Polemika z astronomem…

Ostatnio pisaliśmy o naszym zupełnie odwróconym pojęciu tęsknoty…  Wcześniej, to wieczory stawały się bezlitośnie puste, za długie… Dziś za to zdecydowanie gorzej nam się funkcjonuje w ciągu dnia… gdzie letni klimat wakacyjnych uniesień nie pokonuje naszego poczucia pustki, a uwydatnia tęsknotę… Rozbudzają się wówczas zakazane rewiry naszej wyobraźni stawiające jeszcze bardziej zakazane pytania: „Czy mogłoby być tak pięknie…?”, „A co byśmy robili… tu, teraz, o tej porze… z Krzysiem?”. Pytania pozostają bez odpowiedzi, pustka bez wypełnienia, a tęsknota? Tęsknota znajduje swoje marne, ale przyjemne ukojenie… właśnie wieczorem.

Bo wieczorem uwielbiamy siadać na balkonie w naszym zacisznym krakowskim ogrodzie i patrzymy w Górę… Rozmawiamy z synkiem. Czujemy go. Staramy się słuchać. Niby go nie słychać, ale przecież już przyzwyczailiśmy się do jego wielu ważnych lekcji, których nam udzielił milcząc. Chcemy, by o nas wiedział… że o nim myślimy, że się go radzimy w wielu sprawach, że tęsknimy, że kochamy, że jesteśmy… Dlatego nawet będąc na cmentarzu co dnia, nigdy nie staramy się patrzeć w dół. Zawsze patrzymy tylko ku Górze pytając: „Krzysiu, jak się dziś masz?”

A dziś niebo jest szczególne. Rozbłyski Perseidów sieją na niebie niekończącą się liczbę spadających gwiazd. Choć mówią, że te gwiazdy to łzy św. Wawrzyńca, my mamy swoją bardziej optymistyczną teorię nie obawiając się bojkotu ze strony znawców astronomii. Niech sobie myślą uczeni, że to ogon jakiejś tam komety, że meteoroidy, że pył… Dla nas dziś w Niebie panuje święto: małe aniołki postanowiły dać o sobie znać jeszcze wyraźniej! Krzyś i reszta aniołkowych mniejszych i większych zastępów postanowiła przyjrzeć się nam z bliska: odsłonili grube kotary niebiańskich komnat, wzięli lornetki odbijające od siebie promienie niewidocznego nam już słońca i skrzą się z oddali dając znać: jesteśmy, czuwamy, też Was kochamy! Widzicie, ilu ich tam jest?!
I jakże to niebo jest wesołe, pełne magii, pełne dobrej energii. Prawdziwe świetlne widowisko! A my wiemy, że tam jest Krzyś i czujemy się szczęśliwi wierząc, że skoro niebo nas zachwyca od tej strony, to jak pięknie musi wyglądać po tej drugiej… Dziś w nocy też posłuchamy Krzysia co chce nam powiedzieć… A może zrzuci ku nam cząstkę gwiezdnego pyłu z własnej lornetki… tego słonecznego blasku, który ochroni, doda sił, utuli.

I na szczęście, nie tylko my w to wierzymy. Inna Aniołkowa Mama również widzi w Niebie więcej niż to, co się śni astronomom…

skrzydła zostawione
przed drzwiami

aureola wciśnięta
między czapkę i szalik

przyszedłeś tylko na chwilę
niczym gość z krótką wizytą

zabrałeś książkę
z ulubionymi wierszami
i tego brązowego misia

cichutko zamknąłeś
za sobą drzwi

a na niebie rozbłysła
nowa gwiazda

(http://sylwetka74.blogspot.com)

Trąć skrzydłem…

Są wakacje. Są dni spokojne, aż nudne, aż za normalne… Ostatnie dni jednak  były u nas małym przełamaniem rutyny: są wakacje, więc mieliśmy cudownych gości i okazję spędzenia wspólnie magicznego czasu. Wiemy, że są to Przyjaciele przez wielkie „P”, na banalne „dobre i złe”, które czasem tak wiele znaczy. Cieszymy się, widząc ich szczęście, mamy przyjemność w sprawianiu małych wielkich radości ich dzieciom, przecież też je kochamy… tak po swojemu – po „ciociu-wujkowemu” i ze szczerym podziwem przyglądamy się ich nieudawanej ufności, nieskrywanej spontaniczności, beztroskiej codzienności. Przełamujemy kolejne bariery udając się na place zabaw, znajdujemy uśmiech w kręceniu się na karuzeli wśród innych maluchów. Nie mamy z tym problemu, że inne dzieci są, że się śmieją, że grymaszą, że biegają, skaczą, rozrabiają… Przecież są najpiękniejszą ozdobą czasem tak bardzo nudnego i smutnego świata dorosłych, taką iskierką i sensem, co pcha te nasze osobiste karuzele do przodu…

Jednak mamy ciągle ten sam, niekończący się problem: nieporadność odpowiedzenia sobie na pytanie, które towarzyszy nam od chwili, gdy dowiedzieliśmy się, że nasz Synek jest nieodwracalnie chory, a tym bardziej nie daje ono nam spokoju od równych dwóch miesięcy, gdy naszego Synka zabrakło…: „Dlaczego nie ma na tym placu zabaw z nami Krzysia?” Czy to tak zbyt wiele… ? Zbyt wygórowane marzenie? Tak zwyczajnie chcemy, żeby po prostu był, żeby się bawił i cieszył tym życiem, którego dane mu było zaznać tak krótko i tak nie w pełni… Ciągle ta sama pretensja: czemu nasze dziecko nie mogło, nie może i nigdy móc nie będzie cieszyć się jak inne dzieci…? I ta pretensja wraca do nas od ponad roku jak bumerang, uderza gdzieś tam głęboko i to dość mocno. Mamy wrażenie, że mimo upływu czasu, coraz mocniej.

I jak jeszcze miesiąc temu najtrudniejsze do zniesienia były wieczory, tak teraz niełatwe stały się dni… Długie, słoneczne, przepełnione szczebiotem dziecięcych figlów, eleganckich spacerówek schowanych w parkowych cieniach, rodzinnych pikników na bulwarach… Też tak byśmy chcieli. A nawet nie tyle szczęścia nam trzeba. Rzeczywistość nauczyła nam miarkować rozmach naszych „chcieć”. Właściwie to brakuje nam najbardziej tych najzwyklejszych codziennych obowiązków. Marzymy, by w tych złotych promieniach słońca móc jeszcze raz przewinąć Krzysia, dać mu jeść, pić gdy gorąco, nakryć wózeczek moskitierą i werandować, a wieczorem, kiedy chłodniej – pójść na spacer do ulubionego parku, na ulubioną ławkę. Wyobrażamy sobie, w co byśmy go dziś ubrali, żeby mu było chłodno i wygodnie… Marzymy, by jeszcze raz móc mu ugotować zupkę, przetrzeć jabłuszko, wykąpać, odmierzyć leki… odessać, zmienić rurkę, sondę… No właśnie. I tutaj pojawia się lekkie opamiętanie. Bo jeśli Krzysiowi nie dane było żyć jak innym dzieciom – beztrosko, zdrowo i swobodnie, to czy chciałby teraz być otoczony wakacyjnym klimatem swobody, na którą nigdy by sobie nie mógł pozwolić…? Wtedy, zaczynamy znów próbować zrozumieć dlaczego wakacyjny czas zdecydował się spędzić nie jeszcze TU, ale już TAM. I zaczyna nam być głupio, jak bardzo jesteśmy egoistyczni myśląc tylko „Jak bardzo MY byśmy chcieli…”. A czego chciał Krzyś? Chciał tego samego, o czym powyżej. Chciał się bawić, rozrabiać, śmiać i kręcić na karuzeli. Skoro nie mógł tu. Może tam… może.

Synku, przepraszamy Cię za ten egoizm. Bądź szczęśliwy na tej swojej aniołkowej karuzeli.

A jeśli widzisz, że nam smutno, smutniej i czasem jeszcze bardziej smutno… trąć mocno skrzydłem… przytul, pocałuj i bądź. Choćby niewidzialnie.

Image

O tym jak Krzyś rozrabia…

Dziś będzie mniej patetycznie, ciut z przymrużeniem oka, z nutką uśmiechu, którą dostarcza nam sam nasz synek.

Dziś przed Mamą stanęło zadanie z zasady „nie do wykonania”: wyruszyć na uprzykrzony do granic możliwości krakowski Prokocim, ale w słusznym celu: odwiedziny ukochanej cioci Krzysia, co zdrowotnie chwilowo zaniemogła (dzięki Agatka za akcję „Przełamywanie barier”! :-*) Jako że kilka spraw było do załatwienia, dzień się toczył wyjątkowo sprawnie, gładko i szybko. Do czasu…

Będąc w Obi (naprzeciw „naszego” najbardziej przykrego obecnie miejsca w Krakowie: szpital Prokocim), kupując to, co kupić miałam, zobaczyłam przy kasach wiatrak – kwiat z kolorowej siateczki, z biedronką na środku… Dla Krzysia… pomyślałam. Ładnie wkomponuje się w żółte bukiety kwiatów i letnią scenerię na cmentarzu. Będzie się nim bawił – niewidzialnie, ale zawsze.

Kwiatek-wiatraczek kupiłam i od tego momentu tego dnia nic już nie było takie samo… Najpierw wiatraczek nie chciał się nijak zmieścić do torby, mimo, że był dość miękki i giętki. Potem, po dłuższym spacerze, w sklepie, gdzie to z towarzyszącej mi ów dnia papierowej torby wyjęłam kilka rzeczy, zostawiłam do naprawy, czyli torba lżejsza, stało się niewytłumaczalne… W momencie odejścia od lady… siup!… dno torby nie wytrzymało i na pierwszy ogień wyskoczył soczek w szklanej butelce. Roztrzaskał się, rozlał, dokładając mnie wstydu i zakłopotania, a Sprzedającemu sprzątania… Potem była chwilka miłych odwiedzin u cioci Krzysia, obejrzany wiatraczek, zmieniona torba… wszystko w jak najlepszym porządku. Aż do powrotu do domu. Tu z kolei, w nowej torbie, pojawiło się nagle pełno chemicznie śmierdzącej wody… Rozlał się zakupiony płyn do szyb… Zalał wszystko, wiatraczek też. Gdy już wszelkie ofiary tych nieszczęśliwych wypadków zostały jako tako odratowane i mieliśmy się wybierać do Krzysia montować wysuszony wiatraczek…okazało się, że nie da się go prawidłowo poskładać. Rurkę A nie można włożyć do otworu C, bo brakuje złączki B… Jakim cudem wyskoczyła ze szczelnie zamkniętego opakowania? Nie wnikamy, ale wiatraczek został w domu. Krzyś najwyraźniej go nie chciał. Nastąpiło znacząco za wiele przypadkowych zdarzeń dziwnych mających na celu destrukcję kwiatka z biedronką.

Dlaczego? Tata Krzysia odgadł szybko: wiatraczek został kupiony na Prokocimiu… To nie był fajny pomysł. To nie był dobry czas. Przede wszystkim, to nie było dobre miejsce. Krzyś to wiedział. Mama nie.

I pewnie się dziwicie, że sobie myślimy, jak bardzo synek nasz ingeruje w nasze proste, codzienne wybory, ale już tak mamy… Może i ociera się to o jakąś nutkę szaleństwa, ale uwierzcie, o ile z tym szaleństwem łatwiej… Bo przecież Krzyś jest… chociaż go nie widać. Bo przecież… „kiedy się kogoś kocha, ten drugi ktoś nigdy nie znika”. Nawet przy kupowaniu wiatraczka!

Image

Cio by tu jesce zbloić, żeby mi go nie dali? Wiatlacek z okolic spitala mojego najnieulubionego, to jak lizak od niedoblej pani naucyciel… Siame śmutne śkojarzenia!

Imieninowy prezent od Krzysia

Dziś imieninki Krzysia. Dzień szczególny, bo mamy swojego własnego, zupełnie prywatnego św. Krzysztofa – Rycerzyka. Jeździ z nami (malutkie zdjęcie na desce rozdzielczej w samochodzie) i swoją poważną minką, woła „Zwolnij” kiedy trzeba… 🙂

Dziś zanieśliśmy Krzysiowi kolejną pogodną, kolorową, ładną kompozycję kwiatową… Ale nic to w porównaniu czym zaskoczył nas nasz synek…

Też dostaliśmy kwiaty… Wiele pięknych kwiatów: ogromny, niecodzienny kwiatostan białego storczyka, Krzysiowego storczyka. Mamy w domu siedem innych tych samych kwiatów, z pięknymi pąkami, na pojedynczej łodydze. Na tym storczyko-drzewku doliczamy się rozkwitniętych 5-ciu łodyg… A dlaczego to takie ważne? I dlaczego to Krzysiowy storczyk? A ponieważ został zakupiony w momencie urządzania kącika Krzysia w naszej sypialni i wprowadzaniu tam elementów błękitu, kiedy to mogliśmy tej aranżacji poświęcić wiele czasu, wyczekując upragnionego powrotu synka do domu ze szpitala. Storczyk był początkowo pięknie niebieski (widać farbowany, bo teraz jest biały), a zaraz po jego pojawieniu się u nas, pojawił się Krzyś.

Natomiast dokładnie rok temu nie było dobrze. Nasz dramat związany z odkrywaniem złych diagnoz właśnie się zaczął, a dzień wcześniej Krzyś pierwszy raz trafił na respirator… i pozostał na nim już potem na bardzo długo. W jego imieniny odbyły się pilne chrzciny w szpitalu, których z nadmiaru emocji i przygnębienia, zbyt nie pamiętamy… Słyszeliśmy tylko, że „cuda się zdarzają…, że modlimy się o siłę do życia…, że Patroni pomogą…”. To od księdza. A od lekarzy: „że stan jest bardzo poważny, że… nie wiadomo, czy dane nam się będzie zobaczyć… jutro, że trzeba się pożegnać”. A my na to, ocierając łzy i zaciskając mocno pięści, bez zmrużenia powieki, pytaliśmy twardo: „Kiedy będziemy mogli zabrać Krzysia do domu?!”.

Nie zwątpiliśmy ani przez moment. Dla nas on był na swój sposób zdrowy… tylko trochę inaczej. Założyliśmy okulary rodzicielskiej miłości i determinacji. Wiara… Intuicja… Głupota, czy Nadzieja?… I znowu Wiara…

I dzięki temu wszystkiemu, lub dzięki jeszcze czemukolwiek innemu, udało nam się wspólnie przeżyć nie tydzień, a 11 i pół miesiąca. Razem – najpiękniej jak każdy z nas potrafił. Najpiękniej, choć najtrudniej jak potrafił Krzyś. Nie sprawiał przecież żadnych kłopotów, a rozczulał swoim małym charakterkiem uparciuszka, pieszczocha, dzielniachy – za każdym razem!

Wiara czyni cuda… Naszym cudem było to „razem” przez prawie rok, a cudem nad cudami – trzy miesiące w domu. I ta wiara dalej pcha nas do przodu. Pozwala dalej uśmiechać się, choć czasem przez łzy; kochać, choć tęsknić; pogodzić się, mimo żalu… Ta wiara pozwala nam widzieć i czuć naszego Krzysia wszędzie. A znaków nam przesyła niemało. Ta wiara pozwala ufać, że moje dziecko co dzień mówi mi: „Mamo, jestem szczęśliwy. Kocham!”. Ta wiara pozwala właśnie dziś zauważyć tego dowód w wielkim Krzysiowym storczyku na naszym parapecie… a storczyk ten kwiatów ma 33…

image

Małżeńska arytmetyka

Dziś późny wpis, bo właściwie przed chwilą dopiero urządziliśmy sobie nietypowe oczepiny… Tak, bo te nasze prawdziwe, radosne i zupełnie beztroskie obchodziliśmy dokładnie 3 lata temu…
Dziś, patrząc wstecz, mamy wrażenie, że od tego „tak na zawsze” minęło może 3 tygodnie, a czasem wydaje się, że upłynęło 30 lat…
Ale z całej tej subiektywnej artmetyki, jedno jest pewne: mieliśmy niezwykłe szczęście przeżyć najpiękniejsze i najbardziej wartościowe 3 miesiące małżeńskiego, rodzinnego życia… z łóżeczkiem obok własnego; z synkiem w ramionach.
To nic, że choroba, że rurki, że sprzęt: wtedy kocha się bardziej… Naprawdę!
I taką niecodzienną Lekcję tej bezinteresownej Miłości w najczystszej postaci podarował nam Krzyś.
I choć wciąż z tej Lekcji piszemy sprawdzian co dnia, to chcieliśmy dziś jakoś ją przypieczętować, wręczyć wspólny prezent…
I oto o północy powiesiliśmy na (słynnej od uczuciowych uniesień) Kładce Bernatka naszą własną kłódkę… Niby banał, ale kluczyk powędrował w głąb Wisły.
A niewielka kłódka zamknęła w sobie wszystko to, co dla nas najważniejsze: moc bogatych wspomnień oraz „kocham, szanuję, jestem… mimo wszystko”.
Ciężka ta nasza kłódka: od nadmiaru przeżyć, emocji, radości i łez. I choć Krzysia już z nami nie ma, to nijak nie ma się to do zimnych praw fizyki: jest nas mniej, a przez to jakże ciężej, co dnia…
Na szczęście mamy siebie i pomocne ramię obok. Bo małżeństwo przecież polega na sile wsparcia i właściwej równowagi… Może dlatego słowo  „małżeństwo” ma w swoim środku „ż”, to samo, które „mąż” kończy, a „żona” zaczyna. Ot, taka ta nasza nocna arytmetyka :-*

image

image

„BO ŻYCIE KOCHANIE TRWA TYLE CO TANIEC”.

” Sucha kostucha – ta Miss Wykidajło
wyłączy nam prąd w środku dnia.
Pchajmy wiec taczki obłędu, jak Byron,
bo raz mamy bal!”

Ta nuta siedzi mi w głowie od kilku dni. Szczególnie, po usłyszeniu emocjonalnej i oryginalnej aranżacji (zbeszczeszczonego obecnie popowymi fajerwerkami) szlagieru „Niech żyje bal”, który miałam szansę usłyszeć z okazji ” Krakowskich Miniatur”, podczas niecodziennego spektaklu-musicalu „Nie jesteś sama…” dyktowanego fabułą piosenek Agnieszki Osieckiej…
I podczas tego wieczoru pełnego uniesień: radości, smutku, nostalgii, nadziei.., że „nie jesteś sama”, zaczęłam wyobrażać sobie ten „jedyny bal, na który nas proszą”…
W ostatnim czasie bawię się na nim kiepsko. Pod ciężarem minionych miesięcy i związanych z nimi niełatwych przeżyć jakoś ciężko nam trzymać ramę i dryfować w tańcu kręcąc piruety. Może chwilowo jakieś drobne momenty radości, ciche szczęście mocy wspomnień wysuwają nas lekko jakimś walczykiem do przodu tylko po to, aby niewidzialny podmuch rzeczywistości zawrócił nas z powrotem do kąta. I tak cicho w nim siedzę, przyglądając się światu, feerii jego barw i świateł, każdej pojedynczej, tak różnej twarzy. Czasem się zachwycam, zazdroszczę, a czasem współczuję temu nieogarniętemu freestyle’owi pędzącemu bezpowrotnie… po co? Niby śmieszny ten wyścig, ten chaos, ten kicz… ale jednak dusza rwie się na ten bal. W końcu drugi raz nie zaproszą nas wcale. Ale z kolei ciało zaniemogło: stale dokucza mocno kręgosłup. Jakby tego było mało, odnowiła się kontuzja kolana i unieruchomiła na długie, nudne dni… Więc tu ciągle każą stać w kącie i się przyglądać, zamiatając parkiet jedną nogą.
Wtedy wtulam myśli pod skrzydła mojego dobrego Anioła: wspominam Krzysia.
I tak sobie myślę, doświadczając tych niby drobnych, a jak mocno dokuczliwych kontuzji, jak bardzo cierpiące ciało ograniczało naszego synka w ruszeniu do najpiękniejszego tańca: pełnego dziecięcego szczebiotu, nieudawanej radości i beztroski, uroczych piruetów… Krzyś był od początku postawiony z boczku, przycupnął cichuteńko w kąciku i patrzył… tymi swoimi mądrymi czarnymi koralikami. Co widział? Może kiedyś opowie. Ze względu, że był jeszcze malutki i, że dostał dość kiepską miejscówkę na tym balu, z biletem ulgowym, zdecydował się dość wcześnie opuścić naszą przepastną balową salę… Poszedł na zdecydowanie piękniejszy bal…
A tam, z rozmachem wiruje na samym środku niebieskiej sali…, a trzepot jego skrzydeł otula mnie, z każdym taktem, co dnia… :-*

0000000000.-girl-in-Gallery

CHRONOS PARADOKSOS…

Kwatera małych grobów na cmentarzu.
My, długo żyjący, mijamy ją chyłkiem,
jak mijają bogacze dzielnicę nędzarzy.

Tu leżą Zosia, Jacek i Dominik,
przedwcześnie odebrani słońcu, księżycowi,
obrotom roku, chmurom.

Niewiele uciułali w bagażu powrotnym.
Strzępki widoków
w liczbie nie za bardzo mnogiej.
Garstkę powietrza z przelatującym motylem.
Łyżeczkę gorzkiej wiedzy o smaku lekarstwa.

Drobne nieposłuszeństwa,
w tym jedno śmiertelne.
Wesołą pogoń za piłką na szosie.
Szczęście ślizgania się po kruchym lodzie.

Ten tam i tamta obok, i ci z brzegu:
zanim zdążyli dorosnąć do klamki,
zepsuć zegarek,
rozbić pierwszą szybę.

Małgorzatka, lat cztery,
z czego dwa leżąco i patrząco w sufit.

Rafałek: do lat pięciu zabrakło mu miesiąca,
a Zuzi świąt zimowych
z mgiełką oddechu na mrozie.

Co dopiero powiedzieć o jednym dniu życia,
o minucie, sekundzie:
ciemność i błysk żarówki i znów ciemność?

KOSMOS MAKROS
CHRONOS PARADOKSOS
Tylko kamienna greka ma na to wyrazy.

Wisława Szymborska

„Bagaż powrotny”

image

P.S. Przez większość swego życia, Wisława Szymborska mieszkała nieopodal bronowickiego cmentarza, który stał się nam nagle tak bliski. Ciekawe, czy miała na myśli właśnie tę kwaterę… maluteńkich mogiłek, białych krzyży, kolorowych wiatraczków, uroczych aniołków?…

Jeśli możesz IM pomóc…

Niezbędnej modyfikacji na blogu uległa zakładka: „Jeśli możesz mu pomóc”. Szybki wgląd zamieszczamy poniżej:

„Puchatek czuł, że powinien powiedzieć Kłapouchemu coś pocieszającego, ale nie wiedział co. Więc zamiast tego postanowił UCZYNIĆ COŚ POCIESZAJĄCEGO.”


Zawsze mieliśmy przeczucie, że nasz synek będzie wyjątkowym dzieckiem… tylko nikt nie spodziewał się, że będzie wyjątkowy w dosłownym tego słowa znaczeniu, i że ta jego wyjątkowość dokona się w tak smutnym sensie…

Niestety, choć byśmy bardzo chcieli,  naszemu synkowi nie możemy już pomóc, tu i teraz.

Jednak Krzyś będąc wdzięczny za okazaną dotychczas ogromną pomoc, za Wasze wielkie serca i zaangażowanie, będzie się starał pomagać Wam – obiecał nam to! Jednym przesunie chmurki i zrobi ładną pogodę, kiedy trzeba. Innym, podpowie na uszko niesłyszalnym szeptem potrzebną myśl. A jeszcze innych podsłucha przy wieczornym pacierzu i poda dalej – do Szefa… Wierzymy w to!<3

Z tego miejsca chcieliśmy BARDZO, BARDZO SERDECZNIE PODZIĘKOWAĆ absolutnie WSZYSTKIM oraz każdemu z osobna: za każdą złotówkę przelaną na Krzysiowe subkonto, za każdą organizowaną akcję, zbiórkę, za najmniejszy i największy 1% podatku! Jesteście wspaniali, a Wasze serca takie… piękne, wiecie?! 🙂

Mimo, iż niewiele udało nam się wykorzystać środków z Krzysiowego subkonta, a kwoty zebranej z akcji 1% podatku nawet nie znamy i nie wiemy, czy dane nam kiedyś będzie ją poznać, czujemy się zobowiązani poinformować, że wszelkie zebrane pieniążki dla Krzysia zostają automatycznie przekierowane na cele statutowe Fundacji, do której należał nasz synek: Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko” (www.fundacja-sloneczko.pl). Wierzymy, że kwota ta będzie odpowiednio rozdysponowana na tamtejszych podopiecznych:

Podopieczni Fundacji Słoneczko


Oprócz tego, jeśli nie wiecie co powiedzieć pocieszającego, jeśli to możliwe, możecie uczynić coś pocieszającego:

Otóż pozwalamy się zwrócić do Was z prośbą o pomoc Krzysiowym Przyjaciołom:

– najukochańszemu Małemu Księciu, jakiego mieliśmy okazję wirtualnie poznać! Podziwiamy jego samego oraz jego dzielnych Rodziców w codziennych zmaganiach z trudną chorobą synka, podejmowania się nowych, bardzo drogich metod oraz cieszymy się niezmiernie z ogromnych sukcesów! Możemy sprawić, że będzie ich jeszcze więcej.

Możemy sprawić, że Adaś znów się uśmiechnie – do nas wszystkich – najpiękniej jak potrafi!

Jak możemy pomóc Adasiowi?

Nikt tego nie wytłumaczy lepiej, niż Jego Rodzice:

POMÓŻ ADASIOWI!

– Przyjacielowi szczególnemu: malutkiemu Wojtusiowi, którego nie znamy osobiście, a tym bardziej nie znamy Jego Rodziców… Bo niestety Ci ostatni nie istnieją- porzucili synka zaraz po urodzeniu, gdy okazało się, iż Wojtuś nie jest taki całkiem doskonały… 😦 Ale chłopczyk ten dzięki naszej pomocy może być jeszcze doskonały: potrzeba czasu, miłości, troski i rehabilitacji, systematycznej opieki i niestety tego, co takie przyziemne: pieniążków…

Wszelkie szczegóły dla chętnych niesienia pomocy Wojtusiowi, znajdziecie tutaj:

POMÓŻ WOJTUSIOWI

W imieniu prawdziwego Małego Księcia i Jego Rodziców oraz malutkiego Wojtusia i Jego Opiekunów BARDZO WAM DZIĘKUJEMY!

Krzyś & Rodzice 🙂

P.S. Wiemy, że nasz apel to tylko kropelka w morzu potrzeb tysięcy innych chorych dzieci, ale jeśli tylko się uda, mamy pomysł, aby zanieść pomoc do jak najszerszego grona małych Bohaterów, tylko dajcie nam chwilę i trzymajcie kciuki, aby się udało!:-)


„I już zawsze będziemy przyjaciółmi? – spytał Prosiaczek.
Nawet dłużej – odparł Puchatek.”

DSC_0875
wpid-20130214_192420.jpeg

Zapach Krzysia- lek na całe zło…

Dziś od rana byliśmy z Krzysiem w dobrym humorze: na niebie świeciło słonko, było jakoś tak optymistycznie, wyjątkowo brak nocnych koszmarów… Bezpiecznie. Wczorajszy poranek był przeciwieństwem dzisiejszego: Tata Krzysia wrócił do pracy… Pierwszy dzień od prawie dwóch lat, kiedy to zostałam sama: bez Krzysia w brzuszku, bez Krzysia w szpitalu, bez Krzysia w łóżeczku: czekającego … Czytaj dalej

Gdybym miała choć raz…

Dziś minął miesiąc. Podobnie jak ubiegłe tygodnie – najdłuższy miesiąc jaki kiedykolwiek pamiętamy.
Za to, czemu ten pierwszy, gdy byliśmy w domku i kolejne dwa zleciały jak jeden dzień…? Nie rozumiem. Nie mam siły pojmować.
Pora na jakieś bilanse? Nasuwa mi się tylko jeden. I znów z pomocą ostatnio na nowo odkrytego filmu „Miasto Aniołów”.

Krzysieńku, syneczku,

Gdybym miała choć raz…
– poczuć Twoje serduszko tuż pod własnym, bijące z taką siłą!
Gdybym miała choć raz…
– spędzić noc na walecznym zliczaniu pierwszych kropel naturalnego mleka dla Ciebie, pachnących w jeden, niepowtarzalny sposób.
Gdybym miała choć raz…
– masować Twój brzuszek, tak, by nie dokuczał; całować Twoje czółko, by myślało sobie tylko miłe rzeczy; czesać włoski, tak, by Ci się podobała Twoja fryzurka.
Gdybym miała choć raz…
– zanurzyć Cię w żółtej ulubionej wanience, by zobaczyć Twoje czarne koraliki najpierw zdziwione, potem najszczęśliwsze każdego wieczora około 19-tej.
Gdybym miała choć raz…
– stać w kolejce do kasy trzymając w ręku paczkę pampersów dla Ciebie i czuć przy tym rozpierającą dumę!
Gdybym miała choć raz…
– ścisnąć maleńką, kruchą rączkę, która prowadziła nas przez najcudowniejszy z możliwych świat od listopada 2011… kiedy dowiedzieliśmy się, że jesteś.
Gdybym miała choć raz…
– bać się o Twoje życie prawie 9 miesięcy, a potem dowiedzieć się, że jesteś nieuleczalnie chory i nic z tym nie możemy zrobić, tylko przy Tobie być, opiekować się całodobowo i specjalistycznie, i walczyć o każdy kolejny jeden „choć raz”: najpierw w domu, potem w łóżeczku, w wózku na balkonie, potem na spacerze…

Nigdy niczego bym nie zmieniła. Nie odwróciła. Nie cofnęła.

Swoim 11-miesięcznym „choć raz” zdziałałeś Kochanie więcej niż niejeden dorosły, starszy umierający człowiek. Zmieniłeś nas i nie tylko nas.

Wolałabym choć raz trzymać Twoje bardzo chore ciałko w ramionach mocno przytulając i patrzeć w Twoje najmądrzejsze czarne koraliki, niż zaznać długiego, łatwego i w sumie niewiele znaczącego życia, jakie dzieje się przeciętnie wokół.

Niczego nie żałuję. Mam nadzieję, Krzysieńku, że myślisz sobie teraz to samo… Że warto było. Choć raz.

Tylko teraz… wolałabym choć tylko jeszcze raz podarować Ci największego i najbardziej milusiego Kubusia Puchatka z możliwych, niż ozdabiać takiego, jakiego zanieśliśmy Ci dziś:

image