Rozwiązanie zagadki, czyli…

Pokonaliśmy starcie z własnymi wspomnieniami…

Wsłuchaliśmy się w głos serca i szept Krzysia…

Poszliśmy na czołowe z tęsknotą i żalem…

Misja zakończona, czy to dopiero jej początek?

Zrozumieliśmy, że przechodząc w życiu przez pewne drzwi, nie da się potem ich tak po prostu zamknąć.

Niechaj Krzysiowe króciutkie życie niesie wciąż najdłuższe echo: Miłości, Ciepła, Dobra…

Image

PS. Rozwiązaliśmy zagadkę z wczoraj. Czekamy w tym tygodniu na najważniejszą przesyłkę: naszą pierwszą, najważniejszą książkę!

Jak Wam się podoba jej zapowiedź – okładka? 🙂

K jak… KREATYWNOŚĆ. Patronat sprawuje KRZYŚ!

„One person’s craziness is another person’s reality.” *

/Tim Burton/

To, że Świętym Krzyś jest – w naszym prywatnym przekonaniu i tym nieświeckim także już nie raz tutaj udowadnialiśmy, głosów sprzeciwu nie było… A jak na każdego Świętego przystało, nawet Ci Malutcy, nie mogą próżnować sobie beztrosko w Niebie, więc zostają mianowani różnymi patronami wielu różnych rzeczy…

Krzyś bardzo daje nam odczuć swoją wyraźną pieczę nad pewnym „rewirem” naszych poczynań i tym samym ogłaszamy, że nasz synek jest Patronem Kreatywności. Tam gdzie jest Krzyś, tam rodzą się pomysły…

My, Jego Rodzice, ten patronat czujemy nad sobą już od dawna i staramy się mu posłusznie, pokornie poddawać – na początku było dość niepewnie, nieśmiało; a teraz z coraz większym zaangażowaniem, bezdyskusyjnie i w pełni. Wychodzimy z założenia, że Krzysia zawsze było i jest warto słuchać – nawet, gdy szepce bardzo cichutko…, słyszymy! A gdy kończy puentą: „a teraz wiecie cio lobić…?”, lobimy!

Pamiętacie, jak jakiś czas temu pisaliśmy o pewnych projektach i pomysłach, które chcemy realizować? Nie zapomnieliśmy o danej Wam i sobie obietnicy. Krzyś nas też nie zawiódł: powolutku pomaga nam realizować wszelkie mniejsze i większe plany; te banalne i te dużo trudniejsze; te prywatne i te, które chcemy współtworzyć wraz z Wami!

Może zacznę od początku:

Krzyś już w brzuszku nie próżnował i cała (aż za spokojna i leżąca) ciąża Mamy upłynęła pod znakiem wymyślania nowych hobby 🙂 Potem, Krzyś się rodzi i głowę, zamiast nowych form twórczości, zajmują: żal, bunt, niepogodzenie, niezrozumiałe diagnozy, medyczne slogany, niecenzuralne komentarze odnoszące się do dziejącej się rzeczywistości, której bezbronnym epicentrum staje się nasz syn, a my – tuż obok niego. Jednak w momentach, kiedy Krzyś chciał wszystkim udowodnić, że jednak taki bezbronny nie jest i zaczynał się mocno złościć, płakać i wymachiwać rączkami na to, co zastał na tym świecie, nie pozostawało nam nic innego jak utulanie synka w ulubiony jego sposób: śpiewem… Znane kołysanki synkowi szybko się nudziły, a trzeba było wymyślać własne: zwrotki, rymowanki, refreny, składać na bieżąco wszystko na wybraną melodię… ciągle nie przestawiając śpiewać, bo Krzyś się po sekundzie ciszy zaczynał znów denerwować. Udawało się! Powstawały umelodyjnione opowieści, o jakie nigdy nikt, ani sama siebie bym nie posądziła. Teraz tylko szkoda, że nikt tego wtedy nie nagrał 🙂

Następnie, jak już uporaliśmy się ze sztuką pokornego czekania na wspólne wyjście do domu oraz Krzyś akceptował ww. formę uspokajania, podsunął nam do głowy nowy pomysł, którego świadkiem jesteście Wy sami, wchodząc za każdym razem na tego bloga… Kiedyś te wpisy były inne, ciągle ewoluują, zmienia się ich tematyka, forma, klimat. Ale jedno się nie zmienia: kiedyś Krzyś sam pisał za pośrednictwem naszych palców wędrujących po klawiaturze. Dziś, ciągle, nawet jeszcze mocniej wierzymy w to, że często siedzi nam na ramieniu i nadaje szeptem do ucha dokładnie to, co mamy tu pisać… Ma Chłopczyk pomysły, no nie? 🙂

Teraz, po odejściu Krzysia, mamy zdecydowanie bardziej (jeszcze!) sentymentalne dusze, dojrzałe charaktery, niecodzienne doświadczenia i… dużo czasu. A Krzyś postanawia bardziej niż kiedykolwiek to wykorzystać. My nie protestujemy, a wręcz przeciwnie – niech się dzieje…, byle się działo dobrze.

Wiele już drobnych pomysłów stworzyliśmy wspólnie. Nawet o niektórych naszych realizacjach (bardziej prywatnych) Wam pisaliśmy: księga kondolencyjna; „ściana pamięci” Krzysia; taki, a nie inny pomnik; jest także jeden, nowy scenariusz; pewne pudełka; idea memoriału, ale o tym wszystkim kiedyś…

Teraz, po wielu miesiącach wypracowywania idei, pukania o wszelkie wsparcie do wielu drzwi, dopracowywania szczegółów, a przede wszystkim pokonywania własnych barier tęsknoty, emocji wspomnień i prywatności uczuć – czas na nasze dwa najważniejsze, najbardziej skomplikowane twórczo i największe zasięgiem projekty. Dopóki nie będziemy mieć ich w ręce,  gotowych przed oczyma, powinnam może nie pisać, żeby żadne licho nie popsuło nam planów, ale jednak na końcu tej drogi liczymy na Wasz doping i wsparcie!

Bo jeden z nich, najważniejszy, najbliższy naszemu sercu jest już prawie gotowy i  gorąco wierzę, że w najbliższych dniach będziemy mieli zaszczyt Wam go przedstawić! Jeszcze chwilka… obiecujemy 🙂

Możecie zgadywać co to – może nieświadomie tym samym podsuniecie nam nowe pomysły… A gdy będziecie pytać „dlaczego”, już uprzedzamy wszelką inną odpowiedź:

Krzyś kazał 🙂 Czyż nie najprawdziwszy z niego Patron Kreatywności? Pamiętacie jego zdecydowaną, poważną minkę – z nią wolimy nie dyskutować 🙂

*) Tak, Tim Burton miał rację: dla jednych to co jest szaleństwem, dla innych staje się rzeczywistością…

Bądźcie czujni, nasze szaleństwo powoli się urzeczywistnia… 🙂

ImageNasz Krzyś Kreatywny: „Cio by tu jeszcze wykombinować?”

Ten prawdziwy Święty Mikołaj

Dziś 6 grudnia… Jak wiadomo, to właśnie dziś grzeczne dzieci (i te trochę mniej również 🙂 ) dostają od Św. Mikołaja prezenty. Tak też wyglądał ten dzień dokładnie rok temu, kiedy Krzyś otrzymał podarki z tej okazji, jeszcze leżąc w szpitalu na Intensywnej Terapii.

W dniu dzisiejszym wygląda to u Krzysia jednak całkiem inaczej… Można by nawet rzec, że ma chłopak szczęście… Dlaczego? Otóż odpowiedź jest bardzo prosta.

Krzyś (jak i inne Aniołki) mogą dziś osobiście poznać i poprosić Św. Mikołaja o prezent! Przecież biskup Miry (+345 r.) na pewno tam w Niebie nie odmówi dziś żadnemu dzieciątku, weźmie na kolana, dobrotliwie pogłaszcze po główce, wręczy prezent… Krzyś na pewno sprawdzi czy broda jest prawdziwa (już słyszę krzyk Św. Mikołaja, że JEST prawdziwa, w końcu cały Mikołaj jest prawdziwy! 🙂 ).

A prezenty? W tej kwestii Aniołki w Niebie też są na lepszej pozycji niż ich znajomi tu z padołu ziemskiego…

Może Krzyś otrzyma od Św. Mikołaja trzecią książeczkę opowieści o Kubusiu Puchatku, którą pan Alan Milne (+1956 r.) na pewno zdążył już napisać dla swojego synka Christophera Robina Milne (+1996 r.) tam w Niebie? A może dostanie pierwszą wspólnie nagraną jazzową płytę pana Louisa Armstronga (+1971 r.) i Johna Paula Larkina (+1999 r.), którą ci z pewnością nagrali już tam w Górze? A może otrzymał właśnie najnowszy obraz od pana Salvadora Dali (+1989 r.) i zastanawia się, co właściwie malarz miał na myśli? A może nawet kotka od pana Erwina Schrödingera (+1961 r.)? 😉 A może po prostu mały samochodzik od panów Karla Benza (+1929 r.) i Henry’ego Forda (+1947 r.)? A może wybrał samolocik wykonany własnoręcznie przez braci Orville (+1948 r.) i Wilbura (+1912 r.) Wright?

Kto to wie? Może się kiedyś dowiemy? Może i my będziemy mogli wybierać wśród TAKICH prezentów?

Cóż, w niebie jest po prostu fajnie… 🙂

A Wy jak myślicie? Jak wygląda 6.XII w Niebie? Piszcie w komentarzach! 🙂

20131206_122005

Nadawca: malutki Krzyś. Adresat: św. Mikołaj

Image

Kochany Święty Mikołaju,

 W sumie to często dość widujemy się na co dzień, ale skoro teraz tyle dzieci pisze do Ciebie listy, to ja też chciałem, choć raz…

Tym bardziej, że w zeszłym roku byłem taki chorutki i słabiutki, że nie mogłem Ci napisać takiego prawdziwego grudniowego listu, ale do Ciebie i tak chyba dotarło moje jedynie marzenie – może jakiś reniferek je podsłuchał, zaświecił mu się z przejęcia czerwony nos i pognał co sił do Twojego domku z kominkiem wśród gwiazdek i Ci wszystko opowiedział.

I tak w ogóle, Mikołaju, to Mamusia z Tatusiem mnie tak wychowali, że wiem, że najpierw trzeba dziękować, a potem ewentualnie o coś prosić. Tak więc, Dziadulku Kochany, dziękuję Ci tak bardzo, że już bardziej nie mogę, że spełniłeś mój najpiękniejszy prezent. Wprawdzie nie znalazłem go ani pod poduszką, ani w skarpecie… bo by się nie zmieścił. Ale Ty wiedziałeś wszystko i kazałeś odczekać jeszcze 3 miesiące i pozwoliłeś mi wreszcie pojechać… do DOMKU! Domek to był zdecydowanie i dosłownie – wymiarowo, i w przenośni – nie mieściło mi się to wszystko w główce, największy prezent dla mnie od Ciebie! Czy ktoś inny dostał kiedyś jeszcze większy? Dziękuję Mikołajciu :-*

A teraz… hmmm… siedzą tu wokół mnie inne aniołki i coś mi tu nadkrzykują za uchem, że, że… Aha, że one wiedzą, bo wiesz, są trochę starsze… Wiedzą i tłumaczą mi, że jak się napisze list do Ciebie i poprosi o coś takiego ładnego, fajniutkiego, dobrego, to Ty to przynosisz! I jeszcze śmieją się i mówią, że najpierw przeciskasz się przez komin i wkładasz ten prezent do skarpety albo pod poduszkę… Ojj, Mikołajciu, ale jak to? Przecież tutaj w Aniołkowie nie mamy ani skarpetek – biegamy boso (no dobla, czasem w trampkach), a poduszeczki chmurkowe są bardzo miękkie i sami się w nich zapadamy, a kominy… a cio to właściwie jest „komin”…? O:-o

Mikołajciu, rok temu, żeby mi nie było zbyt smutno, że nie napisałem tego listu, bo nawet dobrze o Tobie nie wiedziałem, to Mamusia z Tatusiem przynieśli mi drobny prezent od Ciebie – takiego mojego ulubionego misia i opowiedzieli mi kim jesteś… Pomyślałbyś, że teraz ja bardziej się znam na Twoich sztuczkach i nawet bardziej znam Cię osobiście, niż Rodzice? Ale mówili prawdę, Ty taki dobrutki jesteś i dajesz wszystkim co trzeba, co chcą dostać…

Więc ja Mikołajku – wiesz, że ja tu w Niebie to taki Gadułka jestem… Ale tak chyba… Tatuś by powiedział, że „sedno sprawy” – zawsze mi się podobało to słowo…, więc moim sednem będzie Cię prosić o jeden, malutki nowy prezent:

W tym roku też daj nam domek, ale taki troszkę inny: daj Rodzicom domek taki, w którym nigdy nie będzie pustki, nie będzie smutno i cicho, nie będzie mokrych chusteczek… Bo ja ostatnio ich tam za pełno widzę! I tylko ja to widzę cichaczem, bo przy innych Rodzice opanowali bezbłędną sztukę uśmiechania się… Mikołaju, to nie taki piernikowy, czy czekoladowy domek – Rodzice są na diecie i nie jedzą słodyczy – też ich zupełnie nie rozumiem… Ten domek co mają, napełnij po prostu najzwyklejszą radością, świątecznym spokojem i takim „czymś”, żeby wiedzieli, że ja zawsze w tym domku jestem z nimi, chociaż mnie nie widać… Chcę, żeby ich domek pięknie błyszczał na Święta – w tym roku sobie dokładnie oglądnę choinkę i stroiki… I żeby pięknie błyszczały też ich oczy…, ale policzki mają być suche! Moje skrzydełka są szybkie: potrafię być w dwóch domkach jednocześnie – tak, my Aniołki tak mamy… ❤ Wiesz już Mikołajku o jaki domek chodzi? Wiem przecież, że wiesz…, a w razie pytań – wiesz, gdzie mnie szukać!

I jeśli Mikołaju chcesz, to ja nie proszę jakoś nachalnie, ale nie obrażę się jak przyniesiesz mi rózgę… Aniołki-Starszaki powiedziały, że jak jakieś dziecko było niegrzeczne, to dostaje od Ciebie taką srebrną rózgę… Nikt mi nigdy nie powiedział, że byłem niegrzeczny. A Mamcia z Tatusiem do dziś powtarzają ciągle, że jestem bardzo mądrym chłopczykiem. Ale jak tak patrzę jak są smutni patrząc na moje zdjęcia, to myślę sobie, że chyba przez to, że stałem się niewidzialny, to trochę jednak narozrabiałem… Rodzice mi ufają, nigdy nie nakrzyczeli o to na mnie, ale tak sobie teraz sam kombinuję… Więc jeśli uważasz, że jednak narozrabiałem, to możesz tę rózgę dać – tak na zaś… A ja obiecuję, że to był ostatni wybryk w mojej strony, będę teraz już bardzo grzeczniutkim Aniołkiem… No dobla, może tupnę kiedyś mocniej nóżką, jak ktoś będzie chciał jeszcze bardziej zasmucić Rodziców! Wtedy mogę znów dostać rózgę – przyda się zamiast mieczyka…

A Mikołajku, jeszcze jedno: czy mógłbyś mnie w tę noc grudniową wsadzić do Twoich sanek, nawet jako takiego „pasażera na gapę”, przecież ciągle malutki jestem… I chciałbym z Tobą choć raz polecieć jeszcze widzialnie na ziemię, założyć ubranko elfa, zajrzeć do innych dzieci… Pomogę Ci roznosić prezenty, a jak się dobrze spiszę, to, to… to tak bardzo bym chciał zejść z Tobą i włożyć prezent moim kochanym Rodzicom – oni będą na niego czekać, przecież ich znam troszkę już… I obiecuję, będę grzeczny, nawet mogę do nich z Tobą zjechać przez ten…no…, ten „komin” cokolwiek on znaczy – ufam Ci.

Dziękuję Ci Mikołaju :-*

Przytulę Cię mocno jutro, albo pojutrze…, bo wiem, że teraz zapracowany jesteś!

Twój Aniołek,

Krzyś

Image

Image

Z cyklu: Ucieczka ze szpitala cz. III – Finał!

Tak, po pierwszej i drugiej części, to dziś nastał ten moment, kiedy odkrywamy ostatni fragment Krzysiowo-Tatowej Opowieści:

(…)

Rodzice Krzysia jeszcze nie spali. Układali się dopiero do snu, rozmawiając między sobą jeszcze o swoim synku.

– Ach, jak ja bym chciała, żeby Krzyś był już z nami w domu… Tyle rzeczy i sprzętów czeka tutaj na niego. A przede wszystkim czekamy my, rodzice. – powiedziała z żalem w głosie Mama Krzysia.

– Na pewno Kochanie, na pewno kiedyś to się stanie… – pocieszał Tata Krzysia. W połowie zdania przerwał mu jednak dzwonek domofonu. W słuchawce usłyszał głos starszego pana proszącego o otwarcie drzwi. Natychmiast otworzył myśląc, że może ktoś z ulicy potrzebuje pomocy o tej późnej porze. Otworzył drzwi do mieszkania, przed którymi stał nie kto inny, a nasz Krzyś!

– Dobly wiecól! Cy zamawiali Państwo malego slodkiego chlopcyka? – zażartował Krzyś śmiejąc się przy tym głośno.

– Krzyś! Krzyś! Kochanie, zobacz kto stoi w drzwiach! – zawołał z niedowierzaniem tata. Mama nic nie mówiąc, a tylko płacząc wzięła Krzysia na ręce i zaczęła go ściskać mocno obcałowując przy tym każdy skrawek jego buzi.

– Krzysiu, ale jak Ty się tu dostałeś? – zapytał Tata Krzysia, wciąż nie wierząc w to, co widzi.

– Nolmalka. Pani Klysia pomogła mi się wylwać na chwilę ze spitala. Psyjechałem taksówką. Zrestą to ten miły pan pomógł mi zadzwonić do modofonu… A nie, jak się to nazywa… Ach tak, domofonu. Na lano musę jednak być w swoim łózecku na oddziale. Sami wiecie, lekaze mogą nie być za baldzo scęśliwi widząc lano blak jednego pacjenta! – zaśmiał się Krzyś, wciąż zadowolony ze swojego kapitalnego pomysłu i dziwiąc się, że tak łatwo, choć z małymi przygodami minęła mu podróż do domku.

Dzisiejszej nocy nikt w mieszkaniu Rodziców Krzysia ani myślał o spaniu. Cała noc minęła im na rozmowach, zabawach, żartach. Rodzice pokazywali Krzysiowi każdy kąt mieszkania, Krzyś natomiast bawił ich opowieściami z życia oddziałowego.

Nad ranem Rodzice Krzysia zapakowali się w samochód i odwieźli Krzysia na oddział, cały czas w duszy przyrzekając sobie, że kiedyś uda im się wyrwać Krzysia do domu już na dłużej, a może i na zawsze.

Zbliżała się godzina siódma. Ruch na oddziale był coraz większy. Niektórzy wchodzili do szpitala, inni wychodzili. Tych wchodzących było jednak zdecydowanie więcej. Krzyś sprawnie przecisnął się przez ten tłum, wspiął się po schodach na piętro i szybko pobiegł na oddział. Blada ze strachu przed lekarzami pani Krysia pomogła mu zająć miejsce w łóżeczku wypytując go przy okazji o przebieg wycieczki.

***

Leżąca obok Małgosia, która dopiero co się obudziła, zaczęła się przeciągać.

– Jak Ci minęła noc Krzysiu? – zapytała ziewając.

– Miałem piękny sen… Śniło mi się, że byłem w domku u rodziców. – mówiąc to Krzyś zaśmiał się w duchu.

– Tak, naprawdę piękny sen miałeś Krzysiu… Ja też tęsknię za domkiem. – rozmarzyła się mała Małgosia.

Nie minęło dużo czasu, gdy na oddziale pojawili się lekarze na porannym obchodzie. Podchodzili kolejno do dzieci. Gdy zatrzymali się przy Krzysiu, jeden z nich powiedział:

– A tu nasz mały bohater Krzyś. Jego stan się polepsza, infekcja mija, może wkrótce uda mu się wyjść do domu. Dzisiejsza noc z tego co wiem, minęła mu spokojnie, lekarz dyżurujący nie był wzywany przez pielęgniarki… – zakończył.

Tylko jeden młody, dociekliwy doktor wśród opuszczających salę lekarzy, odwrócił się z zaciekawieniem i nurtującym go wciąż pytaniem, dlaczego Krzyś spał w bucikach, w dodatku lekko przybrudzonych… Zza uchylonych zaś drzwi oddziału dało się słyszeć cichy chichot pani pielęgniarki Krysi.

O tym co wydarzyło się dziś w nocy, zdradzał tylko tajemniczy uśmiech na twarzy naszego Małego Bohatera.

 KONIEC

 

„Podobała się bajeczka? To pieniążki do woreczka!” 🙂

 

Jeśli komuś podoba się ta opowieść,

przelewa 5 zł na wybranego dzieciaka z Siepomaga.pl 🙂 ❤

 

Image