P.S. Pozwolimy sobie do tych nietypowych pozdrowień tylko dodać, że z Krzysiem niemożliwe okazuje się możliwe: urlopu miało w tym roku nie być – z różnych względów – ale jednak był: króciutki, nieplanowany, a bardzo udany. Wreszcie mogliśmy pozbierać myśli, rozświetlić spojrzenie promieniami słońca, pobyć sam na sam z własnymi uczuciami, tęsknotami, zadać wiele pytań pt.”co dalej?”. Chociaż i tak coraz bardziej odczuwamy, że w tych wszelkich naszych pomysłach na przyszłość, Krzyś macza swoje anielskie paluszki… Za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni! :-* I tak nieskromnie dodam: synek troszkę podkoloryzował…: wydaje nam się, że nie musiał pędzić za samolotem, tylko siedział sobie wygodnie w środku u nas na kolanach… Czuliśmy go tam… serduchem! 🙂 Bo… „psecies zawse latem – za ląckę!” Choćby niewidzialnie! 🙂 :-*
Category Archives: Małe co nie co…
Intuicyjnie Drodzy Rodzice…
Droga Mamo, Drogi Tato,
Nigdy nie trać nadziei. Nigdy nie gniewaj się ze swoją rodzicielską intuicją. I choćby to miało najbanalniej zabrzmieć: te dwie – nadzieja i intuicja wobec swoich dzieci – ubrane dziś już w mnóstwo sloganów, piosenek, poezji były, są i będą najpewniejszymi tłokami w naszym silniku napędzającym pokrętną kolej życia. Uwierzcie, że nasza kolej była prawdziwym roller-coaster’em, stąd może więcej wrażeń, ekstremalnych doświadczeń, skrajnych przeżyć; i stąd większa pewność, że tak właśnie jest. I dlatego chcemy Wam o tym przypomnieć, pozwolicie?
Intuicja rodzicielska jest silniejsza niż ta popularna – kobieca i milion innych jeszcze nienazwanych razem wziętych.
Nieistotne, czy Twoje dziecko jest jeszcze maleńkie, czy już biegasz na wywiadówki do szkoły, czy planujesz jego/jej ślub… Nieważne czy jest zdrowe, czy zmagasz się z chorobą Twojego dzieciątka. Nie ważne, czy masz je tuż obok siebie, czy musisz z nim rozmawiać wznosząc oczy ku niebu… Nie ważne. Po prostu musisz w niego ZAWSZE wierzyć. Najmocniej!
Dziś zrywając kartkę z kalendarza, znów cofnęliśmy się wspomnieniami w przeszłość. Dokładnie o rok. Dokładnie rok temu (20.09.2012) nasz Krzyś był przewożony z Oddziału Neonatologii do Prokocimia. Dość dobra pamięć przyplątała nam do głowy różne refleksje.
Ot taki wakacyjny dialog sprzed roku:
– Lekarz: „Z Krzysiem jest bardzo źle. Państwo sobie nie zdają sprawy. Dostaje 4 dawki morfiny, respirator za niego oddycha, zwiększamy leki przeciwzapalne…”
– My (czasem przez łzy, czasem z grobową twarzą): „Pani doktor, kiedy możemy zabierać synka do domu?!”
„Niepoważni” – pomyśleli (dopiero dziś z perspektywy czasu rozumiemy zasadność tego podejścia). Wtedy… wtedy, byliśmy oślepieni albo wręcz ukierunkowani jakąś intuicją: „będzie dobrze i koniec”, „przecież Krzyś da radę”.
Na Prokocimiu też były różne momenty. Na początku odbiliśmy się od morfinowego dna, za to pojawiały się nowe problemy infekcyjno-neurologiczne. Padaczka postępowała, neurolodzy powtarzali nieustannie: „rokowania są złe”.
– My: „Co to znaczy złe?! Przecież jest lepiej! Kiedy możemy razem do domu?”
Z każdym dniem stawaliśmy się coraz bardziej dumni z naszego synka. Z każdej przeciwności i „złych rokowań” wychodził zwycięsko. Nie, nie było cudownego uzdrowienia, ale nie na to liczyliśmy. Liczyliśmy na stabilizację i na chociaż chwilowy brak złych wiadomości. Były małe kroczki do przodu, wiele zdumień, że „jednak dał radę”, aż w końcu wielki dzień i spełnienie naszych wielkich, całodobowych, niezwykle silnych nadziei: Krzyś wychodzi do domu! Nie wyzdrowiał, ale jego stan ustabilizował się na tyle, że nie potrzebuje już być w szpitalu. Zwyciężyliśmy. Bo wiara góry przenosi… i „złe rokowania” czasem też albo je chociaż oddala.
I tak naprawdę intuicja nie zawiodła nas nawet podczas ostatnich dni Krzysia w szpitalu, kiedy to gdzieś z tyłu głowy pozwoliła na przemknięcie druzgocącej dla nas myśli: „a jeśli nasz spacer był tym ostatnim?”. Chyba pierwszy raz od porodu byliśmy bardziej ostrożni w entuzjazmie niż lekarze. Niestety i w tym przypadku, intuicja rodzicielska nas nie oszukała. I nawet ciągle mocna optymistycznie nadzieja nie dała rady jej zmylić. Krzyś do domu już nie wyszedł…
I ktoś by nam mógł zarzucić: „jakie zwycięstwo?”, „przecież byliście w domu tylko 3 miesiące”, „przecież Krzyś zmarł”. No właśnie… Jak to z nami jest? Ano tak, że jeśli od dwudziestego któregoś tygodnia ciąży słyszeliśmy non stop: „boimy się o tego Maluszka”, „może sobie nie dać rady”, „poważny, niespotykany błąd genetyczny”, „złe rokowania”, to czy intuicyjnie, czy już zdroworozsądkowo nie czekaliśmy na cud uzdrowienia. Czekaliśmy na i tak coś – zdaniem innych – niemożliwego: zabranie Krzysia do domu. Zabraliśmy. Spędziliśmy razem najcudowniejsze 3 miesiące, których nigdy nikt i nic nam nie odbierze. I było nam w nim dobrze, bezpiecznie, a synek żył prawie normalnie, gdyby nie „sprzęty”… I wbrew „rokowaniom” i niedającym mu szans chorobom, żył aż prawie rok… Znów powtórzę: intuicja i nadzieja zwyciężyły. Intuicja Rodziców, mówiąca ciągle, że się uda, aż do wtedy, gdy powiedziała, że może nie być już dobrze. W Krzysiu widzieliśmy naszą Nadzieję – tę jedyną, która zdziałała takie wielkie, małe cuda.
Każdy Rodzic ma swoje progi marzeń wobec dzieci, wytyczane zawsze przez zupełnie przeciętne lub czasem brutalne realia. Dla niektórych mogą one być bardzo wysokie i trudne do pokonania, w szczególności, gdy trzeba walczyć o każdą minutę życia dla swojego dziecka. Wtedy nie pojawia się nawet cel: dom, tylko ciche marzenie o kolejne wspólne jutro. A sami przekonaliśmy się, że Rodziców takich niestety (szczególnie na szpitalnych oddziałach) nie brakuje. Inni stawiają sobie bardziej codzienne, aczkolwiek też ważne progi: kupno fajnej, edukacyjnej zabawki; prestiżowa szkoła; satysfakcjonująca praca. Może na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, ale te wszystkie cele osiągamy dzięki właśnie rodzicielskiej intuicji i nadziei, że dobrze kierujemy swoje dziecko, a potem, że ono samo dobrze obiera swoje ścieżki życia.
Tym samym, proste równanie 2+2 = 4 zamieniamy na: Intuicja rodzicielska + nadzieja = wiara. Wiara w czasem pozornie niemożliwe. Wiara w coś, co nie zawsze musimy akceptować. Wiara w kogoś, kto czasem popełnia błędy. Taka właśnie Wiara należy się każdemu dziecku. Taka Wiara jest każdemu dziecku trampoliną – w lepszy świat, w pewniejsze jutro, w bezpieczne dziś, tu, teraz… I nie ma wymówek. I nie ważne czy tulisz swoje jeszcze maleńkie dzieciątko w ramionach, czy trzymasz młodego łobuziaka za rękę, czy wspierasz się na ramieniu dorosłej już pociechy.
Nawet teraz… znowu ktoś może powiedzieć o nas: „są niedorzeczni”, gdy patrzymy w górę i uśmiechamy się czule przywołując naszego Krzysia… Ale jest nadzieja i intuicja, że On tam jest, że On tu jest… Te „dwie” ciągle się nas mocno trzymają i nigdy nie zawiodły. Dlatego skoro Krzyś był tutaj naszym całym światem, wierzymy że ciągle nim jest… choćby w tym świecie równoległym.
Pomóż Oldze widzieć i żyć…
Wzrok, kolory, kształty… dla znakomitej większości z nas niby nic wyjątkowego… ot, codzienne życie. Wstaję rano i widzę. A jednak jest ktoś, kto może tą możliwość poznawania świata utracić. Zwłaszcza, że mając tylko 8 miesięcy nie miał jeszcze czasu poznać całej feerii barw i kolorów.
Kochani,
Dziś zwracamy się do Was z prośbą o pomoc dla Olgi Kostki (więcej informacji tutaj). Na jej profil na Facebook’u trafiliśmy zupełnie przypadkiem, jednak to co przykuło naszą uwagę, to – przyznajcie sami – wprost zniewalający jej uśmiech:
Ale do rzeczy: dziewczynka ta cierpi od 8 tygodnia życia na złośliwy nowotwór oka Obecnie jej rodzice zbierają na bardzo kosztowne leczenie w Londynie, które ma pomóc uratować oczko i zapobiec przerzutom na inne organy. Potrzebna kwota to – bagatela – 300 tys. zł! Każda z 3-ech dawek po 100 tys. zł. Pierwsza w październiku, kolejne – listopad i grudzień. Czasu więc zostało naprawdę niewiele…
Pomóc można na różne sposoby, czy to poprzez aukcje Allegro (link tutaj, różne przedmioty, jak i symboliczne „piątaki”), czy poprzez bezpośrednie wpłaty na subkonto w fundacji:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z pomocą”
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa
15 1060 0076 0000 3310 0018 2615
w tytule przelewu podać:
„20793, Kostka Olga – darowizna na pomoc i ochronę zdrowia”
Jeśli tylko możecie w jakikolwiek sposób pomóc, nasz Krzyś będzie z Was dumny!
A jeśli jeszcze się wahacie, oto kolejny argument – ulubionym przyjacielem Olgi jest Kubuś Puchatek 🙂 To chyba wystarczający powód dla Was – Przyjaciół Krzysia i jego Stumilowego Lasu, prawda? 🙂
Będę z Tobą…
Deszcz mocno uderza o szyby, a ja tak się w niego bezczynnie wpatruję i myślę, co by dziś tutaj napisać… I nagle, z nie wiadomo skąd, w głowie wyraźnie rozbrzmiewa ta znajoma nuta:
Ze swojej drogi zejdę,
będę z Tobą.
I w najlepszej z chwil, i najgorszej też,
będę z Tobą
Jak i w pierwszym, tak i w ostatnim dniu,
będę z Tobą…
Z Tobą.
I jakby to było wczoraj, przypomniało mi się jak śpiewałam tę prostą, prawdziwą i piękną piosenkę mojemu Krzysiowi… Najczęściej jak byliśmy tylko we dwoje, jak czekaliśmy jak Tata wróci z pracy. Dużo i często sobie śpiewaliśmy.
Dziś ta sama nuta w myśli powraca, a ta myśl tak sobie kombinuje: może to role się odwróciły; może to teraz Krzyś śpiewa mi cichutko, a wyraźnie te same słowa; może teraz to on czuwa i przekonuje, że… „mamcia, będę z Tobą; tatko, z Tobą”.
I tym samym, właściwie sam Krzyś i jego piosenka szeptana mi w głowie zdecydowali o czym dziś Wam napiszę…
Jakieś zdjęcie dostaje BUZIAKA, co dnia!
Fotografie to kęsy czasu, które można wziąć do ręki.
/ Angela Carter /
Dzisiejszy wpis powinien powstać już dawno, bo będzie o czymś, co stworzyliśmy już jakiś czas temu. Tylko potrzebowaliśmy chwili, aby projektem bardzo osobistym podzielić się tutaj… Pomysł zrodził się niedługo po odejściu Krzysia, właściwie w momencie największej rozpaczy, gdy pakowaliśmy jego rzeczy z sypialni i musieliśmy pokonać własną, niełatwą i wyjątkowo długą, prywatną „drogę krzyżową” na strych, aby postawić w kącie łóżeczko, wanienkę, pudła ubranek i zabawek… Wróciliśmy do pokoju i narodził się bunt: zaraz, przecież nie można tak łatwo „posprzątać” i pozwolić, by nasze najpiękniejsze 3 miesiące życia – z synkiem w domu – pokryła niepamięć i gruby kurz…
Wówczas zrodziła się myśl dyktowana towarzyszącym nam bez przerwy przekonaniem: przecież Krzyś jest. Zawsze obok. W tym pokoju również. To jego pokój i jego pokojem pozostanie.
Było trudno, bardzo trudno otworzyć foldery z tysiącami zdjęć w laptopie, gdzie z każdego spoglądał na nas synek – sam, bądź w towarzystwie bliskich. Gdy oglądamy zdjęcia z najlepszego nam okresu, gdzie gdyby nie te sprzęty, nasz Krzyś wydawał się zupełnie zdrowym dzieciątkiem, serce się zaciska, pięść też… Dlaczego on? Jednak, gdy zbliżamy się do końcowych zdjęć, gdy było naprawdę źle, gdzie buzia Rycerzyka jest zmęczona, smutna, staramy się znaleźć jakieś własne opamiętanie.
Nie dało się więc nie emocjonalnie, ale udało się wybrać nam najpiękniejsze i najbliższe sercu zdjęcia naszego Krzysia. Przeznaczyliśmy na ten ważny nam projekt całą, największą, centralną ścianę sypialni. Oprawiliśmy zdjęcia w białe ramki, a te z kolei wszystkie ułożyliśmy w kadrze grubej ramy. A pomiędzy powiesiliśmy specjalnie wyszukane bieszczadzkie anioły… niech strzegą pamięci tych chwil.
No właśnie… Bo to o te chwile się rozchodzi najbardziej. Chwile dla nas najważniejsze, będące kwintesencją minionego trudnego, ale najpiękniejszego roku. I te kolorowe obrazki tych najistotniejszych życiowo momentów, dni, miesięcy są dla nas namacalnym dowodem minionych przeżyć; dowodem, że mogliśmy tulić, kąpać, całować, być obok Krzysia. Bo… czas mija, pamięć pozostaje, ale często walczy z trudnym do odparcia wrażeniem, że to, co nam się zdarzyło, to był jakiś przepiękny sen, z którego brutalnie nas obudzono… I teraz życie stara się jakoś toczyć normalnie dalej, jak gdyby nigdy nic.
A wolelibyśmy na odwrót: chcielibyśmy teraz zbudzić się z okropnego koszmaru samotnych Rodziców i znów utulić naszego synka, zaśpiewać kołysankę… Dlatego dziś, przy każdym „dzień dobry” i „dobranoc” jakieś zdjęcie dostaje buziaka. To nic, że zimna szybka, to nic, że zabrudzona odciskiem ust… Mamy swoją prywatną „ścianę pamięci” i niech nam udowadnia co dnia, że taka Miłość zdarzyła nam się naprawdę!
Bo przecież…
ŚMIERĆ TO ZBYT MAŁY POWÓD, ABY PRZESTAĆ KOCHAĆ.
Cuda się nie zdarzają
Dziś minęło dokładnie 3 miesiące odkąd odszedł od nas Krzyś. I cóż mam napisać… Bezlitośnie długie 3 miesiące. I chociaż co dzień zaklinam rzeczywistość głęboko wierząc, że on nam towarzyszy nieustannie i właściwie wiem, że synek nawet bardziej może wszędzie z nami być niż kiedyś… Ale dzisiaj… Dzisiaj, tak samo jak w innych wielu chwilach słabości inaczej zaklinam tę rzeczywistość… Stoję patrząc na przepiękny pomnik na Krzysiowym grobku i modlę się, aby to arcydzieło nagle pękło w drobny mak i żeby wyszedł z niego nasz cały i zdrowy Krzyś.
Cuda się nie zdarzają. Nie zdarzyły się nawet w minionym roku wtedy, gdy tak bardzo ich potrzebowaliśmy.
Tymczasem… głaszczę kamienną pupcię rzeźby na pomniczku i przypominam sobie ten piękny wiersz: (zachowana oryginalna pisownia tłumaczenia):
Edward Estlin Cummings
„Te dzieci, które śpiewają w kamieniu”
Te dzieci które śpiewają w kamieniu to
milczenie kamienia te
małe dzieci owinięte kwiatami
w kamieniu rozchylony
zawsze te milczące ma
leńke dzieci są płatkami ich
piosenka jest kwiatem na
wieczność ich kwiaty
z kamienia są
milczącym śpiewaniem
piosenki bardziej cichej
od ciszy wiecznie te same
dzieci na zawsze
śpiewające w wieńcu śpiewających
kwiatów dzieci z
kamienia z oczami
w kwiatach
wiedzą czy któreś
najmniejsze
drzewo dosłyszy
za zawsze na wieczność te dzieci śpiewające na zawsze
piosenkę złożoną
z milczącego jak kamień milczenia
/przełożył Artur Międzyrzecki/
Kartka z wakacji…
I zaskoczył nas wrzesień… Zaskoczył, bo lato było dość pogodowo udane tego roku, a nagłe ochłodzenie i mokre szyby dały wyraźnie znać, że pora na wrzesień, na koniec wakacji, na jesień.
Jutro początek roku szkolnego. Pamiętamy doskonale, jak całkiem niedawno mówiliśmy, że „dziś dzieci zaczynają wakacje”… I już wtedy nie było z nami Krzysia.
I mamy takie dwuznaczne odczucia: z jednej strony, wciąż gdzieś pędząc, wręcz uciekając z domu do kogoś, po kogoś, z kimś, sami, bez specjalnego urlopu… ani się nie obejrzeliśmy jak wakacje dobiegły końca; z drugiej zaś strony, jak uzmysłowimy sobie, że nie ma z nami naszego synka już prawie 3 miesiące, odbieramy ten czas jak wieczność, jak zły, za długi sen z którego trzeba się obudzić, ale bezlitosny budzik nie dzwoni…
Co przyniosły nam te wakacje? Milion pocztówek ciągle zakończonych tym samym „kocham i tęsknię”. Milion pocztówek niezapisanych, a wyrytych w myślach, sercu i pamięci. Milion pocztówek wysłanych do Nieba. Do Krzysia.
Kilka dni temu znaleźliśmy się w naszym ulubionym miejscu, do którego uciekliśmy schować się przed światem w czerwcu tuż po pogrzebie. To prawda, nie przestaliśmy myśleć i tęsknić, a wręcz te uczucia z czasem nie słabną, a nasilają się. Jednak zorientowaliśmy się, że odbieramy codzienność zupełnie inaczej. Zamiast poczucia beznadziei i potoku łez, jest nasza pewna jak skała świadomość: Krzyś z nami JEST, choć niewidzialnie. To niewidzialnie czasem boli. Ale wiara czyni cuda. I rozpalając wczoraj ognisko, które nie chciało początkowo pięknie zapłonąć, pomyślałam sobie, że tam przy palenisku, tuż obok dmuchającego Taty i Wujka Krzysia, przyklęka na kolankach, w swoim nieodłącznym pampersie sam Krzyś i podrywając swojego kędziorka dmucha… dmucha mocno, żeby nam pomóc i posiedzieć z nami tego wieczora przy ognisku… Może nienormalne, może ociera się o paranoje, ale o ile łatwiej, silniej, lepiej…
Teraz rozpoczynamy rok szkolny. Co nam przyniesie? Na pewno na początku jakiś krótki urlop na który wreszcie czujemy się jako tako psychicznie gotowi, by pozbierać myśli, naładować baterie na ciemne, za długie jesienne wieczory, których się obawiamy. Potem powrót do pracy. Najwyższa pora, aby powrócić do tego, co było i w czym czuliśmy się dobrze. Na pewno pozostanie jeszcze wiele lekcji do odrobienia. Już teraz wyznaczamy sobie nowe plany i prace domowe…
Cokolwiek się wydarzy w tym roku szkolnym, jedno jest pewne – po tych wakacjach możemy podpisać się pod słowami śpiewanymi przez Beatę Kozidrak: „Nasze oczy widzą świat, niekoniecznie tak, jak dawniej”…
Dziękujemy Wam za Waszą obecność z nami w te wakacje… Razem przeżyliśmy trudny, długi, ale na pewno niezapomniany turnus! Życzymy wszystkim Wam również wielu sił oraz krzysiowej, dobrej opieki na te jesienne, szkolne dni!
Krzyś nam także wysyła „kartki” z nieba. Choćby wtedy, gdy tak pięknie się dla nas tak słonecznie „zaświeca”….
Nowa kołderka Krzysia…
Już jest! Wreszcie nastał ten dzień. Odwiedzając Krzysia na cmentarzu, nie patrzymy już na usypaną z ziemi mogiłkę. Wreszcie nasz synek doczekał się nagrobka. I chyba warto było czekać…
Jako że nasz Skarb był kimś dla nas wyjątkowym, postanowiliśmy podarować mu jedyne co jeszcze mogliśmy – wyjątkowy, pełen symboliki, indywidualnie zaprojektowany nagrobek.
Często słyszeliśmy, że nasz chłopczyk (niestety ze względów medycznych) jest jedynym takim na świecie… Tym razem, oprócz przykrej kombinacji genotypu, ma jeszcze jedyny taki pomnik na świecie – samodzielnie wykonany ręką przemiłego rzeźbiarza, w stronę którego przesyłamy wielki ukłon podziękowań i uznania.
W pomniczku Krzysia jest wszystko to, co wyryło się w naszej pamięci w ciągu tych prawie dwunastu miesięcy spędzonych razem. Wszystko, co chcieliśmy uwiecznić na zawsze…
– jest „Rycerzyk”, którym to w pamięci naszej i Waszej nasz Krzyś pozostał do dziś,
– jest mieczyk, który już może leżeć z boku, wystarczy walki…,
– jest „odpoczywaj”, bo przecież Krzyś nie śpi, tylko podbija swoim wdziękiem chmurkowe krainy,
– jest zdjęcie z takim Krzysiem, jakim go zapamiętaliśmy: z jego i tylko jego minką i tym zawadiackim, a jednocześnie ciekawskim spojrzeniem,
– jest słodki, niesforny kędziorek, który potrafił często wymykać się na wolność podczas układania fryzurki,
– jest nieodłącznie nam towarzyszące „kubusiowe koło ratunkowe” dla naszej tęsknoty: „jeśli się kogoś kocha, to ten drugi ktoś…”,
– jest serce, takie o jakie chodziło: takie nie wprost, otulające nas i wtedy, i teraz bezpieczną, bezwarunkową miłością,
– są też skrzydła, które tulą…
Gdyby kiedyś za kilkadziesiąt lat, przyszło mi napisać jakąś książkę o naszym życiu, nieważne co się w nim jeszcze wydarzy, już dziś wiem, jaki nadałabym jej tytuł… „Pod skrzydłami dobrego Anioła”…
A całość prezentuje się następująco:
Nie odległością mierzy się oddalenie
Kochani Przyjaciele,
Pewnie zastanawiacie się co u nas, piszecie na priv, dzwonicie, odwiedzacie codziennie w bardzo mile zaskakującej liczbie naszego bloga, dzięki któremu dajemy znać, że jesteśmy, a przede wszystkim, że jest z nami Krzyś! I o to przecież chodzi. Dziękujemy Wam bardzo za wszystko! I choćby to miało najbanalniej zabrzmieć, cieszymy się i dziękujemy za to, że jesteście :-* W końcu już tyle razem przeszliśmy… To nic, że tylko wirtualnie. Przecież w myśl słów Antoine de Saint-Exupéry’ego „to nie odległością mierzy się oddalenie” i Krzyś w najdoskonalszy sposób z możliwych nam to w każdej chwili udowadniał, udowadnia i udowadniać będzie nieustannie…
Zastanawialiśmy się nad przyszłością tego bloga. Nie chcemy w kółko pisać o tym samym, nie chcemy Was zadręczać naszymi lepszymi bądź gorszymi nastrojami. Blog powstał we właściwie jedynym celu: udowodnić, że życie jest piękne, wbrew wszystkiemu; udowodnić, że Krzyś był i jest naszym największym Szczęściem, jakie nam było zaszczyt spotkać po dość beztroskiej i łatwiej drodze życia.
Po wielu przemyśleniach, po niezliczonych słowach uznania z Waszej strony, zdecydowaliśmy: kontynuujemy „misję Krzyś”. Blog dalej będzie istniał, będziemy starać się systematycznie pisać, jak tylko będziemy mieli o czym. Już jakiś czas temu wyznaczyliśmy sobie granicę bezwzględnej intymności niektórych przeżyć pomiędzy tymi, którymi chcemy się z Wami dzielić. Na razie i tych pierwszych, i tych drugich nie brakuje. A gdy kiedyś zabraknie natchnienia, zabraknie pomysłów, zaczniemy ocierać się o sztampę i nieprzemyślane, codzienne banały, napiszemy właściwe symboliczne pożegnanie. Mamy nadzieję, że czas i nasze dalsze ścieżki życia same dadzą znać, kiedy nastąpi ten moment.
Póki co, nasza ścieżka wciąż wydeptywana jest śladami małych, krzysiowych stópek tuż obok naszych… Widzimy nasze dorosłe i dziecięce odbicia stóp po dość wyboistej drodze już za nami. Potem chwilowo ciągnął się tylko ślad maleńkich nóżek, kiedy to synek musiał nas podźwignąć na swoich skrzydłach, gdy zabrakło nam sił i chęci aby iść dalej. A teraz? Teraz zdajemy się stać w miejscu, a przed nami widzimy wyraźnie tak dobrze nam znane małe, kochane stópki prowadzące naprzód pewnym i zdecydowanym krokiem w konkretną stronę. Mamy wrażenie, że Krzyś ze swoim zalotnym kędziorkiem, spogląda na nas przekornie, zapięty w swojego kolorowego pampersa, ciągnie nas za rączkę, wybiega boso do przodu i mówi: „Mamcia, Tatko, no chodźcie za mną! Pokaze i powiem Wam wsystko! Jest tyle do zlobienia!”. Kierunkowi temu mówimy „tak”, odgadujemy każdy drogowskaz, a drogę tę nazywamy „misja Krzyś”.
I obiecujemy systematycznie przed Wami odkrywać kolejne karty tego przedsięwzięcia. Będzie mniej tajemniczo niż teraz, będzie konkretnie, ale dopiero jak będziemy pewni skuteczności i dokończenia wszelkich pomysłów. Póki co, „misja Krzyś” zakłada stworzenie siedmiu projektów: mniejszych, większych; łatwych, bardziej rozbudowanych; całkiem prywatnych oraz dedykowanych wszystkim chętnym w nich uczestniczyć…
Towarzyszą jej ważne, namacalne cele: pomóc sobie, pomóc innym dzieciom, pomóc innym Rodzicom. Chcemy je spełnić. Z pomocą Krzysia, wierzymy, że się uda.
Mam nadzieję, że będziecie dalej z nami, że będziecie dalej wspierać, dopingować lub po prostu towarzyszyć. Może kiedyś ta droga przed nami zapełni się innymi odciskami wielu, bardzo wielu stóp… Bo przecież „nie odległością mierzy się oddalenie”.
Pobierając kiedyś przy kąpieli odcisk krzysiowej stópki – na pamiątkę jej uroczego rozmiaru – nie sądziliśmy, że będzie kiedyś naszą najważniejszą, prywatną busolą…
Tryb „airbag” włączony!
Dziś, ot tak, króciutko. Tak prawie niezauważalnie, w locie, jak toczą się nasze myśli, okruszki i okruchy wspomnień, rozmowy co dnia, co chwilka przywołując pamięcią specjalnie, bądź zupełnie podświadomie naszego synka. On z nami jest. A my z nim. I nieustannie rozmawiamy ze sobą, dyskutujemy… Prosimy Krzysia o pozamiatanie chmurek na niebie, gdy potrzebujemy słonecznej pogody na weekend; załatwia nam zielone światło, gdy się śpieszymy; przytula mocno ramieniem taty lub mamy, gdy to drugie z nich potrzebuje bliskości i utulenia…
I może to się wydawać śmieszne, niedorzeczne, naiwne, nie chcemy tego zmieniać. W takim podejściu znajdujemy swoją poduszkę powietrzną, która słabiej lub mocniej wystrzela w zderzeniu z tęsknotą, pustką i pytaniami, które nie mają już najmniejszego sensu. Taki tryb <airbag> działa stale, niezawodnie oraz jest wielokrotnego użytku! I nieustannie robimy tak jak powyżej, a czasem tak nieopatrznie rozmawiamy jak poniżej:
Mama Krzysia:
– Uważaj na szafkę, bo się uderzysz!
Tata Krzysia:
– Przecież wysoko wisi, co ja tak nagle urosłem?!
Mama Krzysia:
– Widocznie jakiś wyższy się zrobiłeś. Bo teraz już nosisz Krzysia w sobie. Dlatego czujesz się Wielki (…)

















