Rycerzyka… Księga pamięci

Tęsknota to także forma życia…

                                   (D.Terakowska)

Ten tydzień milczeliśmy. Bo czasem warto pomilczeć, szczególnie gdy towarzyszy nam zaduma kolejnych popogrzebowych wspomnień – w poniedziałek uczestniczyliśmy w Ostatniej Drodze Kubusia. Tym samym, wróciły widma naszych obrazów z najgorszego czerwcowego dnia w naszym życiu, ale wraz z nimi wróciły też, niczym echo, Wasze słowa, Wasza obecność.

I dlatego dziś dopiero postanowiliśmy pochwalić się naszym kolejnym osobistym projektem z cyklu: „Ku pamięci Krzysia”. Mimo, że czasownik „pochwalić” brzmi tu dość absurdalnie, jesteśmy w pełni świadomi jego znaczenia. Niedługo po pogrzebie Krzysia, zdecydowaliśmy zatrzymać przy sobie jak najbliżej Waszą obecność: ciepło, serdeczność i dobroć, które nas wtedy utuliły. Poza tym, byliśmy ogromnie dumni z tego, jak bardzo bliskim oraz ważnym stał Wam się nasz synek. Musieliśmy to… hmm… „unieśmiertelnić”… I co wymyśliliśmy?

Przez kilka wieczorów, podczas których nie dało się nie szczędzić łez, czytaliśmy i zbieraliśmy w jedno wszystkie Wasze słowa, prywatne wiadomości, sms-y, e-maile, komentarze. Po prostu wszystko! Posegregowaliśmy źródłem pochodzenia. Opatrzyliśmy bliską naszemu sercu grafiką. Wydrukowaliśmy na kredowym papierze. Oprawiliśmy u introligatora. Nadaliśmy tytuł: „Księga pamięci Rycerzyka”.

A potem nie mogliśmy wyjść ze zdumienia, jednocześnie przepełnieni ogromnym wzruszeniem i dumą, gdy zorientowaliśmy się, że Księga liczy… 84 strony! Tak, nasz Rycerzyk był prawdziwym bohaterem! A Wy jesteście cudowni!:-* Gdy nam smutno, często do Waszych słów wracamy i znajdujemy tam ogromną dawkę dobroci, serdeczności i prawdy. Wiemy, że ani wtedy, ani teraz nie jesteśmy sami. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziliśmy, że blog będzie tak często odwiedzany jak teraz. Dziękujemy, że pokochaliście naszego synka tak mocno! Dziękujemy Jemu, że otoczył nas tak dobrymi ludźmi!

I może nawet, gdy ktoś pochopnie oceni nas, że za bardzo żyjemy przeszłością, nie będziemy się zbytnio tłumaczyć. Wiemy dość dobrze co teraz i tu, coś tam wymyślamy na kiedyś, ale to, co nam się przytrafiło kroczy obok… Rycerzyk wyrył w naszych sercach i myślach niezatarty czasem ślad, z którym uczymy się na nowo żyć. Nasza przeszłość jest piękna. Nie chcemy jej zapominać w najmniejszym szczególe: ani tym przykrym, ani tym radosnym. Stąd „Księga Pamięci”.

Dziękujemy Wam za to, że mogła powstać… :-*

ImageImageDSC_0509

ImageImage

Będę z Tobą…

Deszcz mocno uderza o szyby, a ja tak się w niego bezczynnie wpatruję i myślę, co by dziś tutaj napisać… I nagle, z nie wiadomo skąd, w głowie wyraźnie rozbrzmiewa ta znajoma nuta:

Ze swojej drogi zejdę,
będę z Tobą.
I w najlepszej z chwil, i najgorszej też,
będę z Tobą
Jak i w pierwszym, tak i w ostatnim dniu,
będę z Tobą…
Z Tobą.

I jakby to było wczoraj, przypomniało mi się jak śpiewałam tę prostą, prawdziwą i piękną piosenkę mojemu Krzysiowi… Najczęściej jak byliśmy tylko we dwoje, jak czekaliśmy jak Tata wróci z pracy. Dużo i często sobie śpiewaliśmy.

Dziś ta sama nuta w myśli powraca, a ta myśl tak sobie kombinuje: może to role się odwróciły; może to teraz Krzyś śpiewa mi cichutko, a wyraźnie te same słowa; może teraz to on czuwa i przekonuje, że… „mamcia, będę z Tobą; tatko, z Tobą”.
I tym samym, właściwie sam Krzyś i jego piosenka szeptana mi w głowie zdecydowali o czym dziś Wam napiszę…

Jakieś zdjęcie dostaje BUZIAKA, co dnia!

Fotografie to kęsy czasu, które można wziąć do ręki.
/ Angela Carter /

Dzisiejszy wpis powinien powstać już dawno, bo będzie o czymś, co stworzyliśmy już jakiś czas temu. Tylko potrzebowaliśmy chwili, aby projektem bardzo osobistym podzielić się tutaj… Pomysł zrodził się niedługo po odejściu Krzysia, właściwie w momencie największej rozpaczy, gdy pakowaliśmy jego rzeczy z sypialni i musieliśmy pokonać własną, niełatwą i wyjątkowo długą, prywatną „drogę krzyżową” na strych, aby postawić w kącie łóżeczko, wanienkę, pudła ubranek i zabawek… Wróciliśmy do pokoju i narodził się bunt: zaraz, przecież nie można tak łatwo „posprzątać” i pozwolić, by nasze najpiękniejsze 3 miesiące życia – z synkiem w domu – pokryła niepamięć i gruby kurz…

Wówczas zrodziła się myśl dyktowana towarzyszącym nam bez przerwy przekonaniem: przecież Krzyś jest. Zawsze obok. W tym pokoju również. To jego pokój i jego pokojem pozostanie.

Było trudno, bardzo trudno otworzyć foldery z tysiącami zdjęć w laptopie, gdzie z każdego spoglądał na nas synek – sam, bądź w towarzystwie bliskich. Gdy oglądamy zdjęcia z najlepszego nam okresu, gdzie gdyby nie te sprzęty, nasz Krzyś wydawał się zupełnie zdrowym dzieciątkiem, serce się zaciska, pięść też… Dlaczego on? Jednak, gdy zbliżamy się do końcowych zdjęć, gdy było naprawdę źle, gdzie buzia Rycerzyka jest zmęczona, smutna, staramy się znaleźć jakieś własne opamiętanie.

Nie dało się więc nie emocjonalnie, ale udało się wybrać nam najpiękniejsze i najbliższe sercu zdjęcia naszego Krzysia. Przeznaczyliśmy na ten ważny nam projekt całą, największą, centralną ścianę sypialni. Oprawiliśmy zdjęcia w białe ramki, a te z kolei wszystkie ułożyliśmy w kadrze grubej ramy. A pomiędzy powiesiliśmy specjalnie wyszukane bieszczadzkie anioły… niech strzegą pamięci tych chwil.

No właśnie… Bo to o te chwile się rozchodzi najbardziej. Chwile dla nas najważniejsze, będące kwintesencją minionego trudnego, ale najpiękniejszego roku. I te kolorowe obrazki tych najistotniejszych życiowo momentów, dni, miesięcy są dla nas namacalnym dowodem minionych przeżyć; dowodem, że mogliśmy tulić, kąpać, całować, być obok Krzysia. Bo… czas mija, pamięć pozostaje, ale często walczy z trudnym do odparcia wrażeniem, że to, co nam się zdarzyło, to był jakiś  przepiękny sen, z którego brutalnie nas obudzono… I teraz życie stara się jakoś toczyć normalnie dalej, jak gdyby nigdy nic.

A wolelibyśmy na odwrót: chcielibyśmy teraz zbudzić się z okropnego koszmaru samotnych Rodziców i znów utulić naszego synka, zaśpiewać kołysankę…  Dlatego dziś, przy każdym „dzień dobry” i „dobranoc” jakieś zdjęcie dostaje buziaka. To nic, że zimna szybka, to nic, że zabrudzona odciskiem ust… Mamy swoją prywatną „ścianę pamięci” i niech nam udowadnia co dnia, że taka Miłość zdarzyła nam się naprawdę!

Bo przecież…

ŚMIERĆ TO ZBYT MAŁY POWÓD, ABY PRZESTAĆ KOCHAĆ.

Image

Image

Cuda się nie zdarzają

Dziś minęło dokładnie 3 miesiące odkąd odszedł od nas Krzyś. I cóż mam napisać… Bezlitośnie długie 3 miesiące. I chociaż co dzień zaklinam rzeczywistość głęboko wierząc, że on nam towarzyszy nieustannie i właściwie wiem, że synek nawet bardziej może wszędzie z nami być niż kiedyś… Ale dzisiaj… Dzisiaj, tak samo jak w innych wielu chwilach słabości inaczej zaklinam tę rzeczywistość… Stoję patrząc na przepiękny pomnik na Krzysiowym grobku i modlę się, aby to arcydzieło nagle pękło w drobny mak i żeby wyszedł z niego nasz cały i zdrowy Krzyś.

Cuda się nie zdarzają. Nie zdarzyły się nawet w minionym roku wtedy, gdy tak bardzo ich potrzebowaliśmy.

Tymczasem… głaszczę kamienną pupcię rzeźby na pomniczku i przypominam sobie ten piękny wiersz: (zachowana oryginalna pisownia tłumaczenia):

Edward Estlin Cummings

„Te dzieci, które śpiewają w kamieniu”

Te dzieci które śpiewają w kamieniu to
milczenie kamienia te
małe dzieci owinięte kwiatami
w kamieniu rozchylony

zawsze te milczące ma
leńke dzieci są płatkami ich
piosenka jest kwiatem na
wieczność ich kwiaty

z kamienia są
milczącym śpiewaniem
piosenki bardziej cichej
od ciszy wiecznie te same

dzieci na zawsze
śpiewające w wieńcu śpiewających
kwiatów dzieci z
kamienia z oczami

w kwiatach
wiedzą czy któreś
najmniejsze
drzewo dosłyszy

za zawsze na wieczność te dzieci śpiewające na zawsze
piosenkę złożoną
z milczącego jak kamień milczenia

/przełożył Artur Międzyrzecki/

20130901_184827

Kartka z wakacji…

I zaskoczył nas wrzesień… Zaskoczył, bo lato było dość pogodowo udane tego roku, a nagłe ochłodzenie i mokre szyby dały wyraźnie znać, że pora na wrzesień, na koniec wakacji, na jesień.

Jutro początek roku szkolnego. Pamiętamy doskonale, jak całkiem niedawno mówiliśmy, że „dziś dzieci zaczynają wakacje”… I już wtedy nie było z nami Krzysia.

I mamy takie dwuznaczne odczucia: z jednej strony, wciąż gdzieś pędząc, wręcz uciekając z domu do kogoś, po kogoś, z kimś, sami, bez specjalnego urlopu… ani się nie obejrzeliśmy jak wakacje dobiegły końca; z drugiej zaś strony, jak uzmysłowimy sobie, że nie ma z nami naszego synka już prawie 3 miesiące, odbieramy ten czas jak wieczność, jak zły, za długi sen z którego trzeba się obudzić, ale bezlitosny budzik nie dzwoni…

Co przyniosły nam te wakacje? Milion  pocztówek ciągle zakończonych tym samym „kocham i tęsknię”. Milion pocztówek niezapisanych, a wyrytych w myślach, sercu i pamięci. Milion pocztówek wysłanych do Nieba. Do Krzysia.

Kilka dni temu znaleźliśmy się w naszym ulubionym miejscu, do którego uciekliśmy schować się przed światem w czerwcu tuż po pogrzebie. To prawda, nie przestaliśmy myśleć i tęsknić, a wręcz te uczucia z czasem nie słabną, a nasilają się. Jednak zorientowaliśmy się, że odbieramy codzienność zupełnie inaczej. Zamiast poczucia beznadziei i potoku łez, jest nasza pewna jak skała świadomość: Krzyś z nami JEST, choć niewidzialnie. To niewidzialnie czasem boli. Ale wiara czyni cuda. I rozpalając wczoraj ognisko, które nie chciało początkowo pięknie zapłonąć, pomyślałam sobie, że tam przy palenisku, tuż obok dmuchającego Taty i Wujka Krzysia, przyklęka na kolankach, w swoim nieodłącznym pampersie sam Krzyś i podrywając swojego kędziorka dmucha… dmucha mocno, żeby nam pomóc i posiedzieć z nami tego wieczora przy ognisku… Może nienormalne, może ociera się o paranoje, ale o ile łatwiej, silniej, lepiej…

Teraz rozpoczynamy rok szkolny. Co nam przyniesie? Na pewno na początku jakiś krótki urlop na który wreszcie czujemy się jako tako psychicznie gotowi, by pozbierać myśli, naładować baterie na ciemne, za długie jesienne wieczory, których się obawiamy. Potem powrót do pracy. Najwyższa pora, aby powrócić do tego, co było i w czym czuliśmy się dobrze. Na pewno pozostanie jeszcze wiele lekcji do odrobienia. Już teraz wyznaczamy sobie nowe plany i prace domowe…

Cokolwiek się wydarzy w tym roku szkolnym, jedno jest pewne –  po tych wakacjach możemy podpisać się pod słowami śpiewanymi przez Beatę Kozidrak: „Nasze oczy widzą świat, niekoniecznie tak, jak dawniej”…

Dziękujemy Wam za Waszą obecność z nami w te wakacje… Razem przeżyliśmy trudny, długi, ale na pewno niezapomniany turnus! Życzymy wszystkim Wam również wielu sił oraz krzysiowej, dobrej opieki na te jesienne, szkolne dni!

20130901_184637

Krzyś nam także wysyła „kartki” z nieba. Choćby wtedy, gdy tak pięknie się dla nas tak słonecznie „zaświeca”….

Tryb „airbag” włączony!

Dziś, ot tak, króciutko. Tak prawie niezauważalnie, w locie, jak toczą się nasze myśli, okruszki i okruchy wspomnień, rozmowy co dnia, co chwilka przywołując pamięcią specjalnie, bądź zupełnie podświadomie naszego synka. On z nami jest. A my z nim. I nieustannie rozmawiamy ze sobą, dyskutujemy… Prosimy Krzysia o pozamiatanie chmurek na niebie, gdy potrzebujemy słonecznej pogody na weekend; załatwia nam zielone światło, gdy się śpieszymy; przytula mocno ramieniem taty lub mamy, gdy to drugie z nich potrzebuje bliskości i utulenia…

I może to się wydawać śmieszne, niedorzeczne, naiwne, nie chcemy tego zmieniać. W takim podejściu znajdujemy swoją poduszkę powietrzną, która słabiej lub mocniej wystrzela w zderzeniu z tęsknotą, pustką i pytaniami, które nie mają już najmniejszego sensu. Taki tryb <airbag> działa stale,  niezawodnie oraz jest wielokrotnego użytku! I nieustannie robimy tak jak powyżej, a czasem tak nieopatrznie rozmawiamy jak poniżej:

Mama Krzysia:

Uważaj na szafkę, bo się uderzysz!

Tata Krzysia:

Przecież wysoko wisi, co ja tak nagle urosłem?!

Mama Krzysia:

Widocznie jakiś wyższy się zrobiłeś. Bo teraz już nosisz Krzysia w sobie. Dlatego czujesz się Wielki (…)

Image

Polemika z astronomem…

Ostatnio pisaliśmy o naszym zupełnie odwróconym pojęciu tęsknoty…  Wcześniej, to wieczory stawały się bezlitośnie puste, za długie… Dziś za to zdecydowanie gorzej nam się funkcjonuje w ciągu dnia… gdzie letni klimat wakacyjnych uniesień nie pokonuje naszego poczucia pustki, a uwydatnia tęsknotę… Rozbudzają się wówczas zakazane rewiry naszej wyobraźni stawiające jeszcze bardziej zakazane pytania: „Czy mogłoby być tak pięknie…?”, „A co byśmy robili… tu, teraz, o tej porze… z Krzysiem?”. Pytania pozostają bez odpowiedzi, pustka bez wypełnienia, a tęsknota? Tęsknota znajduje swoje marne, ale przyjemne ukojenie… właśnie wieczorem.

Bo wieczorem uwielbiamy siadać na balkonie w naszym zacisznym krakowskim ogrodzie i patrzymy w Górę… Rozmawiamy z synkiem. Czujemy go. Staramy się słuchać. Niby go nie słychać, ale przecież już przyzwyczailiśmy się do jego wielu ważnych lekcji, których nam udzielił milcząc. Chcemy, by o nas wiedział… że o nim myślimy, że się go radzimy w wielu sprawach, że tęsknimy, że kochamy, że jesteśmy… Dlatego nawet będąc na cmentarzu co dnia, nigdy nie staramy się patrzeć w dół. Zawsze patrzymy tylko ku Górze pytając: „Krzysiu, jak się dziś masz?”

A dziś niebo jest szczególne. Rozbłyski Perseidów sieją na niebie niekończącą się liczbę spadających gwiazd. Choć mówią, że te gwiazdy to łzy św. Wawrzyńca, my mamy swoją bardziej optymistyczną teorię nie obawiając się bojkotu ze strony znawców astronomii. Niech sobie myślą uczeni, że to ogon jakiejś tam komety, że meteoroidy, że pył… Dla nas dziś w Niebie panuje święto: małe aniołki postanowiły dać o sobie znać jeszcze wyraźniej! Krzyś i reszta aniołkowych mniejszych i większych zastępów postanowiła przyjrzeć się nam z bliska: odsłonili grube kotary niebiańskich komnat, wzięli lornetki odbijające od siebie promienie niewidocznego nam już słońca i skrzą się z oddali dając znać: jesteśmy, czuwamy, też Was kochamy! Widzicie, ilu ich tam jest?!
I jakże to niebo jest wesołe, pełne magii, pełne dobrej energii. Prawdziwe świetlne widowisko! A my wiemy, że tam jest Krzyś i czujemy się szczęśliwi wierząc, że skoro niebo nas zachwyca od tej strony, to jak pięknie musi wyglądać po tej drugiej… Dziś w nocy też posłuchamy Krzysia co chce nam powiedzieć… A może zrzuci ku nam cząstkę gwiezdnego pyłu z własnej lornetki… tego słonecznego blasku, który ochroni, doda sił, utuli.

I na szczęście, nie tylko my w to wierzymy. Inna Aniołkowa Mama również widzi w Niebie więcej niż to, co się śni astronomom…

skrzydła zostawione
przed drzwiami

aureola wciśnięta
między czapkę i szalik

przyszedłeś tylko na chwilę
niczym gość z krótką wizytą

zabrałeś książkę
z ulubionymi wierszami
i tego brązowego misia

cichutko zamknąłeś
za sobą drzwi

a na niebie rozbłysła
nowa gwiazda

(http://sylwetka74.blogspot.com)

Trąć skrzydłem…

Są wakacje. Są dni spokojne, aż nudne, aż za normalne… Ostatnie dni jednak  były u nas małym przełamaniem rutyny: są wakacje, więc mieliśmy cudownych gości i okazję spędzenia wspólnie magicznego czasu. Wiemy, że są to Przyjaciele przez wielkie „P”, na banalne „dobre i złe”, które czasem tak wiele znaczy. Cieszymy się, widząc ich szczęście, mamy przyjemność w sprawianiu małych wielkich radości ich dzieciom, przecież też je kochamy… tak po swojemu – po „ciociu-wujkowemu” i ze szczerym podziwem przyglądamy się ich nieudawanej ufności, nieskrywanej spontaniczności, beztroskiej codzienności. Przełamujemy kolejne bariery udając się na place zabaw, znajdujemy uśmiech w kręceniu się na karuzeli wśród innych maluchów. Nie mamy z tym problemu, że inne dzieci są, że się śmieją, że grymaszą, że biegają, skaczą, rozrabiają… Przecież są najpiękniejszą ozdobą czasem tak bardzo nudnego i smutnego świata dorosłych, taką iskierką i sensem, co pcha te nasze osobiste karuzele do przodu…

Jednak mamy ciągle ten sam, niekończący się problem: nieporadność odpowiedzenia sobie na pytanie, które towarzyszy nam od chwili, gdy dowiedzieliśmy się, że nasz Synek jest nieodwracalnie chory, a tym bardziej nie daje ono nam spokoju od równych dwóch miesięcy, gdy naszego Synka zabrakło…: „Dlaczego nie ma na tym placu zabaw z nami Krzysia?” Czy to tak zbyt wiele… ? Zbyt wygórowane marzenie? Tak zwyczajnie chcemy, żeby po prostu był, żeby się bawił i cieszył tym życiem, którego dane mu było zaznać tak krótko i tak nie w pełni… Ciągle ta sama pretensja: czemu nasze dziecko nie mogło, nie może i nigdy móc nie będzie cieszyć się jak inne dzieci…? I ta pretensja wraca do nas od ponad roku jak bumerang, uderza gdzieś tam głęboko i to dość mocno. Mamy wrażenie, że mimo upływu czasu, coraz mocniej.

I jak jeszcze miesiąc temu najtrudniejsze do zniesienia były wieczory, tak teraz niełatwe stały się dni… Długie, słoneczne, przepełnione szczebiotem dziecięcych figlów, eleganckich spacerówek schowanych w parkowych cieniach, rodzinnych pikników na bulwarach… Też tak byśmy chcieli. A nawet nie tyle szczęścia nam trzeba. Rzeczywistość nauczyła nam miarkować rozmach naszych „chcieć”. Właściwie to brakuje nam najbardziej tych najzwyklejszych codziennych obowiązków. Marzymy, by w tych złotych promieniach słońca móc jeszcze raz przewinąć Krzysia, dać mu jeść, pić gdy gorąco, nakryć wózeczek moskitierą i werandować, a wieczorem, kiedy chłodniej – pójść na spacer do ulubionego parku, na ulubioną ławkę. Wyobrażamy sobie, w co byśmy go dziś ubrali, żeby mu było chłodno i wygodnie… Marzymy, by jeszcze raz móc mu ugotować zupkę, przetrzeć jabłuszko, wykąpać, odmierzyć leki… odessać, zmienić rurkę, sondę… No właśnie. I tutaj pojawia się lekkie opamiętanie. Bo jeśli Krzysiowi nie dane było żyć jak innym dzieciom – beztrosko, zdrowo i swobodnie, to czy chciałby teraz być otoczony wakacyjnym klimatem swobody, na którą nigdy by sobie nie mógł pozwolić…? Wtedy, zaczynamy znów próbować zrozumieć dlaczego wakacyjny czas zdecydował się spędzić nie jeszcze TU, ale już TAM. I zaczyna nam być głupio, jak bardzo jesteśmy egoistyczni myśląc tylko „Jak bardzo MY byśmy chcieli…”. A czego chciał Krzyś? Chciał tego samego, o czym powyżej. Chciał się bawić, rozrabiać, śmiać i kręcić na karuzeli. Skoro nie mógł tu. Może tam… może.

Synku, przepraszamy Cię za ten egoizm. Bądź szczęśliwy na tej swojej aniołkowej karuzeli.

A jeśli widzisz, że nam smutno, smutniej i czasem jeszcze bardziej smutno… trąć mocno skrzydłem… przytul, pocałuj i bądź. Choćby niewidzialnie.

Image

Małżeńska arytmetyka

Dziś późny wpis, bo właściwie przed chwilą dopiero urządziliśmy sobie nietypowe oczepiny… Tak, bo te nasze prawdziwe, radosne i zupełnie beztroskie obchodziliśmy dokładnie 3 lata temu…
Dziś, patrząc wstecz, mamy wrażenie, że od tego „tak na zawsze” minęło może 3 tygodnie, a czasem wydaje się, że upłynęło 30 lat…
Ale z całej tej subiektywnej artmetyki, jedno jest pewne: mieliśmy niezwykłe szczęście przeżyć najpiękniejsze i najbardziej wartościowe 3 miesiące małżeńskiego, rodzinnego życia… z łóżeczkiem obok własnego; z synkiem w ramionach.
To nic, że choroba, że rurki, że sprzęt: wtedy kocha się bardziej… Naprawdę!
I taką niecodzienną Lekcję tej bezinteresownej Miłości w najczystszej postaci podarował nam Krzyś.
I choć wciąż z tej Lekcji piszemy sprawdzian co dnia, to chcieliśmy dziś jakoś ją przypieczętować, wręczyć wspólny prezent…
I oto o północy powiesiliśmy na (słynnej od uczuciowych uniesień) Kładce Bernatka naszą własną kłódkę… Niby banał, ale kluczyk powędrował w głąb Wisły.
A niewielka kłódka zamknęła w sobie wszystko to, co dla nas najważniejsze: moc bogatych wspomnień oraz „kocham, szanuję, jestem… mimo wszystko”.
Ciężka ta nasza kłódka: od nadmiaru przeżyć, emocji, radości i łez. I choć Krzysia już z nami nie ma, to nijak nie ma się to do zimnych praw fizyki: jest nas mniej, a przez to jakże ciężej, co dnia…
Na szczęście mamy siebie i pomocne ramię obok. Bo małżeństwo przecież polega na sile wsparcia i właściwej równowagi… Może dlatego słowo  „małżeństwo” ma w swoim środku „ż”, to samo, które „mąż” kończy, a „żona” zaczyna. Ot, taka ta nasza nocna arytmetyka :-*

image

image

„BO ŻYCIE KOCHANIE TRWA TYLE CO TANIEC”.

” Sucha kostucha – ta Miss Wykidajło
wyłączy nam prąd w środku dnia.
Pchajmy wiec taczki obłędu, jak Byron,
bo raz mamy bal!”

Ta nuta siedzi mi w głowie od kilku dni. Szczególnie, po usłyszeniu emocjonalnej i oryginalnej aranżacji (zbeszczeszczonego obecnie popowymi fajerwerkami) szlagieru „Niech żyje bal”, który miałam szansę usłyszeć z okazji ” Krakowskich Miniatur”, podczas niecodziennego spektaklu-musicalu „Nie jesteś sama…” dyktowanego fabułą piosenek Agnieszki Osieckiej…
I podczas tego wieczoru pełnego uniesień: radości, smutku, nostalgii, nadziei.., że „nie jesteś sama”, zaczęłam wyobrażać sobie ten „jedyny bal, na który nas proszą”…
W ostatnim czasie bawię się na nim kiepsko. Pod ciężarem minionych miesięcy i związanych z nimi niełatwych przeżyć jakoś ciężko nam trzymać ramę i dryfować w tańcu kręcąc piruety. Może chwilowo jakieś drobne momenty radości, ciche szczęście mocy wspomnień wysuwają nas lekko jakimś walczykiem do przodu tylko po to, aby niewidzialny podmuch rzeczywistości zawrócił nas z powrotem do kąta. I tak cicho w nim siedzę, przyglądając się światu, feerii jego barw i świateł, każdej pojedynczej, tak różnej twarzy. Czasem się zachwycam, zazdroszczę, a czasem współczuję temu nieogarniętemu freestyle’owi pędzącemu bezpowrotnie… po co? Niby śmieszny ten wyścig, ten chaos, ten kicz… ale jednak dusza rwie się na ten bal. W końcu drugi raz nie zaproszą nas wcale. Ale z kolei ciało zaniemogło: stale dokucza mocno kręgosłup. Jakby tego było mało, odnowiła się kontuzja kolana i unieruchomiła na długie, nudne dni… Więc tu ciągle każą stać w kącie i się przyglądać, zamiatając parkiet jedną nogą.
Wtedy wtulam myśli pod skrzydła mojego dobrego Anioła: wspominam Krzysia.
I tak sobie myślę, doświadczając tych niby drobnych, a jak mocno dokuczliwych kontuzji, jak bardzo cierpiące ciało ograniczało naszego synka w ruszeniu do najpiękniejszego tańca: pełnego dziecięcego szczebiotu, nieudawanej radości i beztroski, uroczych piruetów… Krzyś był od początku postawiony z boczku, przycupnął cichuteńko w kąciku i patrzył… tymi swoimi mądrymi czarnymi koralikami. Co widział? Może kiedyś opowie. Ze względu, że był jeszcze malutki i, że dostał dość kiepską miejscówkę na tym balu, z biletem ulgowym, zdecydował się dość wcześnie opuścić naszą przepastną balową salę… Poszedł na zdecydowanie piękniejszy bal…
A tam, z rozmachem wiruje na samym środku niebieskiej sali…, a trzepot jego skrzydeł otula mnie, z każdym taktem, co dnia… :-*

0000000000.-girl-in-Gallery