Zostań „serduszkowym terrorystą”!

WIELKA akcja odważnych, pozytywnych ludzi. Co jest wielkie? Atmosfera, rozmach, serca, szczodrość, integracja, zabawa? Tak. Ale największy jest sens całej akcji: z malutkich kroczków (złotówki wrzucane do skarbonek) tworzy się co roku ogromny krok milowy (zebrane finalnie miliony złotych). Krok milowy dla polskiej medycyny. Krok milowy dla zmiany światopoglądu. Krok milowy dla życia… dla tysięcy żyć – jeszcze króciutkich, maleńkich, może naiwnych, ale silnych, najodważniejszych.

ORKIESTRA nie symfoniczna, nie kameralna. To orkiestra jedynych w swoim rodzaju dźwięków składających się z magicznego „pip pip pip” przekazujących ciche, często niepewne, odważne: „Mamo, jestem”. Zamiast skrzypiec – rząd pulsoksymetrów mierzących pracę serduszka i natlenowania krwi; zamiast trąbek – urządzenia Infant Flow do nieinwazyjnej wentylacji pomagające oddychać; zamiast bębnów – inkubatory z mnóstwem kabelków i okienek, wraz z większymi poduszeczkami w środku niż sami mieszkańcy „szklanych domków”. Co dzień na oddziale otaczały nas rzędy porządnych, nowoczesnych sprzętów z przyklejonym maleńkim czerwonym serduszkiem. I to mieniące się wszędzie czerwone serduszko sprawiało wrażenie, że oddział neonatologii polskiego szpitala nie wygląda jak polskie PKP, ale jak zachodnie TGV.

ŚWIĄTECZNEJ atmosfery w polskich szpitalach brak. Wiem, widziałam. Nasze własne dzieciątko mało świątecznie musiało walczyć o życie długie miesiące. Nie było fanfarów, biesiady, oklasków. Były strach, bunt, niedowierzanie i łzy. I jeśli tylko o jakiejkolwiek „świąteczności” mogła być mowa, to tylko wtedy gdy kolejne badanie poszło po naszej myśli; gdy padła dobra diagnoza, gdy czytaliśmy z buzi synka przekonanie: „Mamcia, dam radę!”. Nowe sprzęty od WOŚP-u nie gwarantują zwycięstwa. Jednak dają dużo więcej niż złotówka wrzucona do puszki – dają poczucie bezpieczeństwa, że „na dane okoliczności, moje dziecko jest w najlepszym miejscu z możliwych”.

POMOCY nie powinno się udzielać tylko jak zawołają, jak namówią, jak każą… Ale jeśli faktycznie codzienne sprawy nas zapędzają gdzieś hen we własne zmartwienia, pilne sprawy, niekończące się „pomyślę o tym jutro”, warto czasem się zatrzymać i przetrzeć oczy. Tak, ten stary, brudny szpital, który mijasz codziennie rano w drodze do pracy, to nie tylko mury… Tam są też dzieci, które właśnie się dowiadują, że mogą do pracy nigdy nie zdążyć pójść. Tym samym, wiedzą, że trzeba walczyć; chcą walczyć; czekają na pomoc. Jakby tą pomocą mogłoby być tylko uściśnięcie za rękę, pogłaskanie, nowy miś albo odwiedziny z puentą: „wszystko będzie dobrze”, byłoby idealnie. W takim świecie niestety „pomóc” znaczy „dać kasę”, brutalna to prawda. Byliśmy po tej drugiej stronie murów – przetarliśmy własne oczy…

 

A na koniec, po raz pierwszy i może ostatni, ale złamiemy zasadę tego bloga o tolerancji wszelkich poglądów. Będzie sprzeciw. Bo przeczytaliśmy to:

Tomasz Sakiewicz (dziennikarz) o Wielkiej Orkiestrze: „Widziałem ludzi, którzy mieli odwagę nie poddać się terrorowi serduszkowców. Odwracali szybko głowę i przyspieszali kroku. Błąd. Idźcie z dumą. Brak serduszka to dowód na to, że człowiek myśli i nie ładuje pieniędzy na lans gościa, który sprowadził piękne idee do błota.”

Tak, to rząd RP i NFZ powinien się „lansować” z nowoczesnymi zakupami na rzecz oddziałów naszych szpitali, tym samym: na naszą rzecz – jeśli nie teraz, to na kiedyś…. Tak, „terror serduszkowców” – powinien trwać nie raz w roku, ale co dzień, niewidzialnie, niewyczuwalnie, ale skutecznie, użytecznie, leczyć zbutwiałe serca, krnąbrne umysły, spiskujące głowy. Tak, Owsiak powinien sobie już dawno wyjechać na niekończące się wakacje, odpocząć po corocznym, całorocznym nękaniu, udowodnianiu, przekonywaniu tylko dlatego, że jest większy niż inni (inne fundacje), więc może pomagać bardziej (niż inne fundacje) i dlatego jest prześwietlany dokładniej lub tak samo (jak inne fundacje). Tak, piękne idee powinny zostać wysoko w chmurach albo niech ktoś je choć wyjmie z tego błota – jacyś chętni, Panowie? Tak, WOŚP mógłby nie istnieć – wtedy co po niektórzy „idący z dumą myślący” mieliby święty spokój i nawet nie wiedzieliby jak dużo, dużo więcej najmłodszych Bohaterów miałoby dosłowny „święty spokój” – zbyt wcześnie…

Gramy dalej –  „do końca świata i o jeden dzień dłużej!”…, choćby już dziś miałby być ten „o jeden dzień dłużej”, gdyż coraz częściej nam się wydaję, że świat się skończył…

No to, SIEMA!

 

Image

Odwiedziny Owsiaka na oddziale krakowskiej Neonatologii, gdzie Krzyś w towarzystwie serduszek spędził 3 pierwsze miesiące swojego życia. /źródło: Gazeta.pl/

ImageZ Owsiakiem gramy od dziecka. Gdy miałam kilka lat, była radość z nowego, wylicytowanego kubka. Gdy miałam kilkanaście lat, fajnie się czułam pomagając. Dziś, gdy jestem „Mamą po przejściach”, wiem, że sprzęt ratuje życie – dosłownie. Ot, taka siła serduszka przyklejonego do mojej, Twojej, naszej kurtki…

„Bo każdy anioł ma skrzydła pełne roboty.”

Zupełnie przypadkiem, a może nie-przypadkiem (czyt. Krzyś podsunął 😉 ) odkryłam wczoraj wieczór w internetowej otchłani taką jedną, niedługą, inną niż wszystkie, bliską nam (w końcu aniołkową) bajkę… Przeczytałam: „piękna” – pomyślałam. A zaraz potem przyszła kolejna myśl: „chciałabym, żebyście ją też poznali”… Chętni? 🙂

NAJMNIEJSZY ANIOŁ

„Pewnie już wiesz o tym, że daleko stąd, jest takie miejsce, w którym mieszkają anioły. Każdy inaczej widzi Niebo Aniołów. I to jest w nim najpiękniejsze. Panuje tam nieustający rozgardiasz. Bo każdy anioł ma skrzydła pełne roboty.
Co jakiś czas Tadeusz Anioł zwołuje nieopierzone jeszcze anioły do magazynu i daje każdemu po parze skrzydeł. Właśnie grupa aniołów skończyła 10 lat. To czas, by nabierać wprawy w anielskiej sztuce. Młode anioły są dość niewinne, by kochać całym sercem a zarazem dość już samodzielne, by wyruszyć na ziemię.

Na wołanie Tadeusza Anioła, dziewczęta i chłopcy ustawili się pod drewnianymi drzwiami magazynu zgodnie z tradycją: od największego, do najmniejszego. Ile było tam oczekiwania! Na samym końcu stanął Najmniejszy Anioł.

Tadeusz Anioł rozdawał skrzydła, zdejmując je z półek. Każdą parę układał delikatnie na plecach małych aniołów. I tak, para za parą, anioł za aniołem. Aż, kiedy dotarł na sam koniec kolejki, zdziwił się Tadeusz Anioł. Raz jeszcze przejrzał dokładnie wszystkie półki i w końcu poddał się.

-„Nie ma”- powiedział.

-„Nie ma”- powtórzyły anioły.

-„Nie ma czego?”- zapytał najmniejszy.

Słowa utknęły staremu aniołowi w gardle jak ciężkie kamienie. Ale nie mógł już dłużej ukrywać tego, co i tak już wszyscy zauważyli.

-„Nie ma już żadnej pary skrzydeł” – odpowiedział Tadeusz Anioł.

-„Zawsze są”- odparł Najmniejszy Anioł i poszedł ich szukać.

Kiedy wrócił z magazynu, nikt nie spojrzał mu w oczy. Starali się coś mówić, ale czymże są słowa bez skrzydeł?

Odszedł płacząc.
Wieczorem z daleka obserwował, jak jego przyjaciele z coraz większą wprawą szybują po niebie. Anioły były jeszcze bardzo młode i żaden nie wiedział, jak teraz rozmawiać z Najmniejszym, jak bawić się z nim.

Dlatego Najmniejszy Anioł poszedł po radę do Pana Stanisława, który był jedynym człowiekiem w anielskim niebie. On wiedział już co się stało, więc utulił malca, a potem zapytał:

-„Masz odwagę?”

-„Mam” – odparł anioł.

-„Masz rozum?”

-„Mam” – odparł raz jeszcze.

-„Masz serce?” – pytał dalej

-„Mam” – powiedział coraz bardziej zdziwiony chłopiec

-„To masz skrzydła!”- wykrzyknął Pan Stanisław.

Najmniejszy Anioł zerknął za siebie. Ale od słów nawet jedno piórko mu nie urosło. Odszedł więc.

Ranek obudził się wcześnie. To właśnie teraz anioły miały odbyć swój pierwszy lot. Najmniejszy chciał ich pożegnać. Usiadł więc na skraju nieba i patrzył, jak jego rówieśnicy skaczą w przestrzeń rozprostowując skrzydła.
Aż nagle usłyszał w sobie pierwsze pytanie: „Masz odwagę?” Czuł ją w sobie teraz i zrobił coś zarazem odważnego, jak i szalonego. Uchwycił się długiej sukienki przyjaciela i sfrunął razem z nim. Trudno opisać to, co czuł.

Anioły, które frunęły teraz obok niego fikały koziołki, bawiły się i chwytały ptaki za skrzydła. Ale Najmniejszy starał się być uważny. Rozglądał się więc wokół. I wtedy zauważył coś, co najpierw go zainteresowało a potem zaniepokoiło. Tuż obok przelatywał niewielki samolot. A właściwie krztusił się i kasłał usiłując złapać równowagę. Najmniejszy Anioł zaczął wołać przyjaciół, ale jego słaby głos ginął w świście wiatru. Wtedy usłyszał w sobie po raz drugi głos: „masz rozum?”. Skoczył więc na kadłub samolotu. Spojrzał jeszcze w przerażone oczy pilota i sięgnął do wszystkich swoich anielskich umiejętności. Powstrzymał awarię na tyle, by samolot mógł wylądować bezpiecznie na najbliższym lotnisku. Najmniejszy pomachał przyjaźnie zdumionemu pilotowi i zeskoczył na dach, nad którym przelatywali. Przez właz na jego szczycie wszedł do budynku. Przechodząc białym, cichym korytarzem domyślił się, że jest w szpitalu. Szedł więc spokojnie i kiedy mijał kolejne drzwi, usłyszał płacz. Drzwi skrzypnęły, kiedy wchodził do małego pokoju. Leżała tam dziewczynka, która zauważyła go dopiero, gdy usiadł na skraju łóżka.

-„Nie mogę zasnąć. Boję się, że już nigdy nie obudzę się po operacji”- zwierzyła się ufnie.

Anioł był jeszcze taki młody i nie wiedział, co może powiedzieć ciężko choremu dziecku. Wtedy po raz trzeci usłyszał w sobie znajomy głos pytający go: „masz serce?”.

-„Jeśli wypoczniesz, będziesz miała więcej siły, żeby wyzdrowieć. Będę więc siedział tu przy tobie i trzymał Cię za rękę tak długo, aż zaśniesz.”- obiecał.

I tak się stało. Opowiedział dziewczynce wszystkie bajki, które znał, zaśpiewał wszystkie kołysanki, które pamiętał. I usnęła spokojnie.

Zostawił na jej czole anielski pocałunek, który nazywają anielskim błogosławieństwem i poszedł dalej.

Jeszcze tego dnia pomógł staruszce znaleźć okulary, opatrzył małemu kociakowi zranioną łapkę i przeprowadził przez kładkę nad rwącą rzeką dwoje dzieci.

Słońce z wolna zaczerwieniło się, dając znać, ze zbliża się wieczór. To znak dla wszystkich małych aniołów, które po zachodzie muszą wracać do domu. Wtedy na ziemię zlatują doświadczeni, dorośli anielscy ratownicy. Najmniejszy ruszył więc tą samą drogą, którą przyszedł. Wszedł do budynku szpitala. Na znajomym korytarzu zatrzymał się. Znów zaskrzypiały drzwi, kiedy wchodził do pokoju. Dziewczynka spała uśmiechając się przez sen. Na stoliczku obok łóżka znalazł kartkę:

„List do mojego Anioła.

Operacja udała się.
Postanowiłam wyzdrowieć.

Dziękuję”.

Zabrał kartkę z sobą, na znak, że tu był i poszedł dalej wspinając się po schodach na dach. Właśnie nad budynkiem przelatywał samolot. Pilot wracał szczęśliwie do domu i tym razem nie zdziwił się widząc, jak na skrzydło samolotu wskakuje drobna postać. Jego oczy były radosne i wdzięczne. Już za chwilę Najmniejszy Anioł usłyszał szum skrzydeł: to jego przyjaciele wracali do domu. Jeden podfrunął blisko, żeby zabrać w podniebną podróż do domu bezskrzydłego anioła.

To był naprawdę ciężki dzień. Wszystkie młode anioły opowiadały o tym, czego doświadczyły a Najmniejszy czuł się jednym z nich.

Zanim położył się spać, odwiedził Pana Stanisława. Staruszek czekał na niego w progu. Tym razem nie zapytał, tylko stwierdził:

-„Masz odwagę, masz rozum i masz serce”

-„Mam skrzydła”- odpowiedział uśmiechając się Najmniejszy Anioł.”

/autor: Ewa Król – Czechowice-Dziedzice; źródło: http://bajki.wnaszychrekach.pl/ba/1.html /

Na koniec spytałam się tylko siebie cichutko: „a jak tam z moimi skrzydłami?” Są maleńkie – jak odwaga; są chwiejne – jak to z tym moim rozumkiem bywa; są kruche – jak zmęczone tęsknotą serce… Ale są. I byle były. One pozwalają latać – choćby niziutko, ale jakże fajne to uczucie! 🙂

Na dobranoc dla siebie, dla Dzieciaków, polecamy Wam inne bajki z serii „Bajki w naszych rękach”, które przepięknie, dziecięcą ręką zilustrowane znajdziecie TUTAJ. Projekt ten powstał z pięknej inicjatywy Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Wadami Rąk „W Naszych Rękach” w celu wsparcia dzieci niepełnosprawnych – brawo!

Kochani: WYSOKICH LUB NIŻSZYCH LOTÓW! 🙂

Image

Otwieramy TE drzwi jeszcze szerzej…

Jeśli faktycznie postanowienia noworoczne istnieją tylko po to, by po magicznej północy móc zacząć je z szelmowskim uśmiechem łamać – nie robimy w tym roku żadnych postanowień, żadnych „must have”, „must be”, „must do”. Ale… nie wyrzucamy kalendarzyka! Na pewno będzie on inny od zeszłorocznego, na pewno bez tych najważniejszych spotkań, planów, bez swojego „epicentrum”, wokół którego wszystko się kręciło i kręcić by się chciało, a któremu na imię było Krzyś.

Bez epicentrum naszych działań jest pustka, jest tylko czas przeszły, jest teraźniejsze „nic”. A właściwie nie tyle „jest”, co „mogłoby być”. Bo NIE jest. Bo kto powiedział, że Epicentrum ma się znajdować tuż obok, że ma być widoczne, że ma mówić głosem lub kwileniem, że ma dotykać rączką…?! Wierzcie lub nie: Krzyś udowadnia, że niewidzialnie można więcej – wie się więcej, widzi się więcej, czuwa się lepiej… Jedyne co jest mu trudniej: przekonać, że JEST naprawdę, udowodnić, że KOCHA jak nigdy dotąd…

Nasze Epicentrum jest nadal – bezszelestnie, a czasem krzyczy głośne „tjak tseba”; nienamacalnie, a mała rączka zdecydowanie nas prowadzi po drodze bez drogowskazów; niepoliczalnie w liczbie zajętych krzeseł przy stole, a tak bardzo wyczuwalnie, gdy pytamy przestraszone: „co dalej?” , czujemy wewnątrz taki dziwny spokój, że zaraz będziemy wiedzieć co dalej…

To „dalej” z Krzysiem trwa w naszym prywatnym życiu już ponad pół roku. To częściowo wytyczone „dalej” dokonuje się także na Waszych oczach tutaj na blogu…

Tak więc dziś nie będzie żadnych postanowień, a jedynie kilka przekazanych nam „wytycznych” jakie czujemy się zobowiązani realizować: tak, ciągle nie potrafimy zamknąć tych raz na zawsze otwartych DRZWI, nie chcemy zamykać, a wręcz przeciwnie – skoro to nam właśnie było przez nie przejść, z przekorą OTWORZYMY je jeszcze szerzej…

Na 2014 mamy kilka pomysłów na „wytrych” do tych ciężkich, niemalże pancernych, często niekolorowych, omijanych w feerii barw zwykłej codzienności DRZWI, za którymi kryje się świat, w którym nic nie przychodzi łatwo: ani beztroski uśmiech dziecka, ani postępy, ani zdrowie, ani rodzicielskie szczęście… Ale jak już przyjdzie – a prędzej, czy później – przychodzi – warte jest wszystkich trudów, emocji, łez – bo to trakt do największego szczęścia, przez wielkie „SZ”, w które innym nawet trudno uwierzyć, że takie istnieje – naprawdę!

Dziś skrótowa zapowiedź instrukcji obsługi… naszego wytrychu:

– mimo ciągłego zarzekania się, że kończymy; dalej piszemy bloga – Wasze każde otrzymane przez nas„dziękuję” za taki, czy inny wpis dodaje skrzydeł wyobraźni, myślom, natchnieniu… Sami po troszce dyktujecie co mamy pisać, a nawet o tym nie wiecie 😉

– jeśli posty się będą pojawiać ciut rzadziej, to tylko dlatego, że siedzimy i majstrujemy coś dużego, nowego – coś „nieblogowego”, ale chyba fajnego, co nam czas wolny zabiera zupełnie, a doby nie chce wydłużyć…, pracy na parę miesięcy! Tradycyjnie, nie chcemy zapeszać i się za wcześnie chwalić – wszystko jeszcze w pieleszach! Jak tylko się staną to bardziej realne pielesze, którymi będziemy się chcieli z Wami podzielić – natychmiast się o tym dowiecie – słowo!

– trwają rozmowy z Wydawnictwem, które zainteresowało się większym nakładem wydania „Rycerzyka” – w tej kwestii  (bo sami do tych rozmów nas nakłoniliście i wiemy jak bardzo czekacie na książkę) będziecie na bieżąco – słowo!

– Rycerzykowi Akcja Pomocy jeszcze nie raz zaRAPuje – będziemy pomagać dzieciakom, bo już nie jesteśmy z tych, co mogą powiedzieć: „nas to nie dotyczy” i nie pozwolimy innym tak mówić – za to pozwolimy dzielić się dobrem, serduchem, wsparciem. Szczegóły – wkrótce! Na pewno możecie sobie zaznaczyć każdy 21-szy dzień miesiąca – Krzyś dalej będzie „świętował” swoje urodzinki… chcąc podarować prezent innemu Dzieciątku.

– a sam Krzyś… jeszcze nie raz nas odwiedzi bardziej dosłownie niż zazwyczaj – przecież nasz Maluszek zasługuje na lepsze „ku pamięci” niż kilka zdjęć w galerii…

Jeśli tylko macie ochotę – drzwi nasze są póki co tylko lekko uchylone, ciężkie, a wytrych wielki – pomóżcie nam nim się posługiwać, złapmy go razem i wierćmy, kręćmy, by posypały się odpryski satysfakcji, radości, dumy, DOBRA… Co Wy na to?:-)

A za rok… Niech nie przeglądanie kalendarza, nie stan konta, nie nowe foldery zdjęć na dysku będą naszą kwintesencją zadowolenia, satysfakcji, radości z tego „dalej”, które będzie wtedy już za nami. Jestem przekonana, że wystarczy będzie stanąć przed lustrem z samym sobą lub wokół swoich radosnych, kochanych najbliższych i spytać się w duchu: „udało się?”. Ja za rok chciałabym stanąć przed zdjęciem Krzysia – nie będę mu opowiadać co wyprawialiśmy, bo przecież będzie wiedział – ale zapytam tylko: „Synuś, jesteś z nas dumny?”… 🙂

url

Końcoworoczna KLAMRA – zawiązana cieniutką niteczką…

Szampański nastrój za chwilę. Na razie, w ostatni dzień tego roku, pozwalam sobie na wspominki. A sięgając do szuflady, by zamienić stary, zużyty kalendarzyk na nowy – pojawia się kilka myśli, którymi chciałabym się podzielić. To nie będzie  żaden bilans, podsumowanie roku.

Dziś, zamiast wielu słów – tylko kilka, zamiast wielkich przemyśleń – jedno proste życzenie, zamiast codziennej, narracyjnej prozy – obraz. W roli głównej: kalendarzyk 2013. Niech wyrwanych tutaj z niego kilka kartek posłuży za uszczypnięcie, że to co się działo – działo się naprawdę. A tych kilka słów komentarza, niech pozostanie jako swoista klamra spinającą to, co było…, to, co się zdarzyło…, to, w czym mieliśmy zaszczyt uczestniczyć – z Krzysiem.

Image

Stary, wysłużony, dobry… Pamiętał o wszystkim, pomieścił wszystko: nie narzekał, nie płakał, nie buntował się…, choć zamiast standardowych notatek, przypomnień o dentyście, kawie z koleżanką na mieście, zawodowych zobowiązaniach… przypominał o zupełnie innym wymiarze każdego tygodnia pierwszej połowy tego roku: „pamiętaj, by ‚jutro’ było bezpieczne dla Krzysia!”.

respi

Pamiętacie zapewne nasze czekanie – najważniejsze, najdłuższe czekanie na wspólne wyjście do domku z synkiem! Gdy zrozumieliśmy, że cud nie nadejdzie – Krzyś nie wyzdrowieje, jedynym celem, marzeniem było pokazanie mu jego DOMKU! Na przybycie naszego Pacjenta musieliśmy się porządnie przygotować…

DSCF0689Były misie, kolorowe łóżeczko, milutkie kocyki, pozytywki, karuzela, prezenty i… standardów było by na tyle. Kalendarzyk musiał wszystko przewidzieć, załatwić, zamówić. Często spotykał się z Przyjaciółmi z medycznym tytułem; zamiast do sklepu – na zakupy chadzał do apteki; a w miejsce notatek – zapamiętywał Krzysiowe gorączki, nowe i nowsze zalecenia, godziny i dawki leków, przepisy na dozwolone deserki…

szpital

Wiosna przyniosła chwilę oddechu i nam, i kalendarzykowi… Bo po co tracić cenny i najpiękniejszy nam podarowany czas na jego uzupełnianie, gdy wystarczy tylko wielkim drukiem opatrzonym radosnym emoticonem wpisać: „Razem w Domku – nareszcie!”, „10-te urodzinki Krzysia„, „Pierwszy spacer„. „Rano- werandowanie„… Potem, w między czasie kalendarzyk obrywał smutną, ciężką łzą, gdy stawiały się smutne minki i zabrakło sił na jakąkolwiek organizację czasu, bo trafialiśmy znów do szpitala – na aż za bardzo dosłownie przeżyte Triduum Paschalne, na ostatni krótki pobyt…, z którego nie wrócimy już nigdy więcej do domku razem.

Dlatego II połowa roku w kalendarzyku była albo pusta – bo brakowało nam pomysłu „co dalej?”, albo bardzo pokreślono-pomazana, gdy po raz kolejny zaczynaliśmy podsumowywać, układać, planować, organizować wszystko „od nowa”.

ostatnie

Przede mną leży właśnie i wdzięczy się nowiutki, błyszczący kalendarzyk na rok 2014. A mnie nasuwa się z nie wiadomo skąd pytanie, wraz z gotową odpowiedzią: gdyby miał kiedyś palić się mój dom i mogłabym zabrać podczas ucieczki tylko jedną rzecz – zabrałabym kalendarzyk 2013. Jego wysłużone kartki, zmęczony emocjami atrament, mieszczą w sobie – na zawsze – najpiękniejsze i najgorsze chwile naszego życia – jednocześnie. Nigdy nie spotka mnie przecież nic piękniejszego niż domowy poranek, gdy budzą mnie dwie maleńkie rączki machające ze swojego łóżeczka… Nigdy nie spotka mnie przecież nic gorszego niż walka z poczuciem nieodwracalnej pustki po maleńkich rączkach, po kolorowym łóżeczku… Nigdy nie spotka mnie również coś tak bardzo cennego wobec doświadczeń, emocji, przeżyć…, bo to co pomieścił w sobie ten kalendarzyk przypomni mi zawsze wtedy, gdy znów zacznie wszystko się walić: „Tym razem też dasz sobie radę”.

Wpis ten miał być klamrą spinającą to, co było… Nie będzie to jednak gruba skórzana klamra zamykana specjalnym kluczykiem na zamek, do którego hasło dostępu chciałabym szybko zapomnieć… Klamra ta, to cieniutki rzemyczek, niteczka, zawiązana na luźną kokardkę…, żeby do  niego wracać – kiedy smutno, wracać – kiedy radośniej, wracać – dla opamiętania, wracać – do najważniejszych wspomnień, wracać – do lekcji kochania.

Jednocześnie otwieram nowy kalendarzyk i robię w nim pierwsze notatki… Jakie? Piszę ŻYCZENIA: sobie, Tobie, WAM…

Życzę nam wszystkim i każdemu z osobna, aby nadchodzący NOWY ROK przyniósł każdemu najwłaściwszą drogę – do przejścia.

Gdy będzie – zbyt wyboista – założymy trapery… Gdy będzie zbyt gładka – uważajmy, żeby się nie poślizgnąć.

Życzę, aby każdy następny kalendarzyk zamykał się Wam taką samą lekką, rzemykową klamrą – by się chciało wracać do przeszłości, by się uśmiechać do wspomnień – mimo wszystko…

Życzę, aby każdy z nas czuł się tak prosto, tak zawsze – szczęśliwy – sam ze sobą, u kogoś w ramionach, w swoim kątku lub na końcu świata…

Życzę, aby każda kalendarzykowa strona oprócz tekstu zapisanego w pośpiechu zawierała niewidoczną, a odczuwalną radość, spełnienie, dobroć, życzliwość, przyjaźń, miłość…

Mama, Tata i nasz Aniołek-Krzyś

Oszaleli Anieli… na urodzinach u Szefa ;-)

„Oszaleli anieli, cali w bieli od chmur.
Gdy na ziemię spłynęli, niby śnieg białych piór…
I jak ziemia szeroka, wszędzie nowa epoka…
Oszaleli anieli, anieli…”.

Już na nami kolejne Boże Narodzenie… Była Wigilia z kolędą w tle, było magiczne przygaszenie światła o pasterskiej półncy nad maleńkim żłóbkiem, był świąteczny obiad, familijne filmy, spacery… Niby co roku tak samo. W tym roku jednak w każdym momencie tych Świąt pojawiało się nasze prywatne upewnienie się: Krzyś jest z nami – „siedzi” przy wigilijnym stole, słucha kolęd, zapamiętuje opłatkowe życzenia… Ciągle był i jest z nami – TUTAJ. Aż w pewnym momencie pojawiła się inna myśl, a zaraz za nią zapytanie: a jeśli jest jednak TAM…? Jak TAM TERAZ jest? W końcu to najważniejsze święto w Niebie: Urodziny! Urodziny Szefa! I nasza wyobraźnia pofrunęła… na anielskich skrzydłach 🙂

Zastanawialiście się kiedyś jak może wyglądać Boże Narodzenie z punktu widzenia znad chmur? Przecież to najważniejsze, najradośniejsze Święto w Domu Ojca. Czy sam Gospodarz wyprawia wielki bal? Nie dla Niego „sto lat”, bo przecież ma ich już ponad dwa tysiące… „Ile w takim razie ustawić świeczek na urodzinowym torcie?” – zastanawiały się młodsze Aniołki… „A jakież On może pomyśleć życzenie przy ich zdmuchiwaniu?” – zastanawiali się starsi Domownicy…

W tym roku na Urodzinach Boga gościł także nasz Krzyś – pierwszy raz po tej drugiej stronie… Wyobrażamy sobie jak założył odświętna parę skrzydeł ze złotą poświatą, pradziadek wypolerował mu aureolkę. Jego koleżanki i koledzy także pięknie się wystroili, dziewczynki kazały prababciom zapleść sobie warkocze…

W wigilijną noc jeszcze nie świętowali, ale przyglądali się uważnie maleńkim światełkom na ziemi zdobiącym najróżniejsze, największe i te całkiem maluśkie szopki, w epicentrum których stał maleńki, jeszcze pusty żłobek. Najmłodsze aniołki, wśród których był także i nasz Krzyś, nauczyły się wielu ważnych słów: co to jest „stajenka”, „Betlejem”, „pastuszek”, a za kilka dni poziom trudności wzrośnie, gdy trzeba będzie zapamiętać imiona: „Kacper”, „Melchior” i „Baltazar”, a także nauczyć się wymawiać wyraz „mirra”… Tak, myślimy, że po raz kolejny Gospodarz opowiedział im, jak to się wszystko zaczęło…

A potem? A potem: 25.12.2013 był bal, urodzinowy bal. Były tańce, był śmiech, były korowody Staruszków, zastępy Dorosłych i wirujące koła Maluszków. Przy najdłuższym stole świata siedziały obok siebie duszyczki różnych ras, poglądów, wyznań, ze wzystkich zakątków ziemi… Czy śpiewali kolędy? A może najnowsze hity? Na pewno śpiewali radośnie, głośno, we wszystkich językach świata… I tak przy tym pląsali, że aż na ziemi – w górach (w końcu bliżej nieba) odczuć można było „silny powiew” ich roztańczonych piór…  A sam Jubilat nie siedział na żadnym tronie, ale krążył pośród Gości… Wysłuchiwał życzeń… Kropek życzył Mu, żeby wreszcie przypomniał sobie jak się robi nad Polską śnieg… 8-letnia Laney życzyła, by posłuchał z nią najpiękniej zaśpiewanych kolęd… Krzyś życzył Mu, by nie był zły, gdy często urządza sobie „wychodne” do Mamy i Taty… A wszyscy razem, zgodnie, chórem, słowami czy w myślach życzyli Mu, by był szczęśliwy patrząc w Dół, bo czasem właśnie wtedy wydaje im się bardzo smutny…

W Boże Narodzenie niebo było rozświetlone lampionami, feerią słonecznych świateł. Nie pomyśleli jedynie w tym roku o śniegowym konfetti… Potem była chwila odpoczynku, a dziś – poprawiny? 🙂

Czy tak może tam wyglądać 25.12 w Niebie? Prawdopodobnie wygląda jeszcze zupełnie inaczej, niż podpowiada nam najśmielsza wyobraźnia naznaczona wyraźnym przymrużeniem oka… Tutaj – u nas, co roku obchodzimy rocznicę, pamiątkę Bożego Narodzenia. W końcu dokładnie 2013 lat temu zatrzymał się świat – zaczął liczyć się na nowo czas… Dzięki temu, właśnie co roku, mamy pięknie podarowaną nam szansę zacząć wszystko znów od nowa: jeszcze raz zmienić nasz czas, myśli, serca, marzenia, świat… Niech maleńkie Dziecię położone wczoraj o północy w żłobku nam o tym przypomina, niech pomaga, wskazuje właściwy kierunek tego „od nowa”.

A jakie marzenie może szeptać nad swoim niebiańskim tortem wczorajszy Jubilat? Krzyś nam podpowiada, bo przecież był i słyszał… „Nie będziecie zaskoczeni” – twierdzi nasz spryciulek, aniołkowy szpieg –  „bo przymykając oczy myśli sobie dokładnie to, co ja, Ty, Mama, Tata, Ona, On, Oni: ‚Chcę być szczęśliwy'”.

Image

 

 

P.S. Niniejszy tekst nie ma na celu obrazy jakichkolwiek uczuć religijnych, ani zaakcentowania naszego irracjonalizmu 🙂 Wpis ten powstał z dala od teologicznych zadum, powagi kazań, wyższych lub niższych słuszności wyznań. Po prostu… czasem fajnie spojrzeć na naszą wiarę przez pryzmat małego, niewiele rozumiejącego, a jednocześnie prostego i szczerego dziecka. W Boże Narodzenie każdy sobie może pozwolić na takie właśnie „bycie dzieckiem” 🙂

 

 

 

Z życzeniami dla Wszystkich!

Drodzy Przyjaciele Rycerzyka!

Z okazji nadchodzących Świąt, nie pozostawiamy Was w nostaligii ostatniego wpisu. Gorąco wierzymy, że Krzyś jest z nami w te Święta jeszcze bardziej niż rok temu – choc niewidzialnie – widzimy go kochającym sercem, nieustanną myślą, spojrzeniem wspomnień.

Jesteśmy przekonani, że Synek nasz zadba o to, by ten nadchodzący Czas był dla nas piękny, pełen nowych nadziei i drobnych radości – bo przecież Boże Dzieciątko za chwilę znów odmieni ten świat – na lepsze… I niech tak się stanie!

Kochani, wszelkich zmian na lepsze, spokoju myśli, dobroci w sercu i szczerego uśmiechu wokół życzymy Wam najpiękniej jak potrafimy!

 Narodziny Bożej Dzieciny po raz kolejny zaczarują ten świat,

Nasze oczy zaskrzą się odbiciem ciepła świec,

Nasze serca zabiją melodyjniej rytmem spokoju kolędy,

Nasze skrzydła podtrzymają dobre Anioły,

Nasze drogi rozjaśni blask Betlejemskiej Gwiazdy,

A nowa, wyjątkowa moc postawi na naszych skrzyżowaniach

Wiarę, Nadzieję i Miłość…

Na te Święta, na Nadchodzący Nowy Rok, na co dzień –

MAGII!

Image

P.S. W chwilach świątecznej zadumy, wolniej płynącego czasu, niecodziennych nastrojów – zapraszamy Was do przeczytania wywiadu z Mamą Krzysia, który gości w tym tygodniu na portalu www.zaradnematki.com (kliknij TUTAJ, aby przejść do wywiadu). Co w nim? Tabajki w pigułce 🙂 Czyli o odkrywaniu pewnych tajemnic, czy wiara przeszkadza czy pomaga, dlaczego Maluchy chorują i co w tym wszystkim robi Kubuś Puchatek… 😉 (+ 2 nowe fotki!)

 

(…), że są puste miejsca przy stole…

Wczorajszy wieczór upłynął nam na poszukiwaniach… Krzysia wśród domowej, świątecznej magii…

Odnaleźliśmy tę kolędę i kilka refleksji:

Przyjdź na świat,
by wyrównać rachunki strat…

Niebawem przybędzie na świat Dzieciątko… My jednak w tym momencie pozostajemy wciąż bez naszego Dzieciątka – Krzysia i nie wyobrażamy sobie wtórować temu Pierwszemu tak rodzinnie, spokojnie, normalnie, jak zazwyczaj, w domu. Uciekamy.

Wyjeżdżamy. Na chwilę. Wybaczcie, że przez jakiś czas nie będzie nas także tutaj.

Wiele jest tego co za nami, a możliwe, że jeszcze więcej przed nami. To co za nami, nawet za bardzo już wiadome, ciągle jest silnie w nas; to co przed – wciąż spowite niepewnością, zwątpieniem, a nawet lękiem czy oby nie uderzy w nas znów ktoś/coś mocno, zbyt mocno.

Chcemy wierzyć w wyrównanie rachunków strat… Chcemy wierzyć, że Boże Narodzenie przyniesie narodzenie nadziei – na nowo, na przyszłość, mimo wszystko.

I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu

Od kilku tygodni czujemy już, że zbliżają się Święta… Zapowiedziane wieki temu, maleńkie Dziecię znów się narodzi… Kolejny raz. Piękny raz. Wzniosły raz. Będzie to magiczny czas A my – boimy się tego piękna, magii, wzniosłości. Zwyczajnie się boimy, bo znów z większym niż zazwyczaj wzruszeniem cofamy się wspomnieniem do minionego roku albo wybiegamy myślą w marzenie bycia tuż obok Krzysia.

Dlaczego uciekamy? Bo pamiętamy jak to było w zeszłym roku: mimo, że przecież Krzyś był, bardzo bolało puste miejsce przy stole…, jeszcze bardziej – gdy nasze serca uciekały każdą świąteczną chwilą do szpitala, do synka, a procedury nie pozwalały nas do niego zwyczajnie, czy świątecznie wpuścić.

Boimy się, że w tym roku, przy domowym wigilijnym stole będziemy wyglądać jak w tym wierszu:

„dom stół chleb i na tym tle
(…) dwójca ludzka nieśmiertelna (…)
człowiek ojciec
człowiek matka (…)
a pod stołem
Stary przyjaciel domu kot
od lat oczekujący jałmużny
przypatrujemy się mu wszyscy z natężeniem
może zapowie jeszcze gościa
(…)
– jedzmy
już nikt nie zapuka”

 /Józef Baran „Wieczerza wigilijna”/

Że gdziekolwiek są – dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.

Porównujemy te Święta i te minione wspólnie z synkiem.

Z naszego punktu widzenia: zostaliśmy sami; nie dla nas szukanie wymarzonego prezentu dla dziecka; nie dla nas już ulubione, kolorowe działy niemowlęce marketów; nie dla nas „rodzinnych, radosnych Świąt”. Teraz – nieustanne tęskno.

Z Krzysiowego punku widzenia: zeszłoroczne Święta były bardzo trudne, wyjście do domu się opóźniało, widzenia z rodzicami były ograniczone, napady drgawkowe akurat wtedy niebezpiecznie się nasilały, synek był zmęczony. Obok siebie miał zawieszone prezenciki, choinki, dostał do buzi kawalątek opłatka, a jednak… chyba nie świętował tak, jak by chciał; tak, jak sobie zasłużył. Teraz – obecnie, szczęśliwie, zdrowo, najbardziej świadomie jak tylko się da, tylko… w końcu coś za coś – teraz może świętować jedynie niewidzialnie.

Nigdy nie wiedziałam czemu aniołki są symbolem tych grudniowych Świąt. Teraz wiem, aż za bardzo: te aniołki właśnie są po to, by symbolicznie zająć każde wytęsknione, najbliższe nam puste miejsce przy stole… Te aniołki dają wspomnieniom radośniej żyć, a nadziei prowadzić się pod ramię z wiarą, że…”po głosach tych wciąż drży powietrze. Że odeszli po to by żyć. I tym razem będą żyć wiecznie„.

Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.

W tym roku początkowo mieliśmy w ogóle nie ozdabiać domu, nie ubierać choinki. W końcu dla kogo, po co?

Nie wiemy co takiego jest jednak w nas, co jakoś nie pozwala na konsekwencję w byciu  Scrooge’em z „Opowieści wigilijnej”, co nam mówi: „Krzyś nie byłby z Was zadowolony”, co nas wciąż przekonuje, że w te Święta synek jest z nami tutaj, co każe przytargać choinkę ze strychu i ją ubrać… inaczej niż zwykle, po anielsku. Niech „łączy” z Niebem…

Nasza choinka świeci w tym roku najjaśniej, a wśród złotych bombek skrzą się pierzaste, pluszowe, kryształowe, szklane anioły… Dom za to przystroił się naszą ręką najpiękniej jak potrafił – świece, gwiazdy betlejemskie, żłobek, a w Krzysiowym rozświetlonym świecznikiem oknie: podparty pod bródkę, zamyślony aniołek wyglądający na zaczarowany Świętami świat…

Cieplej nam jakoś, przytulniej, milej, czujemy się znów bardziej „we troje”, niż „we dwoje”, gdy codziennie wieczór zasypiamy z jednym, jedynym marzeniem: „Krzysiu, przyjdź dziś uśmiechnięty i zdrów… w najpiękniejszym śnie”… I daj nam wiarę, że to ma sens.

Przepraszamy za chwilowe zniknięcie na blogu i jednocześnie dziękujemy Wam, że nawet gdy tu sentymentalnie, gdy zaszkli się oko, gdy brak dziecięcego szczebiotu: z każdym postem odpowiadacie tak pięknie na nasze ciche zawołanie:

Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu

Szczególnie ściskamy dziś mocno za rękę tych, którym po raz pierwszy lub kolejny w te Święta zabraknie znów czyjegoś głosu, którzy znają tę samą co my tzw. ironię losu.

Mimo wszystko, nasz własny, najprostszy, być może niedoskonały sposób na zderzenie się z pięknem, rodzinnością, magią tych nadchodzących dni, to cicha prośba do nadchodzącego Dzieciątka:

Pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są… puste miejsca przy stole.
I… przekonaj, że tak ma być.

PODSUMOWANIE AUKCJI RAP!

Jest taka wdzięczność, kiedy chcesz dziękować, lecz przystajesz jak gapa, bo nie widzisz komu, a przecież sam nie jesteś płacząc po kryjomu. 

[ks. Jan Twardowski]

Kochani, płaczemy ze szczęścia, ze spełnienia, ze wzruszenia…Udało się! Książki są w drodze do osób, którym udało się wygrać jedną z pięciu licytacji, a pieniążki powędrowały na subkonta Dzieciaków – Bohaterów tego i poprzedniego tygodnia!

Teraz możemy Wam o tym śmiało napisać: jest co najmniej 500 powodów, dla których siedzimy teraz jak te gapy i nie wiemy od czego zacząć…

Żeby było krócej, nasze pięćset powodów radości i dumy dzielimy setkami. Oto i one:

100 (zł) Oczekiwania znokautowane…

Powyżej tej kwoty, moje bardzo śmiałe oczekiwania zostały przekroczone… Tak, jako Mama Krzysia – niepoprawna optymistka, założyłam, że jak książki sprzedadzą się na około stówkę – będzie dobrze. Tata Krzysia – niepoprawny pesymista (czyli tzw. „dobrze poinformowany optymista”), chciał nawet obniżać cenę minimalną. Nie, nie chodzi o to, że nie wierzyliśmy w Was! Chodzi o to, że wiedzieliśmy, że na aukcji zostanie wystawiona „tylko nasza książka”, prywatna, o tajemniczym wnętrzu… Dla nas – na pewno najważniejsza ze wszystkich dotąd wydanych na świecie, dla innych – książka/poradnik/pamiętnik Rodziców Krzysia. Udowodniliście nam, że jednak to nie była, nie jest… „zwykła książka” 🙂

200 (zł) Pierwszy cel osiągnięty:

Pamiętacie jak przedstawialiśmy Wam cele naszego pomysłu aukcji? Jednym z nich, była nasza prywatna, dość nietuzinkowa próba dowiedzenia się od Was, co sądzicie o naszym pomyśle napisania, a potem wydania książki pt. „Rycerzyk”.

Już w pierwszych dniach odtajniania naszego pomysłu daliście nam wyraźne, przyjazne, entuzjastyczne zielone światło:-*

Wszystkie maile, zapytania odnośnie innych form wydania/kupna książki, gratulacje, zdania „nie mogę się doczekać” dodały nam skrzydeł… Mamy nadzieję, że Wy i Krzyś dalej będziecie je podtrzymywać i postaramy się zrobić wszystko, aby nikogo nie zawieść i jednocześnie aby na wydaniu allegrowym się jednak nie skończyło… Zgoda na taką obietnicę? 😉

 300 (zł) Drugi cel osiągnięty:

Kolejne dni licytacji zgromadziły pierwsze grube setki na wspólnym koncie aukcji, z dnia na dzień pojawiało się więcej „graczy” o wspólny cel pomocy.

Hasło „charytatywność”, „pomagam”, „szczytny cel” grało pierwsze skrzypce najprawdziwszą melodią – zero fałszu! Świadczyły o tym liczby… Liczby na allegro, liczby na statystykach bloga, liczby udostępnień wpisów!

Szybko zrozumieliśmy, że się udało: że nie liczy się już jakaś tam wartość samej książki, ale wartość jaką może przynieść. Liczyły się jedynie wielorakie potrzeby Adasia, koflator Marysi, rehabilitacja Olafka, pionizator Wojtusia, turnus Nikodema. Nie jedynie… Bo aż!

400 (zł) Pozytywne wibracje…

Na tym etapie licytacji (a było to jeszcze dwa dni przed końcem, przed finalnymi minutami, gdzie było najgoręcej), odświeżając kwoty, w które aż zaczęliśmy niedowierzać, snuliśmy jedyną słuszną nam wizję:

– „Wiesz co, nie widzę innego wytłumaczenia jak to, że licytujący siedzą przed monitorem, patrzą się w ekran i sami nie wierzą widząc jak powiększają się ich oferty. A niewidzialne paluszki naszego Krzysia tłuką w klawiaturowe cyferki, ile im starcza sił i… odwagi! 😉
– Noo…, to że nasz synek bardzo dzielny, odważny i zdeterminowany jest to ja wiem doskonale!”

W sumie w aukcjach wzięło udział 44 osoby!

Doskonale zdajemy sobie sprawę, że każdy wyznaczył sobie dla swoich możliwości właściwy próg „licytuj”. Dlatego w tym miejscu, w imieniu patrona tej A(u)kcji: naszego Krzysia, własnym, Rodziców Dzieciaków i samych Najmłodszych – jeszcze raz dziękujemy absolutnie WSZYSTKIM i każdemu z osobna, kto w ogóle brał udział w licytacji – ukłon w pas dla Was 🙂

(Krzyś się zapewne kłania najniżej, bo nasz Maluszek jako zwinny Aniołek powinien być dobrze wygimnastykowany! Wyobrażacie to sobie? 😉 )

Doceniamy także wszelkie zewsząd wsparcie promocji, udostępniania, uśmiechu i pozytywnych wrażeń wobec naszego aukcyjnego wydarzenia. Dziękujemy za RAP-owanie, Rycerzykowanie, za zawirusowywanie wszystkich i wszędzie potrzebą pomocy, dobroci, zaangażowania, chęci! :-*

 500 (zł) FINAŁ

W tym momencie nasz świat zwariował… Siedzieliśmy jak wryci, przecierając oczy, śmialiśmy się do komputera jak mantrę powtarzając: „No nie wierzę…!”, „Oni są niesamowici!”, „Patrz, co się dzieje!”…

I dobrze, że w kolejnych momentach bezlitosny zegarek licytacji alarmował, że to już koniec, bo nasza  prośba: „uszczypnij mnie” pojawiała się zbyt często, a jej oddziaływanie było coraz mocniejsze… Upewnianie się alternatywnymi sposobami, że to co się działo w środę wieczorem, działo się naprawdę – znalazło swój finał kilka dni później, gdy to, co obiecały licytacje – stało się naprawdę. A kolejne dni po aukcjach, przyniosły jeszcze większe kwoty, jeszcze większe zaskoczenie, dowody na bezinteresowne serca przedobrych ludzi…

Tym samym, każde dzieciątko „zebrało” piękną sumę z „5” na czele!

W sumie nasza Rycerzykowo-Aukcyjna skarbonka uzbierała 2605 zł!

Nie wiem jak Wam, ale nam się ciśnie jedyny przymiotnik na myśl, aby określić tę kwotę: „imponująca!”

Książki są właśnie w drodze do szczęśliwych nabywców, którym serdecznie gratulujemy!

Tym samym, właśnie dziś na subkonta Dzieciaczków Wam już dobrze znanych, wpłynęły piękne prezenty gwiazdkowe:

Dla Adasia – 510 zł – co już wiemy, że w zupełności wystarczy na zakup pulsoksymetru, hurra! 😀

(potwierdzenie przelewu)

Dla Olafka – 520 zł – to piękna składowa ceny wyjazdu na specjalistyczne ćwiczenia, które tuż tuż… 😀

(potwierdzenie przelewu)

Dla Marysi – 570 zł – niesamowity zastrzyk wsparcia do zbiórki na koflator, który już niebawem może pojawić się u niej w domku! 😀

(potwierdzenie przelewu)

Dla Wojtusia – 505 zł – suma ceny wylicytowanej książki oraz odruchu serca i portfela nowego, dodatkowego Darczyńcy, aby pionizator szybciutko postawił chłopczyka na nogi! 😀

(potwierdzenie przelewu)

Dla Nikosia – 500 zł – suma ceny wylicytowanej książki oraz także dobrowolnego datku Tajemniczego Darczyńcy, aby Maluch szybko zdobył bilet na turnus rehabilitacyjny 😀

(potwierdzenie przelewu)

 

cytat_JP2_resized

Na koniec, tylko mała uwaga: RAP to nieuleczalna, nieszkodliwa (a wręcz przeciwnie) choroba wirusowa, zaraźliwa, przenosząca się drogą ustno-internetową, powodująca nieodwracalną chęć niesienia pomocy Małym, Słodkim, Ważnym, Potrzebującym. Przed przystąpieniem do niej, skonsultuj się ze swoim dobrym sercem! I… zarażaj! :-* Nawroty RAP-u przewidziane. Wkrótce szczegóły m.in. na wydarzeniu RAP na Facebooku!

Z okazji Świąt…

… umieść swoje serce po właściwej stronie.

Zbliżają się Święta… Wszyscy od nowa (z mediami na czele) zaczynają rozprawiać o miłości, potędze życzliwości, ciepła, prezentów…

Czemu zasypują nas spoty uśmiechniętych rodzin w blasku świec, czule się obejmujących, wręczających sobie prezenty?… Przecież te rodziny na co dzień i tak powinny być szczęśliwe, i tak się przytulają, i tak dają sobie ot tak, codzienne niespodzianki i prezenty. A przynajmniej powinno tak być.

Czemu nie oglądamy świątecznych spotów reklamowych przedstawiających szczęśliwych „młodych wilków” wychodzących z pracy, udających się na poszukiwanie choinki, robiących świąteczne zakupy, a przy okazji zostawiających kilka bułek klęczącemu w śniegu bezdomnemu…? Czemu nie kręcą filmików przedstawiających bawiących się przy choince dzieciaków: tych zdrowych wraz z tymi „zdrowymi troszkę mniej” albo tymi, bez mamy i taty, którzy znajdują ciepło i radość czyjegoś domu tylko na chwilkę – na Święta – na może najważniejszą chwilkę ich życia, które nie wiadomo ile jeszcze potrwa…

Czemu nie ma takich spotów?! Zbyt problematyczne? Zbyt kontrowersyjne? Zbyt prawdziwe?

Przecież Święta Bożego Narodzenia to przede wszystkim Święta Serc – tych dobrych ludzkich Serc, które mają grzać się nawzajem, gdy za oknem biało, zimno i tak nastrojowo… Przecież maleńki przychodzący niebawem Jezus jedynie tych dobrych serc od nas wymaga – niczego więcej! (choć nauczają o tym różnie)

Mamy szczęście – mamy serca: mocne, bijące, odczuwające, prawda? Serca rwące się do uczestnictwa w tych Świętach inaczej niż nakazują gazetki promocyjne, ramówki stacji telewizyjnych, billboardy 4D…

Bo jeśli te nasze serca, często zajęte w ciągu roku własnymi rozterkami, codziennością, przyśpieszonym zegarkiem mogą na chwilkę odpocząć i nabrać mocy, nowej energii i radości – niech to się dzieje choć raz – teraz właśnie, w ten grudniowy nie taki przecież zwykły czas…

Bo wiecie: „szczęście to jedyna rzecz która się mnoży, kiedy się dzieli”… Podaruj troszkę swojego serca i jego dobroci innym, zobaczysz – mam nadzieję, że poczujesz się szczęśliwszy!

Chciałabym dalej tutaj rozprawiać o ideałach, o bajkowych, kolorowych formach pomocy, kreatywnych pomysłach spełniania marzeń dzieciaków, malowania im pokoików, przynoszenia tortów i misiów. Oczywiście, to wszystko jest piękną inicjatywą i bardzo potrzebną – ogromny ukłon dla wszystkich wybierających takie formy pomocy… Niech wśród nich będzie właśnie marketing, wirusowość i niezaprzeczalna radość i dobro – absolutnie wszystkich: Pomysłodawców, Wykonawców i Obdarowanych.

Niestety świat chorych dzieci jest nie tylko taki wzniosło-ideowy i kolorowy… Niestety, najczęściej o życiu, czy zdrowiu dziecka decyduje…kasa, gruba kasa. I tak docieramy do momentu, w którym pojęcie serca i pieniądza może i nie współgra tak ładnie jak powinno, może nie pasuje pojęciowo do siebie, może komuś każe szukać podstępu w pojęciu: charytatywność… Jednak, wierzcie mi w jednym: duet „serce i pieniądz” mogą zdziałać cuda! Jakie cuda? Na przykład uratować komuś życie. Albo co najmniej – poprawić komuś komfort życia. Brzmi smutno. Brzmi brutalnie. Brzmi poważnie. Ale taka poważna, brutalna i smutna jest ta prawda. A najbardziej paraliżuje tych, którzy muszą zmierzyć się z nią sami: twarzą w twarz, by ratować własne dziecko. A jeszcze bardziej boli, gdy brutalność tej rzeczywistości zupełnie nie pasuje do maleńkiej, pokłutej igłami rączki ściskającej ulubionego misia; smutnych, wyczekujących jakiegoś jutra oczek; łamiącego się głosiku szepcącego: „Mamuś, jestem juś zmęcony…”.

Coś o tej prawdzie wiemy, nawet zbyt wiele… I tylko dlatego pozwalamy sobie dziś pisać na ten temat tak przekonująco. A także dlatego, że Krzyś i jego historia, która ciągle pociąga za sobą potrzebę i chęć uczestnictwa w tym „mniej zdrowym świecie”, nieustannie każe nam przecierać oczy, a tym samym… ciągle przypomina, że serce powinniśmy mieć po właściwej stronie: po stronie bezinteresowności, po stronie niesienia pomocy, po stronie dawania radości, po stronie chęci czucia się szczęśliwym i spełnionym.

I jeszcze jedno, chcielibyśmy Wam przekazać jako Mama i Tata Krzysia: każdorazowa, nawet malutka wpłata potrafi dodać najsilniejszych i największych skrzydeł walczącym Rodzicom, bo „grosz do grosza” tworzy głośny chór nieustannie dający znać: „jesteśmy z Wami!”. Potrzebne jest takie poczucie – bardzo. Na szczęście dzięki Wam doświadczyliśmy wielokrotnie takich uczuć: takiej siły, a wręcz potęgi tej wspólnoty. I choć nasza skała nigdy nie będzie już wydrążona przez krople dobroci serc, to dzięki Wam i Waszej pomocy, mamy jedyne, co teraz nam pozostaje i nas pociesza: poczucie, że zrobiliśmy wszystko, by uczynić życie naszego synka najpełniejszym, najlżejszym i najpiękniejszym z możliwych.

Na te Święta, nie wypatrujmy tych pięknych, wartościowych spotów medialnych, o których wspominałam na początku: twórzmy je sami – w realu, w miarę swoich możliwości, w ramach swojego poczucia spełniania. Bo przecież, gdy wrzucimy na szalę jakikolwiek podarek wobec dziecięcych marzeń o kolejnych Świętach i prezentach, które nie wiadomo czy dla kogoś nadejdą znów…, wszystko wówczas staje się jasne.

Serca po właściwej stronie – sobie i wszystkim wkoło życzę!:-* Z okazji tych Świąt 🙂

20131215_140139

To nie na siłowni poznasz najsilniejszych Ludzi…

Kochani Rycerzykowicze! Co dzień zaglądamy na nasze aukcje i przecieramy oczy – po raz kolejny super pozytywnie pokonaliście nasze najodważniejsze oczekiwania 🙂 Dziękujemy Wam za licytację „w ciemno”, za zaufanie – jesteśmy naprawdę wzruszeni! Ale najbardziej dziękujemy za to, że los tych pięciu przedstawionych Maluszków nie jest Wam obojętny…  Jesteśmy przekonani, że Krzyś jest niezmiernie dumny (zresztą tak jak my!): już w pierwszych momentach naszych licytacji wartość książki przestała mieć znaczenie ustępując miejsca niepodważalnej wartości niesionej pomocy. Ta pomoc może im podarować bardzo wiele: upragniony spokój, chwilkę spokoju…  Spokój o oddech. Spokój o rehabilitację. Spokój o lepsze jutro.

demotywator-kazdy-powinien-miec-takiego-kogos-3470

Pewnie zastanawiacie się dlaczego wybraliśmy tylko tę piątkę dzieci i dlaczego właśnie te imiona, te numery subkont, skoro potrzebujących jest całe mnóstwo! Wiemy, że nasze aukcje to tylko maleńka kropelka w morzu potrzeb. Wiemy, że obiektywnie rzecz biorąc, są dzieci może jeszcze bardziej potrzebujące (choć my takich granic „ważności potrzeb” nie lubimy stosować). Wiemy, że jedna kupiona dla danego dzieciątka książka ani go nie uzdrowi, ani nie wpłynie decydująco na zmianę jego/jej smutnej przygody z medycyną, opieką i niesprawiedliwością świata. Ale od czegoś trzeba zacząć… bo przecież ta kropelka wraz z innymi wydrąży kiedyś skałę: uśmiech, lepszy start, właściwszą terapię, dobry lek, wygodny sprzęt ułatwiający wszystko… Wspinaczka po zdrowie albo po życie może się szczęśliwie zakończyć, bo skała runie…?

W pierwszej chwili, wybierając dzieci na aukcje, mieliśmy pomysł, aby Was samych poprosić o sugestie, dane dzieci, którym moglibyśmy pomóc… Jednak przestraszyła nas możliwość otrzymania setek takich próśb o pomoc i każda byłaby na 200% słuszną, uzasadnioną i potrzebną; a my wówczas stanęlibyśmy przed niemożliwością wyboru, przed poczuciem winy i wyrzutów sumienia. Tym samym, bez żadnych niepotrzebnych „rankingów”, zaufaliśmy nie tyle sobie i naszemu subiektywizmowi, co naszej historii, jaką przechodzimy z i bez Krzysia…

Rozejrzeliśmy się za siebie, po bokach i wtedy, wszystko już wiedzieliśmy: przecież tyle ważnych nam z różnych względów, bliskich sercu, poznanych wirtualnie lub w realu cudownych Dzieciaków napotkaliśmy! Niektóre z nich nie mają możliwości opowiadania o sobie innym za pomocą bloga, czy innych medialnych środków, a przecież niemniej niż inne zasługują na uwagę… Wszystkie jednak wiele nas nauczyły, wiele udowodniły i wiele otuchy dodają wciąż… Zatem postanowiliśmy im dać od siebie taki mały dowód wdzięczności, taki ukłon – od nas i od Krzysia.

Chcemy opowiedzieć o Was światu Kochane Maluszki  i uczynić przy tej okazji Wasz świat choć odrobinkę lepszym!

Wy Kochani, uczyniliście nasz świat dużo lepszym pomagając kiedyś nam i Krzysiowi – darowizny, 1%, dobre słowo… Pamiętamy, doceniamy i podkreślamy raz jeszcze jak wiele tak niewiele potrafi znaczyć, naprawdę! Nie zawodzicie i tym razem: dzielnie, pozytywnie, aktywnie pomagacie przez wielkie „P”! Nam pozostaje tylko wymyślić jak spłacić wobec Was w przyszłości ten dług wdzięczności 🙂

Przecież nawet jeśli Ktoś z Was nie będzie sobie mógł pozwolić na wygranie danej aukcji – będzie miał szansę poznać całą „plejadę” dzielnych, małych Wojowników, którzy wspierani z Góry przez Krzysia dalej dają radę… pięknie, odważnie, z rozmachem! Chcemy to „dawanie rady”, które jest czasem niezmiernie trudne i bolesne, im ułatwić. A gdy poznacie ich historie, ich subkonta i jeśli w tej relacji ktoś kogoś bardziej polubi, pokocha – wiecie co robić 😉

O naszych Maluchach możecie więcej poczytać na naszym Wydarzeniu RAP: zapraszamy, aby dołączyć i być na bieżąco z wszelkimi naszymi RAP-owymi pomysłami! 🙂

Wbrew pozorom, to nie na siłowni poznasz najsilniejszych Ludzi:

Adaś

W Adasiowej sali ćwiczeń nie znajdziecie sztangi, ale znajdziecie heroiczny trening o każdy uśmiech…, gdy w główce bałagan.

 KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Olafek w przypływach szczęścia podczas wodnego lub lądowego treningu zapomina o swoim nieposłusznych rączkach i nóżkach.

 1383108_582838701763398_1829721083_n

Marysi mięśniom nie pomoże ani orbitrek, ani rowerek, ale dużo mniej nam znane sprzęty, które pozwolą jej… żyć.

 100_4546

Wojtuś swoją niesamowitą metamorfozę z samotnego Choruska z Domu Dziecka na radosnego Smyka zawdzięcza treningowi miłości i specjalnej rehabilitacji.

 Zdj_cie0389-2

Nikoś w te Święta będzie dźwigał dwa ciężary: tęsknoty za Tatą oraz zamknięcia się na świat autystycznym kluczem. Jego sztangę może odciążyć wyjazd na turnus.

Niecodzienna ta siłownia, prawda? I to tylko maluteńka grupka ćwiczących, walczących, kilkorga z najsilniejszych… ❤