O tym jak Krzyś rozrabia…

Dziś będzie mniej patetycznie, ciut z przymrużeniem oka, z nutką uśmiechu, którą dostarcza nam sam nasz synek.

Dziś przed Mamą stanęło zadanie z zasady „nie do wykonania”: wyruszyć na uprzykrzony do granic możliwości krakowski Prokocim, ale w słusznym celu: odwiedziny ukochanej cioci Krzysia, co zdrowotnie chwilowo zaniemogła (dzięki Agatka za akcję „Przełamywanie barier”! :-*) Jako że kilka spraw było do załatwienia, dzień się toczył wyjątkowo sprawnie, gładko i szybko. Do czasu…

Będąc w Obi (naprzeciw „naszego” najbardziej przykrego obecnie miejsca w Krakowie: szpital Prokocim), kupując to, co kupić miałam, zobaczyłam przy kasach wiatrak – kwiat z kolorowej siateczki, z biedronką na środku… Dla Krzysia… pomyślałam. Ładnie wkomponuje się w żółte bukiety kwiatów i letnią scenerię na cmentarzu. Będzie się nim bawił – niewidzialnie, ale zawsze.

Kwiatek-wiatraczek kupiłam i od tego momentu tego dnia nic już nie było takie samo… Najpierw wiatraczek nie chciał się nijak zmieścić do torby, mimo, że był dość miękki i giętki. Potem, po dłuższym spacerze, w sklepie, gdzie to z towarzyszącej mi ów dnia papierowej torby wyjęłam kilka rzeczy, zostawiłam do naprawy, czyli torba lżejsza, stało się niewytłumaczalne… W momencie odejścia od lady… siup!… dno torby nie wytrzymało i na pierwszy ogień wyskoczył soczek w szklanej butelce. Roztrzaskał się, rozlał, dokładając mnie wstydu i zakłopotania, a Sprzedającemu sprzątania… Potem była chwilka miłych odwiedzin u cioci Krzysia, obejrzany wiatraczek, zmieniona torba… wszystko w jak najlepszym porządku. Aż do powrotu do domu. Tu z kolei, w nowej torbie, pojawiło się nagle pełno chemicznie śmierdzącej wody… Rozlał się zakupiony płyn do szyb… Zalał wszystko, wiatraczek też. Gdy już wszelkie ofiary tych nieszczęśliwych wypadków zostały jako tako odratowane i mieliśmy się wybierać do Krzysia montować wysuszony wiatraczek…okazało się, że nie da się go prawidłowo poskładać. Rurkę A nie można włożyć do otworu C, bo brakuje złączki B… Jakim cudem wyskoczyła ze szczelnie zamkniętego opakowania? Nie wnikamy, ale wiatraczek został w domu. Krzyś najwyraźniej go nie chciał. Nastąpiło znacząco za wiele przypadkowych zdarzeń dziwnych mających na celu destrukcję kwiatka z biedronką.

Dlaczego? Tata Krzysia odgadł szybko: wiatraczek został kupiony na Prokocimiu… To nie był fajny pomysł. To nie był dobry czas. Przede wszystkim, to nie było dobre miejsce. Krzyś to wiedział. Mama nie.

I pewnie się dziwicie, że sobie myślimy, jak bardzo synek nasz ingeruje w nasze proste, codzienne wybory, ale już tak mamy… Może i ociera się to o jakąś nutkę szaleństwa, ale uwierzcie, o ile z tym szaleństwem łatwiej… Bo przecież Krzyś jest… chociaż go nie widać. Bo przecież… „kiedy się kogoś kocha, ten drugi ktoś nigdy nie znika”. Nawet przy kupowaniu wiatraczka!

Image

Cio by tu jesce zbloić, żeby mi go nie dali? Wiatlacek z okolic spitala mojego najnieulubionego, to jak lizak od niedoblej pani naucyciel… Siame śmutne śkojarzenia!

Imieninowy prezent od Krzysia

Dziś imieninki Krzysia. Dzień szczególny, bo mamy swojego własnego, zupełnie prywatnego św. Krzysztofa – Rycerzyka. Jeździ z nami (malutkie zdjęcie na desce rozdzielczej w samochodzie) i swoją poważną minką, woła „Zwolnij” kiedy trzeba… 🙂

Dziś zanieśliśmy Krzysiowi kolejną pogodną, kolorową, ładną kompozycję kwiatową… Ale nic to w porównaniu czym zaskoczył nas nasz synek…

Też dostaliśmy kwiaty… Wiele pięknych kwiatów: ogromny, niecodzienny kwiatostan białego storczyka, Krzysiowego storczyka. Mamy w domu siedem innych tych samych kwiatów, z pięknymi pąkami, na pojedynczej łodydze. Na tym storczyko-drzewku doliczamy się rozkwitniętych 5-ciu łodyg… A dlaczego to takie ważne? I dlaczego to Krzysiowy storczyk? A ponieważ został zakupiony w momencie urządzania kącika Krzysia w naszej sypialni i wprowadzaniu tam elementów błękitu, kiedy to mogliśmy tej aranżacji poświęcić wiele czasu, wyczekując upragnionego powrotu synka do domu ze szpitala. Storczyk był początkowo pięknie niebieski (widać farbowany, bo teraz jest biały), a zaraz po jego pojawieniu się u nas, pojawił się Krzyś.

Natomiast dokładnie rok temu nie było dobrze. Nasz dramat związany z odkrywaniem złych diagnoz właśnie się zaczął, a dzień wcześniej Krzyś pierwszy raz trafił na respirator… i pozostał na nim już potem na bardzo długo. W jego imieniny odbyły się pilne chrzciny w szpitalu, których z nadmiaru emocji i przygnębienia, zbyt nie pamiętamy… Słyszeliśmy tylko, że „cuda się zdarzają…, że modlimy się o siłę do życia…, że Patroni pomogą…”. To od księdza. A od lekarzy: „że stan jest bardzo poważny, że… nie wiadomo, czy dane nam się będzie zobaczyć… jutro, że trzeba się pożegnać”. A my na to, ocierając łzy i zaciskając mocno pięści, bez zmrużenia powieki, pytaliśmy twardo: „Kiedy będziemy mogli zabrać Krzysia do domu?!”.

Nie zwątpiliśmy ani przez moment. Dla nas on był na swój sposób zdrowy… tylko trochę inaczej. Założyliśmy okulary rodzicielskiej miłości i determinacji. Wiara… Intuicja… Głupota, czy Nadzieja?… I znowu Wiara…

I dzięki temu wszystkiemu, lub dzięki jeszcze czemukolwiek innemu, udało nam się wspólnie przeżyć nie tydzień, a 11 i pół miesiąca. Razem – najpiękniej jak każdy z nas potrafił. Najpiękniej, choć najtrudniej jak potrafił Krzyś. Nie sprawiał przecież żadnych kłopotów, a rozczulał swoim małym charakterkiem uparciuszka, pieszczocha, dzielniachy – za każdym razem!

Wiara czyni cuda… Naszym cudem było to „razem” przez prawie rok, a cudem nad cudami – trzy miesiące w domu. I ta wiara dalej pcha nas do przodu. Pozwala dalej uśmiechać się, choć czasem przez łzy; kochać, choć tęsknić; pogodzić się, mimo żalu… Ta wiara pozwala nam widzieć i czuć naszego Krzysia wszędzie. A znaków nam przesyła niemało. Ta wiara pozwala ufać, że moje dziecko co dzień mówi mi: „Mamo, jestem szczęśliwy. Kocham!”. Ta wiara pozwala właśnie dziś zauważyć tego dowód w wielkim Krzysiowym storczyku na naszym parapecie… a storczyk ten kwiatów ma 33…

image

CHRONOS PARADOKSOS…

Kwatera małych grobów na cmentarzu.
My, długo żyjący, mijamy ją chyłkiem,
jak mijają bogacze dzielnicę nędzarzy.

Tu leżą Zosia, Jacek i Dominik,
przedwcześnie odebrani słońcu, księżycowi,
obrotom roku, chmurom.

Niewiele uciułali w bagażu powrotnym.
Strzępki widoków
w liczbie nie za bardzo mnogiej.
Garstkę powietrza z przelatującym motylem.
Łyżeczkę gorzkiej wiedzy o smaku lekarstwa.

Drobne nieposłuszeństwa,
w tym jedno śmiertelne.
Wesołą pogoń za piłką na szosie.
Szczęście ślizgania się po kruchym lodzie.

Ten tam i tamta obok, i ci z brzegu:
zanim zdążyli dorosnąć do klamki,
zepsuć zegarek,
rozbić pierwszą szybę.

Małgorzatka, lat cztery,
z czego dwa leżąco i patrząco w sufit.

Rafałek: do lat pięciu zabrakło mu miesiąca,
a Zuzi świąt zimowych
z mgiełką oddechu na mrozie.

Co dopiero powiedzieć o jednym dniu życia,
o minucie, sekundzie:
ciemność i błysk żarówki i znów ciemność?

KOSMOS MAKROS
CHRONOS PARADOKSOS
Tylko kamienna greka ma na to wyrazy.

Wisława Szymborska

„Bagaż powrotny”

image

P.S. Przez większość swego życia, Wisława Szymborska mieszkała nieopodal bronowickiego cmentarza, który stał się nam nagle tak bliski. Ciekawe, czy miała na myśli właśnie tę kwaterę… maluteńkich mogiłek, białych krzyży, kolorowych wiatraczków, uroczych aniołków?…

wpid-20130214_192420.jpeg

Zapach Krzysia- lek na całe zło…

Dziś od rana byliśmy z Krzysiem w dobrym humorze: na niebie świeciło słonko, było jakoś tak optymistycznie, wyjątkowo brak nocnych koszmarów… Bezpiecznie. Wczorajszy poranek był przeciwieństwem dzisiejszego: Tata Krzysia wrócił do pracy… Pierwszy dzień od prawie dwóch lat, kiedy to zostałam sama: bez Krzysia w brzuszku, bez Krzysia w szpitalu, bez Krzysia w łóżeczku: czekającego … Czytaj dalej

A Ty co lubiłeś najbardziej, syneńku?

Film „Miasto Aniołów”… Od zawsze mój ulubiony, najmądrzejszy, najpiękniejszy film. Może z sentymentu, że był on pierwszą oryginalną płytą dvd we własnej kolekcji, może przez kwestię gustu do niekoniecznie szczęśliwych i banalnych zakończeń, może przez nietuzinkową i prosto, acz pięknie opowiedzianą fabułę, może przez tematykę… Po prostu – ulubiony. Oglądałam go już dziesiątki razy, znałam na pamięć.

Ostatnio sięgnęłam po obraz w reżyserii Brada Silberlinga po raz kolejny… Ale dopiero teraz po raz pierwszy dostrzegłam zupełnie inny jego wymiar, głębszy, dla wtajemniczonych: wymiar niezwykle cienkiej granicy życia i śmierci, wymiar jaki stawia pytanie: „Co jest potem?”, wymiar, który bez proszenia dał tyle łez jak nigdy i tyle pytań… jak nigdy.

Krzysieńku,

Czy Ty też na zgodę z Twoją i – Bóg jeden wie kogo – wolą jeszcze uśmiechnąłeś się, gdy nikt z nas tego już nie widział?
Czy Ty też Kochanie bez żadnego strachu spojrzałeś Komuś prosto w oczy, z tylko Tobie zrozumiałą ufnością?
Co sobie myślałeś, gdy stojąc już obok łóżeczka, patrzyłeś na nas tulących Twoje najmilsze ciałko, które tyle zdążyło dać Ci popalić…?
Czy Twoja najmądrzejsza główka tak samo nie mogła tego wszystkiego pojąć jak nasze dorosłe umysły?
Czyja ręka odprowadziła Cię gdzieś Tam… po raz ostatni tym nowoczesnym, znienawidzonym korytarzem Oddziału…?

Co odpowiedziałeś na pytanie: „Co lubiłeś najbardziej?”

Chciałabym wiedzieć, synku.

Czy to mogła być:

– huśtawka… – która została Ci podarowana na szczęście wcześniej niż przewidywał urodzinowy kalendarz. Przez miesiąc mieliśmy wielką przyjemność patrzenia na Twoją przesłodką minkę, gdy byłeś usadzany w wygodnym foteliku, który przy dźwiękach śpiewu ptaków spokojnie bujał Cię i kołysał… A Ty… nagle uspokajałeś rączki, wyciszały się napady drgań, skupiałeś oczka i… rozpływałeś się w tej sielance z radości, którą widzieliśmy w odbiciu Twoich czarnych koralików.
– werandowanie… – oj, jak Ty uroczo wyglądałeś w swoim eleganckim wózku skąpany w promieniach słoneczka… Wiedziałeś chyba, że te pieszczoty ze słonkiem przynoszą hormony szczęścia, dają siłę i pozytywną energię. Ta ostatnia przydawała się, by po dłuższym zawsze czasie pokazać odpowiednie grymasy alarmujące nas: „Goląco juz mi!”
– zasypianie w objęciach… – na nic medycyna, oddechowe wspomagania i wyciszające leki… Zawsze nasz Krzysiulek wyczuwał, kiedy Rodzice idą spać i urządzając sobie grymaśną pobudkę około północy pragnął… wzięcia na rączki, położenia się obok w „rodzicowej” pościeli, przytulenia i szeptania do maleńkiego uszka „kołysanki o Okruszku”… Wtedy dopiero dzieciątko mogło czuć się bezpiecznie, szczęśliwie i zasnąć spokojnie… do rana.
– pidżamkę… – tę Twoją jedyną taką, która została ciągle z nami w sypialni. Tę bawełnianą ze stopkami, w gwiazdki, od której odleciał jeden guzik… Wiemy, że czułeś się w niej dobrze, najlepiej z całej garderoby. Dzięki niej, my teraz ciągle czujemy Ciebie.

Kochanie, gdy kiedyś nas zapytają, co lubiliśmy najbardziej,
Bądź pewny, odpowiemy bez wahania,
że Ciebie…

Jeden dzień z życia… W Niebie.

Za chwilkę znów nasz zegar pokaże godzinę 3:10… Prawie zawsze wtedy albo jeszcze nie śpimy, albo się przebudzamy. Za chwilkę będzie dokładnie 3 tygodnie od krótkiej chwili, kiedy nasza Iskierka…psst…zgasła. Najdłuższe 3 tygodnie naszego życia.

I teraz, gdy pada mocno deszcz, a Niebo jest takie strasznie szaro smutne, nam smutniej coraz bardziej… Mimochodem, przez serce przedziera się wciąż najsilniejsza tęsknota, a przez głowę przelatuje myśl: „Czy ten ciągły deszcz oznacza może, że nasz synek jest smutny? Płacze? Tęskni?”.

Wtedy z pomocą przychodzi nam opowieść przesłana przez przekochaną, wcale nie tak dawno poznaną Kasię. Spotkaliśmy się (jeszcze) wirtualnie na naszej drodze dzięki Krzysiowi. Zresztą synek zgotował nam także wiele innych nowych, równie cudownych i jakże prawdziwych Przyjaźni. Dziękujemy Ci Synku!

Kasiu Droga,
Dziękujemy Ci za tę przepiękną opowieść. Wierzymy, że Krzysiulek napisze nam kiedyś taki sam list, jakim Ciebie uspokaja i niewidzialnie przytula Twoja córeńka:

Jeden dzień z życia naszych niebiańskich dzieci.
Ku pokrzepieniu serc….

Mamuś musiałam przyśnić Ci się i pokazać nasze życie! Za dużo łez, smutku i przygnębiebia w was.
Musiałam Ci pokazać jeden dzień z naszego życia byście wiedzieli jak dobrze i bajecznie żyjemy.
Ach mamuś po pierwsze to my jesteśmy. Istniejemy. Obojętnie ile dni,miesięcy, lat mieliśmy -tu wszystkie jesteśmy. W krainie wiecznego szczęścia, Mamuś.
Nie ma znaczenia czy mieliśmy jeden dzień czy dziesięć lat, my czujemy, widzmimy Was i bardzo się martwimy… wami… naszymi mamami.
A oto jak wygląda nasz dzień. Szalony i kolorowy dzień.
No tak, Mamuś, u nas zawsze jest słońce, budzi nas rano, wcześnie rano bo my dzieci lubimy szaleć i robić psikusy… wstajemy bardzo wcześnie…
Jest nas bardzo duzio, ja jestem w gronie tych najmniejszych, ale są młodsze też ode mnie, opiekujemy się sobą nawzajem. A nami opiekują się starsze dzieci, a tymi starszymi dziećmi, dorosłe osoby, nasze babcie, dziadkowie…
Mamuś nie możesz się smucić,mam tylu przyjaciół… raz, dwa, ci, ćtery… ech mamuś, nie umiem liczyć jeszcze. Jest Ewusia, która wygląda niebiańsko, Julki to są takie psotki, Emilki są słodkie, Gabrysia ma ładne oczka, Milenka ma śliczny uśmiech, Martynka ma piękne warkocze, Oliwka, Dominisia i Wikusia uwielbiają się stroić, Laurusia to mała dama, a chłopcy, Mamuś, mówię Ci, szaleni są. Kubusie, Krzysie i Robercik płatają nam figle, ciągną za włosy i nasze różowe sukieneczki. Adasie i Krystian uwielbiają bawić się autami. Maciusie, Oluś, Miłoszek i Maksym chcą zostać kiedyś strażakami, wyobrażasz sobie, Mamusiu? A Kazik jest przystojny hihi… Mateuszek i Igorek zawsze trzymają się razem… Mamuś, tylu mam przyjaciół. To nie wszyscy. Kiedyś opowiem Ci o reszcie…
I jak rano już się pobawimy to wszyscy razem idziemy na spacer.Po łąkach. Latają motyle, śpiewają nam ptaszki, chyba słowiki Mamuś, ale ja jeszcze tak się nie znam. Zawsze idę z kimś za rączkę. Nikt nie jest sam. Biegamy na boso po miękkiej trawie, bawimy się ze zwierzątkami. A wiesz Mamuś, jest taki piesek jakiego ty masz. Oj jak byłam w brzuszku u Ciebie, jak ja się bałam na początku jak on szczekał hihi, a teraz to takie śmieszne…
Na łące spędzamy mnóstwo czasu, rozmawiamy sobie, przytulamy się, szalejemy…
Potem wybieramy się na chmurkowo.
Każdy z nas ma swoją chmurkę.
Na chmurkach znajdują się uśmiechy, całuski, przytulaski od Was. Dziękuję Ci mamo, że posyłasz mi to wszystko. Najgorzej jest jak chmurka jest mokra. Jest nam smutno wtedy. Bo wiemy, że płaczecie, a my nie możemy Wam pomóc, bo Wy nas nie widzicie. Jesteśmy niewidzialne.
Jak chmurka jest mokra, modlimy się o siłę dla Was, Mamuś. Patrzymy z góry, dotykamy Was, przytulamy, czasem uda się, że Wam się śnimy. Tak, to my. Nie możecie nas poczuć, ale musicie uwierzyć, że jesteśmy. My, dzieci najcudowniejszych mam, wyjątkowych mam, chcemy byście tyle nie płakały.
My się tu staramy oprócz zabaw uczyć się troszkę, byście były z nas dumne kiedy się zobaczymy:)
Po chmurkach idziemy zbierać kwiatki. Chłopcy robią nam śliczne wianki i wplatamy je we włosy. Mamuś, ja mam krótkie jeszcze, ale już nie mogę się doczekać kiedy będę się czesać jak starsze dziewczynki.
Potem niestety mamuś idziemy na drzemkę.
Oj, jakie my mamy piękne łóżka i pościele.
Bo my nie mamy takich zwykłych łóżek. Nasze są zrobione z chmurek. Każde dziecko ma inny kolor. To wszystko wygląda jak w bajce, jest bardzo tęczowo. Ja, mamuś, mam zielone łóżko. Pościele też mamy niezwykłe. Wiesz, na podusi każda dzidzia ma swą mamusię. Uśmiechniętą. Ślicznie wyglądasz, Mamuś. Ale nie mam włosów po Tobie. Ja mam czarne. Za tatusiem.
A kołderki mamy w Kubusia Puchatka. Wszystkie śpimy blisko siebie i zazwyczaj cymam kogoś za rączkę, Mamuś. I daję Ci ciałuśka przed snem. Codziennie.
Po drzemce idziemy tańczyć sobie. Czasami mamuś jakiś chłopiec zaprasza mnie do tańca. I trzymamy się za ręce. Ale ja się wstydzę czasem, Mamuś. Hihi.
Jest bardzo śmiesznie. Wymyślamy takie tańce, skaczemy po mlecznej drodze, po chmurkach, czasem dotykamy słońca, Mamuś.
A dlaczego Ty nigdy nie tańczysz? Nie lubiś?
To po kim ja lubię? Oj popraw się, Mamuś. Będę patrzeć na Ciebie!
Później idziemy do chmurkowego teatru, gdzie my dziewczynki przebieramy się za księżniczki, przymierzamy mnóstwo sukienek i oczywiście, Mamuś, ubieramy buty na obcasach. Ale nie złość się. Długo ich nie nosimy. Ciocie nas pilnują, byśmy nóżki miały zdrowe. A chłopaki to biorą szable i udają żołnierzy. I bawią się,  że zwalczają zło. Ale wiesz, Mamuś, oni są baldzio odważni.
A potem robimy występy. Przylatują się motylki, ptaszki, przychodzą wszystkie zwierzątka i chmurkowe dzieci. Przedstawiamy różne bajki. Księżniczkę na ziarnku grochu, Ołowianego żołnierzyka, Calineczkę i inne bajecki.
A nasze dziadki i babcie nas oglądają. Jak oni się śmieją! Bardzo się cieszą, że jesteśmy z nimi.
Ech i nadchodzi potem wieczór. Zawsze ktoś na głos czyta nam bajeczkę, mamuś. Potem każde z nas kładzie się na swą mamusiową podusię, przykrywa się chmurkową kołderką i śni o swej mamince, ukochanej, cudownie kochającej swoje dzieciątko w chmurkowie.
Dziekuję Ci mamuś, że jesteś.
Nie spiesz się do mnie. Ja nigdzie nie ucieknę.
Wskażę Ci kiedyś drogę, kiedy przyjdzie czas…
Dam Ci wtedy swoje serce i będziemy po kres razem. W krainie wiecznego szczęścia, mamuś..
Mamuś jestem szczęśliwa. Pamiętaj.

image

Puzzle…

Coraz częściej wydaje nam się, że nasze życie przypomina puzzlową układankę… Była złożona z tysięcy elementów, do najłatwiejszych nie należała, ale udawało się zachować jej spójność i piękno… Odejście Krzysia od nas było jak mocne uderzenie pięścią w naszą skrzętnie zabezpieczaną ukladankę… Nasze puzzle rozpadły się w miliony części i wcale nie tak łatwo je z powrotem złożyć… Bo to już nie będzie ten sam obrazek… Bo już nic nigdy nie będzie takie samo… Bo już nigdy nie ” będzie dobrze”… Staramy się jakoś zacząć od nowa układać te puzzle, ale mamy wrażenie że układamy ciągle te same nudne, jednobarwne kawałki jakiegoś nieba, trawy… Nie wiemy, co z tego wyjdzie… Bo nie jesteśmy ze stali… Bo ciągle mocny podmuch zwątpienia, tęsknoty, bezsenności i niekontrolowanych łez burzy to, co się udało ułożyć od nowa… Liczymy na cierpliwość czasu i bliskich wobec nas, liczymy na piękno wspomnień, ufamy że może faktycznie ” czasem trzeba odejść, by stale być blisko”…
Codziennie dwa razy dziennie jesteśmy na grobku u naszego Krzysiątka… Wokół cisza, przyroda, wiatr… A tuż obok mała stara ławeczka… Nasza najlepsza terapeutyczna kozetka świata.

Siedzimy tam i rozmawiamy z Krzysiem przypominając sobie wszystkie te ważne lekcje, których nam wyraźnie udzielił… nie wypowiadając przy tym ani jednego słowa.

Najjaśniejszy Promyku Czerwcowy… Bądź!

Zjawiłeś się, jak czerwcowy promyk słońca
I nasz prywatny wszechświat zawirował się wokół Ciebie.
Stała się jasność
I było ciepło od tej miłości,
Która dała radość bycia Rodzicem,
A tobie dała radość rosnąć w puchu uczuć
najlepszych na świecie Rodziców.

Bolesną była nauka,
Jak walczyć o każdy oddech,
O powiew wiatru na werandzie,
O smak jabłka w ustach.
Przeżyłeś całe życie w rok
I jak najdzielniejszy mężczyzna
Staczałeś co dnia bój
z bezwzględnością Natury.

Widziałam Cię marynarzem,
ale Tobie było dane przemierzać tylko morze cierpienia…
Widziałam Cię podróżnikiem,
Który w kapsule czasu żegluje wśród gwiazd.
Może choć teraz Twój patron weźmie Cię za małą rączkę
I poprowadzi po niebiańskich dróżkach,
Skoro nie dane Ci było przemierzanie ziemskich bezdroży.

Zaznałeś w rok tyle miłości, ile nie dane było innym doświadczyć i przez sto lat.

Nauczyłeś nas szacunku do życia,
Kiedy bez jednej skargi znosiłeś każde cierpienie.
Patrzyłeś mądrymi oczkami
na mokre oczy tych,
którzy Twe malutkie rączki
Brali w bezsilnie mocne dłonie.
Dałeś nam czas, aby Cię pokochać,
A miarowe bicie Twego serduszka
Wyznaczało szczęśliwe godziny z Tobą.

Ziemia zdążyła obrócić się wokół słońca,
ale teraz jego czerwcowe promienie
skryły się za ciężkimi chmurami smutku.
Nasz wszechświat zmienił bieg,
Gdy na ziemi brakło Twego słońca.

Jasny promyku czerwcowy,
Opuściłeś nasz świat,
aby teraz eternalnym światłem rozjaśniać zaświaty.

Kochany Krzysiu,
Bądź z nami w mruganiu gwiazd,
W kroplach deszczu, szumie drzew.
Wszystko, co najpiękniejsze….

/ciocia Teresa/

promyk-260x150

Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz…

Dziś, po mało co przespanej nocy, powiedzieliśmy: „Nie wiemy, jak przeżyjemy dzisiejszy dzień…”. I dalej nie możemy uwierzyć, że już po, że już nasz Mały Rycerzyk na zawsze poszedł sobie odpocząć…

Ostatnią Drogę Krzyś miał najpiękniejszą z możliwych. Tak jak żył, tak go żegnano – wyjątkowo. Bo jakże nazwać wypełniony po brzegi wcale niemały parafialny Kościół, pełen wzruszonych par kochających go oczu… I w tym momencie, choć jeszcze za wcześnie na poukładane myśli i zdania, ale chcielibyśmy Wam niezmiernie serdecznie podziękować: za to, że byliście dziś z nami, za to, że jesteście… Przytulamy mocno i mówimy „dziękuję” wszystkim na raz i każdemu z osobna zapewniając: Krzyś jest szczęśliwy i bardzo dumny z tak wiernego grona prawdziwych Przyjaciół! A my, jako jego Rodzice, czujemy, że świat dał nam do kochania prawdziwego Bohatera! I stajemy się coraz bardziej świadomi, że Krzyś naprawdę potrafił zmienić świat, nie tylko nasz… Dziękujemy wszystkim Drogim Przyjezdnym z Rodziny: z Radomia i okolic, z Jasła i okolic, z Kielc i okolic; dziękujemy Przyjaciołom z Krakowa (którzy nigdy nie zawiedli), dziękujemy Kolegom z pracy; dziękujemy za wzruszającego kwiatowego Misia znad morza (Patrycjo i Krzysztofie – jesteście niesamowici!), dziękujemy Rodzicom Lenki, Nadii, Kubusia, Filipka, że postanowiliście razem z nami dać radę… Dziękujemy wszystkim tym, którzy bardzo chcieli, a nie mogli dziś się znaleźć obok: wiemy, że ciepłe myśli nie znają co to odległość… Dziękujemy ogólnie wszystkim (bo pewnie wielu z Was przysłoniły nam dziś łzy…) raz jeszcze i po stokroć! Swoją obecnością pokazaliście  jak bardzo nasz synek był dla nas, jak również dla Was ważny, bliski, wyjątkowy, ukochany… Po stracie Krzysia, przyszła nam myśl wyjazdu/ucieczki gdzieś na dłużej, dalej… Ale dziś uświadomiliście nam, że Wy nigdy nie zostawiliście nas… A więc jak my moglibyśmy zostawić Was? Krzysiu, kochany, dziękujemy Ci, że tak zbliżasz wspaniałych ludzi…

Nie tylko te słowa mogliśmy dziś skierować do naszego Syneczka. Przed ceremonią pogrzebową widzieliśmy się z nim po raz ostatni. I świadomość znaczenia tego słowa „ostatni” sprawia największy ból: ostatni całus w śliczny nosek, ostatni „żółwik” z Tatą, ostatnie „dziękuję” i „kocham” twarzą w twarz, ostatnie spojrzenie na nasz Skarb, który spał sobie tak słodko, tak spokojnie… Ubrany w błękitną, elegancką koszulę (którą miał włożyć na swoje przyjęcie urodzinowe :-(), swoje ulubione eleganckie spodenki w kratkę, niebieskie trampki, czapeczkę spod której wystawał zawadiacko niesforny kędziorek… Oto taki właśnie nasz mały Aniołek-Bamberek przytulał swojego nieodłącznego powiernika: Tygryska, w drugiej rączce ściskał najwierniejszego Przyjaciela: Puchatka. Aby było ciepło i bezpiecznie, Krzysia otulił jego najulubieńszy kocyk spryskany mamusinym zapachem konwaliowych perfum… A żebyśmy wiedzieli, że Krzyś zasypia spokojnie jak co wieczór w domku… Seweryn Krajewski zaśpiewał mu po raz ostatni: „Kiedyś tam, będziesz miał dorosłą duszę, kiedyś tam, kiedyś tam…”.

My jednak buntujemy się, na myśl, że Krzyś śpi… On nie śpi. To jego ciało udało się na wieczny odpoczynek: od cierpienia, od wszelkich rurek i ukłuć… A on? Głęboko wierzymy, że teraz wesoło rozrabia u Pana Boga za piecem poznając wszystko to, czego tu na Ziemi zaznać mu nie było dane… I czuwa nad nami… Dziś po południu pojechaliśmy ponownie na cmentarz…Na całej rozciągłości maleńkich mogiłek, tylko grobek synka był skąpany w słońcu… Dziękujemy Ci Kochanie za tę obecność :-*

Bo to ona właśnie nam jest teraz najbardziej potrzebna… Teraz, „gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz…”.

wpid-ramka_ost.jpg