takiego, dla Dawidka – to przecież wszystko. Wszystko, aby pewnego dnia móc się samodzielnie uśmiechnąć, aby powiedzieć „Mamo…”, aby świadomie spłatać dziecięcego figla Tacie…  Rodzice Dawidka robią wszystko, by główka ich synka zaczęła pracować wreszcie prawidłowo, aby nie utrudniała Maluszkowi tak pięknej przecież codzienności.
Jest nowa szansa terapii dla Dawidka – delfinoterapia! Dzięki pływaniu z delfinami w Turcji, za pomocą emitowanych przez te przyjazne zwierzątka ultradźwięków, główka Chłopczyka może poukładać swoje wcześniaczo zagubione i zagmatwane tory… Na wyjazd Dawidek potrzebuje ponad 20 000 zł – do końca września!  Na razie udało się uzbierać ledwo połowę… Pomóżmy wyjechać Dawidkowi do Turcji – przybij „piątkę” delfinom!

Poznajcie Dawidka bliżej – zajrzyjcie na Dawidkowy Blog!

Pora na RAP:

Na zakończenie lata,
nawet delfin z Człowiekiem się radośnie brata.
Wystarczy wymienić wzajemnie uśmiechy,
by jesienne troski wygonić spod strzechy.
Dla nas optymistyczna wówczas terapia zapewniona,
Dla Dawidka bardzo potrzebna poMOC spełniona.
Słodziak ten Mały na pływanie się super ważne wybiera i kto wie…
Może zyska mądrość i bystrość przyszłego prezydenta albo premiera.
Tak naprawdę niech tylko delfinek pomoże –
samodzielnie kiedyś stanąć,  jakieś słówko sypnąć może.
I niech Aniołkowo wspiera małego Bohatera,
Który daje przykład jak miłość potrafi wszystkim dodawać skrzydeł,
gdy Wcześniaka choroba je odbiera…
Czytaj dalej

„Rycerzyk” – wersja de luxe znów w akcji!

RAPersi, Rycerzykowicze, RAPowicze! 🙂

Aby potwierdzić wszelkie facebookowe przesłanki z wczorajszego wieczoru, oficjalnie – tu na blogu – mamy zaszczyt, radość, przyjemność 🙂 ogłosić, iż niespodzianie JEDEN JEDYNY egzemplarz „Rycerzyka” (wersja limitowana „de luxe” w łącznej ilości 5 sztuk, których aukcje charytatywne odbywały się w grudniu ub.r. – pamiętacie, prawda?) wrócił na ponowną licytację!
Dlaczego? Bo pewna Mama – Justynka, która wylicytowała ksiażkę-album w grudniu (za piękną kwotę – ponad 500 zł), poruszona przedstawioną w naszym ostatnim RAP-ie historią ZUZI – postanowiła przekazać książkę dalej – na „bazarek” licytacji dla chorej, przekochanej Dziewczynki…
Tym samym, mamy szansę pomóc Zuzi… żyć! Nic piękniejszego nie można przecież uczynić, prawda?

Z podziwem i wdzięcznością za cudny gest kłaniamy się Justynce, a Was, Kochani Rycerzykowicze, zapraszamy do tego wyjątkowego RAPowania-licytowania!

Aukcja odbywa się na oficjalnym profilu „Bazarek dla Zuzi” pod tym linkiem:

LICYTACJA KSIĄŻKI „RYCERZYK”-ALBUM NA FACEBOOKOWYM BAZARKU DLA ZUZI!

image

– Kwotę przebijamy o 5 zł w komentarzach.
– Czas zakończenia aukcji: 16.09.
– Cena wywoławcza książki wczoraj, w chwili wystawienia: 30 zł.
– Cena osiągnięta po 1,5 h od startu aukcji: 120 zł. Wow! 🙂

Gorąco zachęcamy do licytacji i do poMOCY malutkiej Zuzi!

image

A nas ciągle nosi… po tych anielskich śladach…

Anielskie ślady znów odnajdujemy w Bieszczadach.
To tutaj rozpoczęliśmy nasz wakacyjny sezon i to tutaj właśnie bardzo chcieliśmy go zakończyć…

W Wetlinie, Mili…

„(…) czereśnie dziko krwawią,
tam granicy pilnuje
całkiem wesoły Anioł.
(…) zaczyna się koniec lata,
tam Anioł traci głowę,
z brzozami się brata (…)” *

*) „Leluchów” – Stare Dobre Małżeństwo.

image

Po przepięknej trasie Przełęcz Orłowicza – Smerek – Wierch Osadzki – siedzimy na „naszej” Połoninie Wetlińskiej, u stóp Chatki Puchatka… Każdy z nas ma takie swoje „stacje łączności” z „Gdzieś TAM”… Zdecydowanie to TUTAJ wzajemnie nadajemy najlepszy sygnał… Krzysiu, odbiór!… 🙂 :-*

Pocztówka z wakacji 2+1…

Wreszcie wyczekane, posezonowe, taBAJKOWE wakacje! 🙂
I nieustannie spędzamy je z naszym kochanym „Pasażerem na gapę”, który (tak sobie myślimy) najbardziej zasłużył na odpoczynek – po całym roku otrzymywania rozmaitych intencji, spełniania próśb, szykowania pozytywnych niespodzianek, wyciągania z tarapatów… Oczami zakochanych w naszym Chłopcu z Nieba Rodziców, wyobrażamy sobie naszego Krzysia tuż obok, w swoim mini namiociku na plaży, bo „psecies nie lubiem jak jeśt goląco”… Pamiętacie, prawda? 😉 O:-)
Skacząc przez fale oceanu wspominamy to, co było oraz robimy plany na to, co przed nami… Taki reset jest potrzebny. Tajemniczość tutejszych plaż inspiruje…
I bardzo często zaglądamy myślą do tego obecnego, a niewidzialnego i tylko nam znanego „namiociku”, z którego to Wam – kochani Rycerzykowicze – przesyłamy Aniołkową siłę, ciepłą myśl oraz portugalskie, radosne pozdrowienia!

Wakacyjny Dream Team = 2+1 😉

image

Sierpniowy RAP – specjalnie od Krzysia dla ZUZI!

Powoli gasną światła…

Plecaki do szkoły już spakowane? Urlopy, podróże, wyjazdy zapomniane, czy w trakcie, czy wciąż planowane? Buzie uśmiechnięte? Pierwsze żółte liście  posprzątane…? A jeśli jest taki Mały Ktoś, śliczny Mały Ktoś, co plecak w tym roku co chwilka tylko do szpitala szykuje i marzy, by wśród żółtych liści zatańczyć… tej, czy kolejnej jesieni…? Możemy dziś i właśnie dziś znów tak niewiele – a tak wiele, a właściwie wszystko… bo czymże jest ratowanie życia?

 Niewidoczny Dyrygent…

Krzyś szykuje swoją RAP-ową scenę dziś wyjątkowo pieczołowicie, bo nasz Chłopczyk tym razem nie wyglądał sam „pomocowym” teleskopem za Maleńkimi Choruskami, którym chciałby pomóc… Tym razem osobista, przepiękna i bardzo wzruszająca prośba przekazana została Krzysiowi osobiście! A Rodzice Jego zostali włączeni w jej sprawną realizację 🙂 Dziękujemy za zaufanie, za pamięć o naszym Rycerzu, za wiarę…, że Aniołek wysłucha i zbierze tyle sił w swoich skrzydłach i serduszku, ile się tylko da…, by każdy mógł cieszyć się choć odrobinką większej szansy do życia, niż miał On sam.

 Na scenie: ZUZIA SIELICKA

Krzysiu chce Wam dziś przedstawić swoją prawie Rówieśniczkę – małą Zuzię Sielicką, niespełna 3-latkę, która zmaga się z NBL- neuroblastomą – rzadkim i bardzo groźnym nowotworem wieku dziecięcego. Zuzia choruje od października 2013. Mała jest po kilku (!) cyklach chemii, operacjach usunięcia guzów z brzuszka, klatki piersiowej i bioderka. To niestety nie wszystko… Tę maleńką Bohaterkę czeka jeszcze potężna dawka kolejnej chemii, autoprzeszczep szpiku i radioterapia 😦 Niestety dopełnieniem leczenia i metodą zwiększającą o 20% szanse na życie Zuzi jest terapia antyGD2, która w Polsce na dzień dzisiejszy jest niemożliwa. Światłem w tunelu są Włochy. Wyjazd do Włoch zbliża się coraz większymi krokami, a na koncie Zuzki od stycznia br. uzbierane jest tylko 6253.60 zł, samo leczenie kosztuje od 40 do 170 tys. euro.

Czas ucieka… Prosimy, zajrzyjcie na stronę Zuzi i pomóżcie Jej w walce o życie… Tata Zuzi nie udźwignął ciężaru choroby córki… One w tej walce są same: tylko Mama i Zuzia, mają tylko nas… Każdy „piątak” się liczy!

(zajrzyjcie proszę na facebookowy PROFIL ZUZI i poznajcie ją bliżej)

(Co nowego u Zuzi? Zaglądajcie także na jej BLOG)

Pora na… RAP!

 

Zuzia… śpiewają – Lalka nieduża,

A nasza Zuzia – na dodatek, zamiast kolorowych, nosi za często

Zbyt wiele bandażowo-szpitalnych szatek.

Wróg numer jeden w maleńkiej główce się mieści,

I jak tykająca bomba, same złe wyroki w sobie mieści.

Przed nami zadanie niełatwe,

Trzeba wytoczyć bardzo drogie i ciężkie działo,

Wszystko po to, by Zuziowe serduszko tykanie bomby pokonało.

Trzy latka, to nie czas na łzy, kroplówki, onkologiczne oddziały,

To nie czas na matczyne myśli pt. „ile czasu nam zostało?”.

Zuzia to wesoła Laleczka, dzielny Chochlik mały,

Który wierzy, że dzięki Wam,

Włoży kiedyś we wrześniu plecak,

A w następne lato… różowe sandały.

Ot takie marzenia, aby się spełniały –

Krzyś Was o to ładnie prosi,

Pssst…

„To cio, wszystkie uska i paluski do pselewów słysały?”

:-*

 

Bilet wstępu na nasz „koncert RAP”:

Jak zawsze – do “nabycia” bez wychodzenia z domu!

Koszt – 5 zł – nie mniej, nie więcej! Czy pojedynczo, czy rodzinnie – jak tylko chcecie, jak możecie…

Gdzie nabyć?

Najprościej: dane do SUBKONTA ZUZI na jej stronie na FB > kliknij TUTAJ

Ewentualnie TUTAJ – na stronie Fundacji „Zdążyć z Pomocą”

*) polecamy także zapoznać się z innymi formami możliwej pomocy:

Bazarek dla Zuzi: odwiedź go TUTAJ

RAP_zuzia

„Proszę, nie martwcie się tak bardzo…”

Wspaniały, wyjątkowy, jedyny taki, prawdziwy Przyjaciel, Legenda… Tylko czemu słyszymy o tym tak późno? Za późno… Czemu nikt nie potrafił pomóc wtedy kiedy był jeszcze czas?…

Krzysiu, Kochanie, jeśli spotkasz kiedyś tego uśmiechniętego, czy może akurat smutniejszego Pana (Tam gdzie jesteś, nie trzeba przecież nic udawać) podaj rączkę, przytul się i zapytaj czy przypadkiem… nie organizuje jakichś warsztatów filmowych lub teatralnych… I bądźcie naszą spadającą gwiazdą, a my… będziemy wtedy myśleć o Was i o jednym, jedynym życzeniu: żeby już nigdy dla nikogo nie było… „za późno/za wcześnie”. Będziemy się starać „make life spectacular” – najpiękniej jak potrafimy…

Buziaki, Chłopcy! :-*

Please, don’t worry so much. Because in the end, none of us have very long on this Earth. Life is fleeting. And if you’re ever distressed, cast your eyes to the summer sky when the stars are strung across the velvety night. And when a shooting star streaks through the blackness, turning night into day… make a wish and think of me. Make your life spectacular. I know I did.

Proszę, nie martwcie się tak bardzo. Bo i tak żaden z nas nie żyje długo na tym świecie. Życie jest ulotne. A w chwilach zmartwienia… spójrzcie w letnie niebo, kiedy gwiazdy rozświetlają aksamit nocy. A gdy pośród nich zobaczycie spadającą gwiazdę, która obróci noc w dzień – pomyślcie życzenie. I wspomnijcie mnie. Sprawcie, by wasze życie było nadzwyczajne. Mnie się udało.

PS. Być może nasz wpis jest „niepoprawny”, bo przecież „samobójcy nie idą do Nieba”… Jednak, po raz kolejny uciekamy od etykietowania wiary, WIERZĄC, że TAM są dobrzy Ludzie… Dobrzy nie tylko w kościelnej czy cerkiewnej ławce, albo na meczetowym dywanie. Dobrzy naprawdę. Dobrzy zawsze. Dobrzy ot tak – po prostu… Najprościej…